* * *
Muszę to z siebie wyrzucić.
Jest mi źle i strasznie przykro.
:-((Tragicznie!I absolutnie nie czuję satysfakcji!
Ale kiedy zniknęła Madzia , pierwszą moją myślą było – ściema jakaś!
Nie uwierzyłam, chociaż generalnie taka naiwna jestem, że szok. Wierzę ludziom czasem aż za bardzo.
Tym razem jakoś mi się to wszystko nie składało w logiczną całość. Nie wiem skąd ta nieufność? Nie wiem czemu, ale pomyślałam – laska kłamie! To było pierwsze wrażenie, ale pod naporem tego co się działo w TV i oburzenia mojej matki, kiedy się z nią podzieliłam wątpliwościami – zmiękłam i uwierzyłam. Bo może faktycznie przesadzam i za dużo się naczytałam/nasłuchałam/naoglądałam?! Zaczęłam przeżywać i gorąco dopingowałam. Czarowałam: „Niech się znajdzie! Żywa! Niech ją znajdą, niech wróci do rodziny, do swojej MAMY!” Podziwiałam tych wszystkich, którzy z takim zaangażowaniem szukali, rozklejali plakaty, jeździli, podnosili stawkę nagrody… To bardzo wzruszające jakimi my, Polacy, jesteśmy wspaniałymi ludźmi! Jesteśmy mistrzami zrywów narodowych, prawda? WOŚP, akcje charytatywne, zrywy spontaniczne, kiedy potrzebna pomoc (na przykład teraz, podczas mrozów, szukanie i pomaganie bezdomnym)…
W przypadku Madzi zaangażowanie i pomoc bezowocne. Nie chcę napisać mocniej.
Dzisiaj rano radio i wiadomości zakończyły spekulacje. Zgasiły nadzieję. :-(
Mama Madzi pękła i przyznała się. Rozczarowanie. Oszustwo.
Nie oceniam (staram się! Tak bardzo się staram!) i bardzo żal mi tej dziewczyny.
To potworne i okropne.
Tylko, że już nie wierzę w kolejną wersję.
I te wszystkie pytania (bez odpowiedzi), które nie dają odpocząć zwiotczałym zwojom mózgowym…
Madzia upadła? Wypadła? Nawet jeśli to był tragiczny wypadek i zginęła na miejscu – zamiast pomocy, matka (czy na pewno ona?) wynosi i ukrywa/zakopuje/wyrzuca gdzieś
swoje dziecko?!
Szok?!Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, co teraz czuje rodzina, dziadkowie, przyjaciele…
I nie daje mi spokoju pytanie
czy ojciec Madzi wiedział??…
Dosyć!Luty,
ciągle zima, mróz.
Siedzimy już kilka dni w chacie i dostajemy pier… małpiego rozumu dostajemy.
Zwłaszcza Ogrzyk. :-(
A to wszystko przez jego matkę (starą i głupią Ogrzycę) i mróz.
Dobrze, że część odpowiedzialności można zrzucić na aurę! Ogrzyca albowiem,
matka nieodpowiedzialna i bezmyślna, wielokrotnie udawała się była na zakupy ubrana, tak jakby, bardzo nieodpowiednio lub wkrótce po prysznicu (a kiedy Ogrzyca mokra - nie ma znaczenia ubiór), a że ona z tych słabowitych, a na świecie
ZIMA, panie, to załapała się była
zaraz (to taka duża bakteria) na katar z szansą na
więcej! Jak nigdy! Albowiem, w całym swoim dłuuugim życiu, Ogrzyca
nigdy (albo bardzo rzadko) nie miała okazji na
coś więcej.
Tym razem
surpraajz!
Bonusik – katar zaprosił ból gardła i problem gotowy.
A potem sarkazm Szreka (No, i co tam, Fjono, przywlokłaś tym razem do chaty i masz zamiar podzielić się z bogu-ducha-winnymi współlokatorami?!), natrętne myśli przeplatane wyrzutami sumienia i czujne obserwacje Ogrzyka w celu określenia kiedy
TO się zacznie/wykluje… Bo, kiedy się zacznie/wykluje u Szreka – Fjona będzie wiedziała pierwsza! No, bo przecież katar wystarczy!
Będzie nieszczęśliwy, upierdliwy, bardzo ciężko chory (Szreku, nie katar). Będzie
masakra .
Nie trzeba było długo czekać.
Minęło czasu mało wiele, Ogrzyk kichnął-prychnął, zamarudził, nie okazał zainteresowania jedzeniem, a
kulory na policzkach i spierzchnięte usta skłoniły, zachęciły nawet, do sięgnięcia po termometr ( 38,7°C na plusie! Nie mylić z aurą na zewnątrz!).
Na razie nie panikuję. Kontroluję temperaturę, kiedy fika za wysoko (pow. 38,7) zapodaję Nurofen, daję witaminę C i pilnuję, żeby pił.
Suchy kaszel ignoruję, bo występuje sporadycznie, a dziś odzyskał apetyt i troszkę humoru, więc wyluzowałam.
Odrobinę.
Ale temperatura zewnętrza nie zachęca do spacerów z zakatarzonym dzieciem.
Więc szlaban mamy. No, i nadal bardzo czujna jestem.
Pytanie i prośba o radę do bardziej doświadczonych mam:
1. Jak radzicie sobie z przeziębieniem (chyba początkiem i chyba niegroźnym!) u maluchów oprócz - czujności, Fridy (do noska), Nurofenu/Panadolu w pogotowiu gorączkowym, Nasivinu (jeśli potrzebny), mokrych ręczników na kaloryferze i witaminy C w kroplach??
Homeopatia?
Syropy?
Dopiero co chorowaliśmy na przełomie roku 2011/2012. Był antybiotyk i u mnie i u Ogrzyka.
Nie idę z Małym do lekarza na razie. Dobrze robię czy ryzykuję?
2. Jak zachęcić/zaciekawić bardzo upartego Ogrzyka do próbowania
nowych potraw?! Głównie warzyw, ale nie tylko.
Nic na siłę się nie da z moim Szymkiem! A jak mu się coś nie spodoba, to nie i już! Zdejmuje śliniak, wstaje i wychodzi. Koniec! Dlatego boję się, że Młody je bardzo mało różnorodnie. Ostatnio babcia nasmażyła placków z jabłkami – bleee.
Jabłka – jess!
Naleśniki – jess!
Placki z jabłkami – bleee.
Twarożek, ser biały/żółty, warzywa (pomidor, rzodkiewka, ogórek, papryka i cała armia innych ponoć zdrowych rzeczy) –„ yyy?” Moja odpowiedź: „ ser biały/żółty … itepe”. Ogrzyk – mina odpowiednia, spojrzenie (sama nie wiem jakie) z jednoczesnym gestem ściągania śliniaka i Ogrzyka nie ma!
Koniec!H E L P !