25 gru 2012
Wigilia
...
A właściwie już jakiś czas po kolacji wigilijnej ;-)
Z okazji świąt życzę Wam, Kochane Kobiety/Matki/Żony/Kochanki i Waszym Rodzinom przede wszystkim ZDROWIA, a zaraz potem spokoju, rodzinnej atmosfery i radości! Takiej zwykłej radości, że koniec świata (a może powinnam napisać tak : KONIEC ŚWIATAA ojejej!!?) nie nastąpił …, że dzieci ZDROWE, że nam (chwała Bogu!) zdrowie dopisuje i wątroby wytrzymują! Wytrzymują, si?!
To znaczy tak; każdy miał swój mały koniec świata, umówmy się! ;-) Ja miałam wielokrotnie, ale co mi tam! Wątroba legwo-legwo, bo trzeba było ten koniec jakoś pożegnać,tak?...
A jeszcze i wczoraj, a właściwie już jutro (czyli dziś!) – ech, wszystkiego co najlepsze!
Trzymajmy się, co?!
Jeśli choinka stoi (u mła już niedługo!! Bachoreski i koteski grasują przecież!), a bombki (te, co to ciągle nie potłuczone) w miarę wiszą, zdrowie dopisuje ;-)- no, to gut, znaczy się!
Super i hurraa!
I oby tak dalej!
I wszystkiego dobrego!
9 gru 2012
Sajmon i …
- i żłobek – chyba mu nie służy. Ze względów zdrowotnych, ale emocjonalnych trochę też. Płacze (lub marudzi - zależy kto go odprowadza) kiedy idzie do żłobka, popłakuje raz czy dwa razy w trakcie dnia, choć potem trudno go stamtąd wyszarpnąć. Biega po korytarzu, wspina się na piętro - szaleje. Panie go bardzo lubią, bo jest grzeczny i sam sobie organizuje czas wolny od wspólnych zajęć. Tylko co z tego, skoro jest w tym żłobku trzy do sześciu dni na miesiąc?! No, i trochę zmienił się pod wpływem (szoku) rozłąki i innych dzieci. Nauczył się wymuszać wszystko krzykiem i histerycznym płaczem (chociaż to pewnie taki etap), chce decydować co ubierze, co będzie jadł, kto go będzie usypiał, mył, karmił, w ogóle daje do zrozumienia, że on fam! (sam), panikuje kiedy mu znikam w pokoju obok, zrobił się przylepą-pieszczochem i najchętniej spędzałby czas w naszych ramionach, chce rządzić! Albo będzie tak jak on chce, albo wcale.
- i elektronika - uwielbia miłością absolutną! radio, Tv, każdy sprzęt grający i oczywiście telefony! Niestety, nie umiemy go oduczyć dotykania przedłużaczy i listew, czyli sprzętu bezpośrednio podłączonego do kontaktu. Nic nie pomaga - tłumaczenie, czytanie książeczek, krzyki i dawanie po łapach, nic! A wracając do telefonów - u Szreka w telefonie (dotykowy) potrafi nie tylko obejrzeć sobie zdjęcia czy nagrane filmiki, ale także wejść w youtube i wyszukać bajki typu Reksio, Pat i Mat (Sąsiedzi) czy Tomek i przyjaciele. Ostatnio też się bawił telefonem. Ja byłam już w pracy, a Szreku się szykował. W pewnym momencie Szreku zauważył, że Młody wystukuje ciąg jakichś cyferek, ale się nie przejął, bo tak długiego numeru nie połączy z żadnym abonentem przecież... Po chwili zadzwonił telefon. Szreku odebrał i usłyszał – „Tu pogotowie! Zadzwoniło do nas dziecko, rozumiem, że jest zostawione bez opieki więc wysyłam karetkę i policję!” Na szczęście nie wysłał, ale Szreku dostał zjebki (zasłużone absolutnie, chociaż on sam uważa inaczej) i ma nauczkę, że Młody jest nieobliczalny.
- i muzyka - ostatnio hit absolutny "Gangnam style". Kiedy Sajmon tylko toto usłyszy, przerywa każdą zabawę, porzuca zabawki i zaczyna tańczyć. A ostatnio nawet próbuje śpiewać - najlepiej wychodzi mu "hej!"
- i kota – skomplikowany związek, szorstka czułość podszyta zazdrością. O nas oczywiście. Potrafi być dla niej niemiły, próbuje ją kopnąć, gania ją i krzyczy przy niej wymachując rękami (kota nie lubi tego, więc ucieka), ale z drugiej strony pilnuje, żeby dać jej jeść (citek miau! jeśś jeśś), a najchętniej sam próbuje ją karmić. Kota, jak się zapomni, ociera się o niego i coraz mniej daje mu po łapach. Zresztą Sajmonek jest i tak przygotowany i w bliższych z Kiką kontaktach chowa dłonie pod pachy, tak na wszelki wypadek, o!
- i mowa - czyli, cytując Słowackiego: „…aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…” – wiele, wiele nowości w temacie! Nareszcie! I chcemy więcej. Chociaż już teraz (dla mnie!) Sajmonkowe gadanie jest zrozumiałe i oczywiste. Jedziemy autem, ja prowadzę, Sajmon z tyłu w foteliku. Słyszę zza pleców: „mama, a to to?” Ale co? – pytam „to! To to?” I tak całą drogę! A dalej – fam (sam), juf (już), dziuja (dziura), kedy baba bedzie tu? Niektóre wyrazy (czasem całe zdania!) wyskakują z niego ot, tak - jakby od niechcenia, jakby TAM gdzieś były i czekały sobie na wywołanie. Ale generalnie są to ciągle pojedyncze wyrazy i ciągle preferuje swoją mowę...
- i choroby - sporo tego było od września. I za każdym razem (poza jednym przypadkiem!) brał antybiotyk. Jak pisałam, wracał do żłobka na trzy dni i zaczynało się od nowa. Niestety, nasza doktorka leczy wszystko (od kataru po wirusy) antybiotykami, a ja nie jestem aż tak odważna czy doświadczona, żeby ryzykować samodzielne leczenie domowymi sposobami. Efekt był taki, że ostatnia choroba była bardzo ciężka, z wysoką gorączką (ponad 39,5), której nie dawało się zbić przez kilka dni. Młody bardzo był cienki, gorączka zamieniała go w piszczącego i jęczącego biedaczka, odmawiał przyjmowania leków i picia, a ja panikowałam, bo nie wiedziałam czy to wszystko nie skończy się czasem w szpitalu. Tym razem to ja siedziałam z nim w domu. Babcia nie dałaby rady, a w końcu dziecko jest ważniejsze niż atmosfera w pracy (bo kierownica się wyraźnie na mnie obraziła, że ją ze wszystkim zostawiłam samą. Ojej! Masakra!). Nawet doktorka zaniepokoiła się i skierowała go na badania krwi. Na szczęście wszystko w normie, ale zadecydowałam, że teraz zostanie do końca roku w domu. Niech odpocznie od bakcyli i leków. A w nowym roku - zobaczymy. Chciałabym, żeby wrócił do żłobka, bo i tak nie ma innego wyjścia i do przedszkola będzie musiał iść. Z drugiej strony, chciałabym, żeby posiedział w domu – z dala od bakcyli/wirusów/antybiotyków… Ale to zależy od babci – mojej mamy. A tu jest problem, bo z moją mamą jest źle… Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, tak jest! Symptomy przemawiają nawet do takiego ignoranta jak ja i wiem, że jest bardzo, bardzo źle! No, i moje sny… można się śmiać, ale są bardzo złowieszcze, wiem to i czuję.
Tak czy owak, jest jak jest i oby jak najdłużej nie było gorzej!
4 lis 2012
Nie mam sił...
Serio, serio: nie mam!
Bo za szybko i zbyt intensywnie żyję.
Biegiem żyję ostatnio… i stresem.
Biegiem mijają mi dni. Nawet mój puls się dostosował i zapitala ponad 85-95 uderzeń na minutę. To niedobrze, bo ponoć najlepszy puls dla serca, to około 70 uderzeń na minutę. Wolniej serce bije – dłużej pożyjesz!
A stresuję się – jak zwykle – wszystkim!
Do tego „wszystkiego” doszły myśli o małej Karolce i jej rodzicach. Boże, jakie to niesprawiedliwe! My sobie żyjemy, pracujemy, wnerwiamy się na duperele, na Łobuziaka ogrzego, który jest nieznośny, marudzimy, cieszymy się… Ich życie wygląda i smakuje zupełnie inaczej. Dla nich każdy dzień ma znaczenie zupełnie inne, zupełnie inne mają problemy, coś innego ich cieszy i smuci…
I ten ból, kiedy patrzy się na cierpienie swojego dziecka. Nie chcę nawet próbować myśleć, że wiem jak to jest. Samo myślenie o nich boli. Bardzo.
Ale to nie chodzi o mój ból. Ktoś jest bardziej lub mniej wrażliwy i już.
A po drodze był 1.11 - mój nielubiany dzień.
Czytałam blogi o śmierci, o raku i o tym, że ten syf zabiera tak wspaniałe osoby (http://andzia-i-nieborak.blog.onet.pl/ i http://chustka.blogspot.com/)! Czy mi to coś daje? A musi? Przeżywam i już.
A u nas co?
A to:
- Ogrzyk jest ZNOWU chory! Gad-demyt! Chyba po raz czwarty od września. Moja mama praktycznie u nas mieszka. Nie to, żebym coś miała przeciwko – bardzo mi pomaga. Bardzo! Nigdy bym jej nie podejrzewała. Jaka jest, taka jest, ale staje na wysokości zadania i dla Ogrzyka jest najlepszą opiekunką ever! Nigdy bym nie zostawiła Ogrzyka pod opieką teściowej, na ten przykład. Noł-łej!
- w pracy u mła – oszty!- znaczy: napiszę później. Teraz nie jestem (ciągle) gotowa.
- ja – jestem tak zmęczona, że padam na ryj jak tylko usiądę. :-(( Tak, wiem – dziwnie to brzmi, ale tak jest. Ostatnio udało mi się usnąć (tak, gad-demyt!) na kilku filmach, przy czytaniu książki (nie, żeby nudna była! Robię/przeprowadzam ostrą selekcję) i czekając na uruchomienie się laktopa!
No, masakra!
Starość? Cukrzyca? (tfu tfu!).
Dlatego nie ma mnie TU, bo śpię tam. Żenuła! Ale, jak to mówią – starość nie radość… I do tego jestem świadoma swojej nieudolności i dezorganizacji. Logistycznie leżę na plecach i kwiczę! I ciągle nie umiem się organizować, zaplanować, ogarnąć jakoś.
- my – ze Szrekiem, znaczy się – nie chce mi się o tym gadać! I już nawet nie chce mi się coś mu tłumaczyć, rozmawiać… nie chce mi się! I już.
Na dziś wystarczy. Ciąg dalszy nastąpi.
Może.
Jak znowu nie usnę przy uruchomianiu kal…laktopa… ;-))
Etykiety:
deprecha to moja specjalność,
MY,
samo życie Fjony
11 paź 2012
Bądź lepszy, październiku!
- Sajmon przechorował większą część września. Gdyby nie moja mama, musiałabym iść na zwolnienie zanim wróciłam do pracy. Jaka jest, taka jest, ale bardzo pomogła i stanęła na wysokości zadania. Dwukrotnie. W ten sposób adaptacja żłobkowa nie trwała więcej niż 10 dni. Dobrze, że choć tyle. Zobaczymy jaki będzie październik, ale nie mam złudzeń i cudów nie oczekuję.
- Ogrzyk i tak skorzystał z tych dni w żłobku – coraz częściej słyszę „ja!”, kiedy próbuje samodzielnie coś zrobić, pije z kubka (zwykłego! żegnaj niekapku!), próbuje też samodzielnie jeść (tylko ciągle jest za mało cierpliwy albo za bardzo wygodny), włazi na meble i dosięga rzeczy, których nie powinien (z tego się akurat średnio cieszę), podskakuje mówiąc przy tym „hop!”, próbuje śpiewać (słodkie to!), gania kocicę (hmm, na tym polu czeka nas prawdziwa walka i przeprawa, bo jest bardzo niedelikatny), wszystko wymusza krzykiem i płaczem (w myśl zasady: maj-łej-or-no-łej)
- mówi coraz więcej, a przynajmniej próbuje: moja mama, mój tata, mama, tata i ja!, dapcije (dobrze), pada, citek (to do Kiki), bucia (picie), mama-Ania, tata-dziś (zamiast Krzyś), buba (kupa), boji (boli), tata, a to-to? (a co to?)
Rozrzuca zabawki. Tłumaczę mu, że jak przyjdzie tata, to będzie jak zwykle płacz przy sprzątaniu (bo tego akurat nie lubi – fajniejsze jest rozpirzanie zabawek po pokoju). Na to Ogrzyk, nie przerywając rozpierduchy – "Bach, bach! Tata: niuniu. Ja: uuu-aaa-uuu" (udając swój płacz, udawany zresztą). I dokładnie tak było. ;-))
Innym razem wchodzę do pokoju po powrocie z pracy i udaję szok na widok bałaganu (babcia zdążyła mi wcześniej naskarżyć). Pytam – kto tak nabałaganił?! Słyszę – ja! (nawet pokazuje na siebie paluszkiem). Pytam – a kto to wszystko posprząta? Słyszę – tata!
- wrzesień był też masakryczny pod względem finansowym. Wiem: ile by się nie miało kasy -zawsze będzie za mało, ale i tak mnie wkurwia to, jak bardzo wszystko zdrożało, jak trzeba każdą złotówkę pilnować i jak na złość - wszystko się, kurwa, psuje, buty się niszczą, ciuchów praktycznie nie mam… i w kolejce ustawiają się sprawy do załatwienia na przedwczoraj …! Do tego dochodzą opłaty za żłobek, ciuchy…pierdylion ważnych wydatków :-(
- nerwy i ciągły stres spowodowały poważny spadek formy, zwłaszcza psychicznej. A co za tym idzie wysiada mi zdrowie. Głownie głowa i serce. W poniedziałek idę do kardiologa. Albo mam nerwicę (zaawansowaną ździebko) albo coś się spsuło w serduchu.
- i jeszcze my ze Szrekiem… bardzo ostatnio kryzysowo między nami, bardzo źle.
- powrót do pracy, a zwłaszcza moja „nowa” kierownica to zupełnie osobny temat dlatego o tym napiszę inną razą.
- a na koniec prawdziwa masakra, która mnie absolutnie zdołowała… Szreka brat cioteczny ma dwie córki – 4,5 i 2,3-latki. Młodsza dwa tygodnie temu osowiała, osłabła… Badanie krwi – ostra białaczka. Niesprawiedliwe! Niezrozumiałe. Bardzo bolesne. Walczą, a jedyne co ja mogę zrobić, to trzymać kciuki.
- Ogrzyk i tak skorzystał z tych dni w żłobku – coraz częściej słyszę „ja!”, kiedy próbuje samodzielnie coś zrobić, pije z kubka (zwykłego! żegnaj niekapku!), próbuje też samodzielnie jeść (tylko ciągle jest za mało cierpliwy albo za bardzo wygodny), włazi na meble i dosięga rzeczy, których nie powinien (z tego się akurat średnio cieszę), podskakuje mówiąc przy tym „hop!”, próbuje śpiewać (słodkie to!), gania kocicę (hmm, na tym polu czeka nas prawdziwa walka i przeprawa, bo jest bardzo niedelikatny), wszystko wymusza krzykiem i płaczem (w myśl zasady: maj-łej-or-no-łej)
- mówi coraz więcej, a przynajmniej próbuje: moja mama, mój tata, mama, tata i ja!, dapcije (dobrze), pada, citek (to do Kiki), bucia (picie), mama-Ania, tata-dziś (zamiast Krzyś), buba (kupa), boji (boli), tata, a to-to? (a co to?)
Rozrzuca zabawki. Tłumaczę mu, że jak przyjdzie tata, to będzie jak zwykle płacz przy sprzątaniu (bo tego akurat nie lubi – fajniejsze jest rozpirzanie zabawek po pokoju). Na to Ogrzyk, nie przerywając rozpierduchy – "Bach, bach! Tata: niuniu. Ja: uuu-aaa-uuu" (udając swój płacz, udawany zresztą). I dokładnie tak było. ;-))
Innym razem wchodzę do pokoju po powrocie z pracy i udaję szok na widok bałaganu (babcia zdążyła mi wcześniej naskarżyć). Pytam – kto tak nabałaganił?! Słyszę – ja! (nawet pokazuje na siebie paluszkiem). Pytam – a kto to wszystko posprząta? Słyszę – tata!
- wrzesień był też masakryczny pod względem finansowym. Wiem: ile by się nie miało kasy -zawsze będzie za mało, ale i tak mnie wkurwia to, jak bardzo wszystko zdrożało, jak trzeba każdą złotówkę pilnować i jak na złość - wszystko się, kurwa, psuje, buty się niszczą, ciuchów praktycznie nie mam… i w kolejce ustawiają się sprawy do załatwienia na przedwczoraj …! Do tego dochodzą opłaty za żłobek, ciuchy…pierdylion ważnych wydatków :-(
- nerwy i ciągły stres spowodowały poważny spadek formy, zwłaszcza psychicznej. A co za tym idzie wysiada mi zdrowie. Głownie głowa i serce. W poniedziałek idę do kardiologa. Albo mam nerwicę (zaawansowaną ździebko) albo coś się spsuło w serduchu.
- i jeszcze my ze Szrekiem… bardzo ostatnio kryzysowo między nami, bardzo źle.
- powrót do pracy, a zwłaszcza moja „nowa” kierownica to zupełnie osobny temat dlatego o tym napiszę inną razą.
- a na koniec prawdziwa masakra, która mnie absolutnie zdołowała… Szreka brat cioteczny ma dwie córki – 4,5 i 2,3-latki. Młodsza dwa tygodnie temu osowiała, osłabła… Badanie krwi – ostra białaczka. Niesprawiedliwe! Niezrozumiałe. Bardzo bolesne. Walczą, a jedyne co ja mogę zrobić, to trzymać kciuki.
Etykiety:
Fjona na skraju,
Sajmonek,
samo życie Fjony,
słownik Sajmonka
13 wrz 2012
Ciężkie jest życie bez neta!
Jest to szczególnie frustrujące, kiedy się mieszka pod jednym dachem z informatykiem, gad demyt! Cały tydzień czekałam na naprawę, ale jak wiadomo szewc bez butów i pod latarnią najciemniej! Udało się! Naklikał, postękał, pomyślał, podrapał się po głowie i ...naprawił! "Maj hiroł!", że zacytuję Kobietę ;-)
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!
Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć?
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))
Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi.
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!
Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć?
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))
Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi.
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!
Etykiety:
Fjona na skraju,
Sajmonek,
samo życie Fjony,
żłobek
3 wrz 2012
Przeżyć żłobek i nie zwariować
... czyli Fjona-cienki Bolek.
Pierwsze koty za płoty! To dzisiaj był debiut żłobkowy. Ależ to zleciało!
Ogrzyk, zgodnie ze swoim przekornym charakterkiem, dzisiaj nie chciał nawet zbliżyć się do schodów żłobka. Chociaż (odkąd sam chodzi) za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy, wdrapywał się na nie ochoczo i nie dał się zabrać. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, a wszelkie formalności zostały zakończone – nadejszła wiekopomna chwila: wejście na salę.
I proszsz!
Pooszedł! Prosto do zabawkowej kuchni, bo szafki miały drzwiczki i do tego talerzyki, widelczyki i malunie filiżaneczki. Można było otwierać i zamykać, wyjmować i układać, a potem wkładać z powrotem do szafeczki i zamykać drzwi, znowu i znowu. Nie widział mnie! Dobry start, obiecujący. W ramach eksperymentu zostałam nawet poproszona o wyjście na korytarz, niech się oswaja, że mnie nie ma w zasięgu wzroku. Minęło ok. 15-20 minut. W tym czasie dookoła panował taki harmider, że głowa pękała w szwach. Rodzice przyprowadzali kolejne dzieci, wchodzili, wychodzili, wracali, panie wychodziły i każdemu po kolei tłumaczyły co i jak… Ja tylko łapałam kontakt wzrokowy z opiekunkami i pytałam jak tam. Było oki. I w pewnym momencie usłyszałam płacz, który szybko przeszedł w krzyk. Nie, to nie Ogrzyk. Ale do malucha dołączyły jeszcze ze dwa, potem trzy głosy, a gdy kolejny raz drzwi się otworzyły widziałam Ogrzyka jak biegnie w stronę drzwi z wyraźną „podkówką” na buzi i z okrzykiem „mama!”. Potem pytałam pani, kiedy zaczął płakać, powiedziała, że przestraszył się krzyku jednego z chłopców (faktycznie piszczał tak, że uszy bolały!). W każdym razie Szymuś rozkręcił się i rozżalił na maksa. Pani zasugerowała, że może na dzisiaj wystarczy i mogę go zabrać. Bardzo chętnie, bo hałas mnie zmasakrował, a emocjonalnie byłam bliska dołączenia do ryku mojego synka. Zwłaszcza, że w Sali płakało już z siedmioro dzieciaczków. Tylko, że Ogrzyk z Sali wyszedł, ale ze żłobka wyprowadzić się nie dał! I tak staliśmy na korytarzu, on ryczał, ja pytałam gdzie chce iść, a on nie mógł się zdecydować. W końcu drzwi do Sali otworzyły się po raz pierdylion siedemdziesiąty dziewiąty, a wtedy Szymek zwyczajnie wszedł do środka (nie przestając ryczeć). I stał tam taki rozdarty, niezdecydowany i nieszczęśliwy, bo „jego” kuchnia była zajęta! I z tej frustracji zaczął nawet rzucać plastikowymi talerzami o podłogę… A ponieważ nie bardzo chciał się uspokoić, a jakaś dziewczynka, która podeszła do niego po chwili też się rozpłakała – dałam za wygraną. Wyszliśmy. On cały spocony od płaczu, z zaparowanymi okularkami, z gilami do pasa i ja mokra, spięta i z histerią gotową za zakrętem. Jeszcze na zewnątrz dwa razy mi się wyrywał i biegiem wracał do żłobka…
A potem, w domu, kiedy przyszła babcia i zajęła się małym diabełkiem, mama (czytaj: stara i głupia Fjona) opowiedziała wszystko Szrekowi, zalewając siebie i telefon rzęsistymi łzami. Tak się rozkręciłam, że kiedy zadzwonił mój brat (też ciekawy jak tam debiucik Szymka), wystraszyłam go nie na żarty, bo nie mogłam wydusić słowa. No, waryjatka jakaś!
Ech, menopauza już coraz bliżej, nie ma to tamto!
A teraz siedzę przy laktopie, nie mam sił i ochoty na robienie czegokolwiek, a Ogrzyk śpi i co jakiś czas mówi coś przez sen! Przeżywa.
Jutro podejście drugie. Jedno, co mi się nie podoba, to bardzo duża grupa – doliczyłam się ok. 26 dzieciaczków! Młodsze grupy są mniej liczne. Cóż, nic się na to nie poradzi. I tak wiele dzieci jest jeszcze na listach rezerwowych.
A dzisiaj nasza siódma rocznica ślubu (wełniana lub miedziana). Nawet nie wiem czy to jakoś uczcimy… Teraz czuję się emocjonalnie wypompowana. Może do wieczora mi przejdzie, podładuję trochę akumulator i nabiorę ochoty na cokolwiek?
Psst: wielkie dzięki za wsparcie, kciuki i rękaw do wypłakania użyczony przez pewną Kobietę. ;-))
Pierwsze koty za płoty! To dzisiaj był debiut żłobkowy. Ależ to zleciało!
Ogrzyk, zgodnie ze swoim przekornym charakterkiem, dzisiaj nie chciał nawet zbliżyć się do schodów żłobka. Chociaż (odkąd sam chodzi) za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy, wdrapywał się na nie ochoczo i nie dał się zabrać. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, a wszelkie formalności zostały zakończone – nadejszła wiekopomna chwila: wejście na salę.
I proszsz!
Pooszedł! Prosto do zabawkowej kuchni, bo szafki miały drzwiczki i do tego talerzyki, widelczyki i malunie filiżaneczki. Można było otwierać i zamykać, wyjmować i układać, a potem wkładać z powrotem do szafeczki i zamykać drzwi, znowu i znowu. Nie widział mnie! Dobry start, obiecujący. W ramach eksperymentu zostałam nawet poproszona o wyjście na korytarz, niech się oswaja, że mnie nie ma w zasięgu wzroku. Minęło ok. 15-20 minut. W tym czasie dookoła panował taki harmider, że głowa pękała w szwach. Rodzice przyprowadzali kolejne dzieci, wchodzili, wychodzili, wracali, panie wychodziły i każdemu po kolei tłumaczyły co i jak… Ja tylko łapałam kontakt wzrokowy z opiekunkami i pytałam jak tam. Było oki. I w pewnym momencie usłyszałam płacz, który szybko przeszedł w krzyk. Nie, to nie Ogrzyk. Ale do malucha dołączyły jeszcze ze dwa, potem trzy głosy, a gdy kolejny raz drzwi się otworzyły widziałam Ogrzyka jak biegnie w stronę drzwi z wyraźną „podkówką” na buzi i z okrzykiem „mama!”. Potem pytałam pani, kiedy zaczął płakać, powiedziała, że przestraszył się krzyku jednego z chłopców (faktycznie piszczał tak, że uszy bolały!). W każdym razie Szymuś rozkręcił się i rozżalił na maksa. Pani zasugerowała, że może na dzisiaj wystarczy i mogę go zabrać. Bardzo chętnie, bo hałas mnie zmasakrował, a emocjonalnie byłam bliska dołączenia do ryku mojego synka. Zwłaszcza, że w Sali płakało już z siedmioro dzieciaczków. Tylko, że Ogrzyk z Sali wyszedł, ale ze żłobka wyprowadzić się nie dał! I tak staliśmy na korytarzu, on ryczał, ja pytałam gdzie chce iść, a on nie mógł się zdecydować. W końcu drzwi do Sali otworzyły się po raz pierdylion siedemdziesiąty dziewiąty, a wtedy Szymek zwyczajnie wszedł do środka (nie przestając ryczeć). I stał tam taki rozdarty, niezdecydowany i nieszczęśliwy, bo „jego” kuchnia była zajęta! I z tej frustracji zaczął nawet rzucać plastikowymi talerzami o podłogę… A ponieważ nie bardzo chciał się uspokoić, a jakaś dziewczynka, która podeszła do niego po chwili też się rozpłakała – dałam za wygraną. Wyszliśmy. On cały spocony od płaczu, z zaparowanymi okularkami, z gilami do pasa i ja mokra, spięta i z histerią gotową za zakrętem. Jeszcze na zewnątrz dwa razy mi się wyrywał i biegiem wracał do żłobka…
A potem, w domu, kiedy przyszła babcia i zajęła się małym diabełkiem, mama (czytaj: stara i głupia Fjona) opowiedziała wszystko Szrekowi, zalewając siebie i telefon rzęsistymi łzami. Tak się rozkręciłam, że kiedy zadzwonił mój brat (też ciekawy jak tam debiucik Szymka), wystraszyłam go nie na żarty, bo nie mogłam wydusić słowa. No, waryjatka jakaś!
Ech, menopauza już coraz bliżej, nie ma to tamto!
A teraz siedzę przy laktopie, nie mam sił i ochoty na robienie czegokolwiek, a Ogrzyk śpi i co jakiś czas mówi coś przez sen! Przeżywa.
Jutro podejście drugie. Jedno, co mi się nie podoba, to bardzo duża grupa – doliczyłam się ok. 26 dzieciaczków! Młodsze grupy są mniej liczne. Cóż, nic się na to nie poradzi. I tak wiele dzieci jest jeszcze na listach rezerwowych.
A dzisiaj nasza siódma rocznica ślubu (wełniana lub miedziana). Nawet nie wiem czy to jakoś uczcimy… Teraz czuję się emocjonalnie wypompowana. Może do wieczora mi przejdzie, podładuję trochę akumulator i nabiorę ochoty na cokolwiek?
Psst: wielkie dzięki za wsparcie, kciuki i rękaw do wypłakania użyczony przez pewną Kobietę. ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)

