Smętnie i bez cenzury będzie (atonsjo : że bluzgam znaczy się!)
U mnie CIĘŻKO - przełom roku!
Zawsze (co roku!) boli od listopada do lutego.
W tym roku zaczęło się w październiku!
Tak ciężkiego miesiąca już dawno nie pamiętam.
Emocjonalnie i psychicznie jestem padnięta na ryj i leżę! Bo, kurwa, nie mam siły wstać ...
Wyliczę to, co dotyczy tylko października!
- druga operacja matki – pani doktor prowadząca zrezygnowała na tydzień przed operacją … urlop, obraza (za wytknięcie błędu) czy brak kompetencji – nie ma znaczenia. Inny lekarz operował i już. Od samego początku wszystko było jakieś kulawe i pechowe. No więc jazda psychiczna, bo to i poważniejsza operacja i jak się później okazało jelita nie chciały współpracować i zacząć działać, a poza tym prawdopodobnie marskość wątroby ... Operacja się udała, ale ... bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem tyka. Nie dziwi mnie taka diagnoza - żeby nie było!
W końcu lata "praktyki" tak?!
Szpital i rekonwalescencja, a potem ... końcowe odliczanie?
Mama jest już w domu. Bardzo słaba. Dużo wolniej wraca do formy.
Nie wiem co będzie dalej.
- ostatecznie i definitywnie zwątpiłam, że nadaję się na matkę!
Szymek jest słodki i kochany, ale ma też charakterek i czarta za pazuchą! A ja, niestety, nie należę do zrównoważonych i opanowanych osób!
Jakże się myliłam w optymistycznej ocenie siebie! Moje macierzyństwo - to porażka!! :-((
Wszystko co przy Małym robię (lub chcę zrobić) kończy się naszą szarpaniną i przymusem. Mam tego dosyć! Nie chcę się szarpać, żeby go przewinąć, wyszykować na spacer, zrobić mu coś przy nosku, oku czy uchu, no, nie i już! A z nim inaczej się teraz nie da!
Ja nie mogę inaczej, bo Szreku to już co innego …
Jedna z wielu sytuacji: kupa Ogrzyka=ucieczka! Przede mną! Kiedyś wzięłam krople na uspokojenie, wzięłam na "wstrzymanie" i przeczekanie i choć wiedziałam, że ma pełno w pampersie - czekałam i grzecznie prosiłam, żeby przyszedł to go umyję i przebiorę. Prosiłam, tłumaczyłam, zachęcałam, wabiłam, zagadywałam ... po 10 minutach chuj jasny mnie strzelił, bo ile można?! Złapałam, zaniosłam do łazienki, znowu szarpanina i wrzaski (moje i jego!). Jak się okazało ta metoda też nie działa. Przeczekanie i cierpliwość doczekały się kupska rozsmarowanego na jego plecach, wysmarowanego/wyciśniętego z pampersa na nogi, a przy rozbieraniu - także na bodziaka, moje ręce po łokcie, bluzkę, podłogę, zlew, okolice i chuj wie co jeszcze! Śmieszne? pewnie tak... A ja myślałam, że jego rozszarpię, a sama wyjdę po papierosy i wrócę za trzy lata! Tak, jestem zmęczona, sfrustrowana i znerwicowana (że o zagrożeniu alkoholizmem nie wspomnę!), szpital i operacja, chroniczne niewyspanie, niezadowolenie z siebie, brak czasu dla siebie i inne tego typu sprawy - nie pomagają, ale i tak N I C nie tłumaczy mojego zachowania wobec tego małego człowieczka.
A oliwy do ognia dolały sygnały z otoczenia. Poddałam się i uwierzyłam, przyjęłam do wiadomości, że dupa ze mnie, a nie matka! Bo powinnam robić to i tamto, tak i owak, a Szymek ma iść do żłobka, bo dzieci się lepiej tam rozwijają, a ja go ograniczam (rozwój OGRANICZAM!), sama powinnam wypierdalać do pracy zamiast SIEDZIEĆ w domu (noszsz kurwa! siedzieć i pachnieć! tiaaa) i pasożytować na mężu (to w domyśle, bo to od rodziny Szreka i znajomego-dobrze-zarabiającego!)... Poddałam się. Bo zmęczona, kurwa, jestem masakrycznie. Nie jestem z siebie zadowolona i bliżej mi do jakiegoś mega-doła i totalnej depresji niż radosnego macierzyństwa ...
Oto ja : totalna desperacja, depresja, dezorganizacja, chaos, załamka, frustracja … moje poczucie własnej wartości leży gdzieś pod podłogą i zdycha.
Zero czasu dla siebie! Z E R O ! Logistyka i zarządzanie czasem to nie są moje najmocniejsze strony. Zaspokajanie własnych potrzeb… jakich potrzeb?!
Całą moją uwagę i energię w ciągu dnia poświęcam Ogrzykowi, który jest słodkim, energicznym, bardzo nieposłusznym łobuziakiem.
A ja zniknęłam...
Niestety zaniedbanie własnych potrzeb skutkuje zmęczeniem, złością i frustracją. O uszczerbku na zdrowiu nie wspomnę. Jestem sobą rozczarowana. Złoszczę się na swoją słabość i nieumiejętność znalezienia czasu i siły dla siebie! Nie poprawiają mojego nastroju komentarze, uwagi (dotyczące mojego wyglądu) i porównania jakie słyszę ze strony rodziny Szreka i niektórych znajomych.
Wycofuję się, chowam, dziczeję.
Efektem tej nagonki (wiem, przesadzam - ale tak czuję!) i presji jest chęć ucieczki … do pracy. Nie ze względu na brak kasy (jeszcze na kilka miesięcy spokojnego życia by nam wystarczyło) ale właśnie ze względu na rosnącą frustrację i niezadowolenie. Ze względu na dobro Ogrzyka.
Jakie to chore! Zawsze myślałam, że posiadanie dziecka dodaje sił, kobieta staje się bardziej zaradna i zorganizowana, znajduje w sobie pokłady cierpliwości, o której nie miała pojęcia!
No, tak, ale to wszystko trzeba w sobie znaleźć! Mam nadzieję, że ja też to wszystko w sobie mam tylko zmęczenie zaślepiło mnie i zagłuszyło, zwątpienie odebrało wiarę w swoje możliwości, brakuje mi realnego i trzeźwego spojrzenia (z dystansem!) na siebie i swoje zachowanie. No i ta obawa: a co, jeśli faktycznie „żłobek to najlepsze wyjście dla Małego? Jeśli ograniczam rozwój Ogrzyka? Jeśli moja kontrola i chuchanie-dmuchanie nie pozwala mu się prawidłowo rozwijać”? (to cytat, słowa, które usłyszałam od znajomego). Rozsądek podpowiada, żeby się nie przejmować gadaniem innych, bo ważne co my ze Szrekiem myślimy, ale to tylko taki cichutki głosik w tym całym zamieszaniu dookoła nas.
Chcę, muszę i potrzebuję się ogarnąć!
Szkoda tylko, że kończy się na słowach.
A ja grzęznę, zapadam się i czuję, że jest ze mną coraz gorzej.
Jak mam sobie pomóc? Jak skutecznie dać sobie kopa do działania? Żeby nie zwariować? Żeby się nie dać, wziąć się w garść, spiąć pośladki i zrobić porządek w moim zrytym berecie!
Bo Ogrzyk jest w normie, to ja mam problemy ze sobą!
Dosyć!
Ta notka powstaje już tydzień! No, masakra jakaś!
Wrzucam i niech się dzieje!
A jutro jest nowy dzień …”jutro jest świeże i wolne od błędów” …(L.M. Montgomery)
15 lis 2011
14 paź 2011
Nikt się nie dowie jako smakujesz – aż się zepsujesz (…)
Mama pod koniec przyszłego tygodnia idzie (wraca!) do szpitala na kolejną operację.
Tym razem będzie poważniejsza, rana większa, a mama wolniej będzie wracać do formy.
Ale będzie wiadomo, czy są przerzuty i konieczna jest chemia.
Nie myślę, nie zastanawiam się, nie prorokuję. Przynajmniej się staram … Boję się. Trochę inaczej niż za pierwszym razem.
I czekam, tak jak mama i brat.
I tak jak oni udaję, że się nie martwię.
Bo będzie dobrze, prawda? Musi być!
Zaniedbania (chroniczne i permanentne) mojego zdrowia wyłażą wszystkimi dziurami (jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało).
Czego się nie tknę, nie sprawdzę – chore i do natychmiastowego leczenia!
- zaczęło się od nadgarstków - oba ponoć do operacji… zespół cieśni!
- potem sprawdziłam kolana - nic takiego! Trzeba tylko przez kilka miesięcy pobrać kolagen w celu uzupełnienia go w chrząstkach, żeby nie trzeszczało i nie bolało. Najlepiej suplement diety, „taki-a-taki”, którego miesięczny koszt to ok. 100-120 zł! Pryszcz! Co to dla mnie! ;-)
- okulistę zaliczyłam wcześniej – okulary do czytania … A może za chwilkę i do noszenia, bo widzę jakby gorzej nieco …
- ostatnio laryngolog – miałam sprawdzić przykre dolegliwości gardłowe, trwające od czasów sprzed ciąży(!), ale przy okazji i w ostatniej chwili przyplątał się jakiś syf przeokrutny więc była kumulacja! Nowy syf to infekcja wirusowa. Ale ciekawsze jest to, co sobie wcześniej wyhodowałam! Zapalenie błony śluzowej gardła z zanikającą śluzówką! Tadaam! Zdolna jestem niesłychanie. Doktor uspokajał, że brzmi gorzej niż powinno, ale leków wypisał 3 (trzy!) recepty, zapłaciłam za wizytę i leki (!!) jak za … nie wiem co! A! I oczywiście jeden z najdroższych leków mam brać przez co najmniej 3 miesiące! A lepiej brać go dłużej.
- w kolejce jest jeszcze dentysta… Z tym długo czekać nie trzeba! I się nie da! Zębiszcza same, i w najmniej odpowiedniej chwili, przypomną o sobie. Boleśnie! A wtedy nie ma zmiłuj! Znowu popłynie strumień setek złotych polskich na konto kolejnego lekarza. Bo Fjona, kurdę, hojna jest i lubi wspierać rozwój lokalnych gabinetów medycznych! A co?!
Swoim wirusowym syfem gardłowym, oczywiście, zaraziłam Ogrzyka! Bo się tak bardzo starałam, żeby tego nie zrobić i Młodemu oszczędzić! Zaczęło się od wyjątkowo (nawet jak na Niego) marudnego i nerwowego zachowania. Jeszcze nieświadoma, ot tak, chwyciłam termometr i – BANG! Temperatura 38,8! Klikałam (mam bezdotykowy termometr) ze 300 razy! Bez zmian! Niesamowita gorączka, jak na Ogrzyka, który ani po szczepieniach, ani przy chorobach nie przekraczał 38,5! Malutka panika, obserwacja i konsultacja telefoniczna z poradnią. Jeszcze do 14-ej jakoś się trzymał, zjadł kilka łyżek obiadu, jogurt, a po godzinie zażądał znowu jogurtu!! Potem jednak jak na zjeżdżalni ... wiuuu i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Trochę kaszlał, mało spał (takim niespokojnym, przerywanym snem), markotniał i spowalniał, aż w końcu Szreku wrócił z pracy ... a Ogrzyka nie było!! Mały zawsze wita go w drzwiach, krzyczy coś po swojemu i "opowiada". Już tylko pro forma mierzenie temperatury - kolorki, zaszklone spojrzenie, spierzchnięte usta i marud-powolniaczek mówiły wszystko! Aaaaa - 39,8!! Samochód, nocna pomoc (szczęście że blisko) i zapalenie gardła. Miś straaasznie bidny, marudny, i taki jak nie on ... Ciężka to była noc. Budził się z płaczem, ale temperatura troszkę spadła! Został mu tylko (jak jego matce) upierdliwy i męczący suchy kaszel! Poza kaszlem jest oki. Ale ten kaszel … taki sam jak mój! Suchy, męczący, bezproduktywny i bezsensowny.
Boszsz!
Zdrowia dużo poproszę! Wór. Lepiej kilka worów od zaraz!
Dla siebie i całej rodziny!
Tym razem będzie poważniejsza, rana większa, a mama wolniej będzie wracać do formy.
Ale będzie wiadomo, czy są przerzuty i konieczna jest chemia.
Nie myślę, nie zastanawiam się, nie prorokuję. Przynajmniej się staram … Boję się. Trochę inaczej niż za pierwszym razem.
I czekam, tak jak mama i brat.
I tak jak oni udaję, że się nie martwię.
Bo będzie dobrze, prawda? Musi być!
Zaniedbania (chroniczne i permanentne) mojego zdrowia wyłażą wszystkimi dziurami (jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało).
Czego się nie tknę, nie sprawdzę – chore i do natychmiastowego leczenia!
- zaczęło się od nadgarstków - oba ponoć do operacji… zespół cieśni!
- potem sprawdziłam kolana - nic takiego! Trzeba tylko przez kilka miesięcy pobrać kolagen w celu uzupełnienia go w chrząstkach, żeby nie trzeszczało i nie bolało. Najlepiej suplement diety, „taki-a-taki”, którego miesięczny koszt to ok. 100-120 zł! Pryszcz! Co to dla mnie! ;-)
- okulistę zaliczyłam wcześniej – okulary do czytania … A może za chwilkę i do noszenia, bo widzę jakby gorzej nieco …
- ostatnio laryngolog – miałam sprawdzić przykre dolegliwości gardłowe, trwające od czasów sprzed ciąży(!), ale przy okazji i w ostatniej chwili przyplątał się jakiś syf przeokrutny więc była kumulacja! Nowy syf to infekcja wirusowa. Ale ciekawsze jest to, co sobie wcześniej wyhodowałam! Zapalenie błony śluzowej gardła z zanikającą śluzówką! Tadaam! Zdolna jestem niesłychanie. Doktor uspokajał, że brzmi gorzej niż powinno, ale leków wypisał 3 (trzy!) recepty, zapłaciłam za wizytę i leki (!!) jak za … nie wiem co! A! I oczywiście jeden z najdroższych leków mam brać przez co najmniej 3 miesiące! A lepiej brać go dłużej.
- w kolejce jest jeszcze dentysta… Z tym długo czekać nie trzeba! I się nie da! Zębiszcza same, i w najmniej odpowiedniej chwili, przypomną o sobie. Boleśnie! A wtedy nie ma zmiłuj! Znowu popłynie strumień setek złotych polskich na konto kolejnego lekarza. Bo Fjona, kurdę, hojna jest i lubi wspierać rozwój lokalnych gabinetów medycznych! A co?!
Swoim wirusowym syfem gardłowym, oczywiście, zaraziłam Ogrzyka! Bo się tak bardzo starałam, żeby tego nie zrobić i Młodemu oszczędzić! Zaczęło się od wyjątkowo (nawet jak na Niego) marudnego i nerwowego zachowania. Jeszcze nieświadoma, ot tak, chwyciłam termometr i – BANG! Temperatura 38,8! Klikałam (mam bezdotykowy termometr) ze 300 razy! Bez zmian! Niesamowita gorączka, jak na Ogrzyka, który ani po szczepieniach, ani przy chorobach nie przekraczał 38,5! Malutka panika, obserwacja i konsultacja telefoniczna z poradnią. Jeszcze do 14-ej jakoś się trzymał, zjadł kilka łyżek obiadu, jogurt, a po godzinie zażądał znowu jogurtu!! Potem jednak jak na zjeżdżalni ... wiuuu i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Trochę kaszlał, mało spał (takim niespokojnym, przerywanym snem), markotniał i spowalniał, aż w końcu Szreku wrócił z pracy ... a Ogrzyka nie było!! Mały zawsze wita go w drzwiach, krzyczy coś po swojemu i "opowiada". Już tylko pro forma mierzenie temperatury - kolorki, zaszklone spojrzenie, spierzchnięte usta i marud-powolniaczek mówiły wszystko! Aaaaa - 39,8!! Samochód, nocna pomoc (szczęście że blisko) i zapalenie gardła. Miś straaasznie bidny, marudny, i taki jak nie on ... Ciężka to była noc. Budził się z płaczem, ale temperatura troszkę spadła! Został mu tylko (jak jego matce) upierdliwy i męczący suchy kaszel! Poza kaszlem jest oki. Ale ten kaszel … taki sam jak mój! Suchy, męczący, bezproduktywny i bezsensowny.
Boszsz!
Zdrowia dużo poproszę! Wór. Lepiej kilka worów od zaraz!
Dla siebie i całej rodziny!
7 paź 2011
Jesień ... nie ma na to rady ;-)
30 wrz 2011
Ogrzyk w sześciu odsłonach
* * *
- Bezsennik - nie daje nam spać. Pewnej nocy (jakiś miesiąc temu) wyjął jeden ze szczebelków w łóżeczku i próbował się przecisnąć przez powstałą szparę. Utknął! Krzyk, który nas wtedy obudził postawiłby na nogi głuchą sąsiadkę z klatki obok! Od tej pory szczebelki (oba!) są wyjęte, a my ze Szrekiem MAŁO śpimy! Ogrzyk przybiega do nas ok. 5 rano … albo o 22-ej, a wynoszony do siebie i usypiany, przybiega potem o północy, a także ok. 3-ej, lub 5-ej rano … A jak już zostaje u nas, to rzuca się, jęczy, macha rączkami i kopie nóżkami, miesza w swoim ukochanym „jaśku” … nie zliczę razów udzielonych mi rączką lub nunią, bo po co?! Nie śpię! Od miesiąca gdzieś tak??!!
Nazywam się Zombie, Ogrzyca Fjona Zombie!
- Flirciarz – na spacerze, na zakupach, wszędzie łapie kontakt wzrokowy z kim się da … mało kto nie zareaguje! Generalnie ludzie go zaczepiają. Nie wiem czy to okularki u takiego malucha, czy co, ale budzi zainteresowanie. A bywa i tak, że podchodzi do niego starsza kobitka i mówi „a, chodź idziemy …” i on podaje jej łapkę i idzie, na mnie się nie oglądając! I jeszcze coś do niej po swojemu gada! Bezczelny, no! Ze mną nawet nie chce za rączkę iść!
- Niejadek – i wszystko jasne! Mógłby funkcjonować na mleku, ziemniakach, jogurcikach, chrupkach, jabłkach i kanapkach z wędliną … Załamałam się, kiedy jak ogrza waryjatka jakaś kroiłam, szykowałam, stałam przy kuchni, pichciłam, a Ogrzyk spojrzał na zawartość miski i stwierdziwszy: „ble” rozczarowany zdjął śliniak i wyszedł z kuchni … nożesz@#$%&**!!! Czterdzieści lat po świecie chodzę i żaden facet mnie tak nie potraktował, no!! Na Jego szczęście, okazało się, że słoiczka też ledwie liznął! Pocieszam się, że to ząbkowanie, albo skok rozwojowy jakiś (są po 18 miesiącu takowe jeszcze?)
- Bałaganiarz – ma naturalną skłonność do chaosu! A OWY pojawia się wszędzie, gdzie nogę postawi i ręką ruszy Syn mój, Ogrzyk Pierwszy i Jedyny! Nie to, że jestem jakaś porządnicka czy pedancicka! O, nie! Chaos (to lubię!) to mój żywioł, tak jak ogień! Ale, kurna, bez przesady!! Pierwsza czynność Ogrzyka, kiedy zaczyna się „bawić” to wywalenie do góry dnem kosza z zabawkami! Jakiż jest wtedy hałas słodki dla ucha (Jego!), jaka kolorowa masa/kaskada wszystkiego na podłogę spada niczym deszcz! A mina matki-rodzicielki?? Bezcenna! Czasem (coraz rzadziej!!) bawimy się w „raz-dwa-trzy-Ogrzyca patrzy!”, czyli ogrza matka lata z obłędem w oczach, jęzorem na wierzchu i pudłem w łapach, sprząta zabawki, układa książeczki, poucza i tłumaczy, pokazuje i grozi paluchem, że „fuj” i „nu-nu”, po to tylko, żeby – kiedy się odwróci w inną stronę – wszystkie zabawki, książeczki i inne badziewie znalazło się dokładnie tam gdzie było! Tylko jeszcze BARDZIEJ! Deja vu!
- Szczęściarz – uwielbia nasze pobyty (czytaj: zakupy) w dużych marketach (bez nazw tak?)! Uwielbia jazdę w wózku, a potem WOLNOŚĆ między półkami! Ludzie, co On tam wyrabia! Biega, przekłada towary po swojemu, a także bardzo pomaga nam! Wkłada rzeczy wybrane do koszyka i jaki ważny wtedy jest! A jaki jest podniecony! Któregoś dnia jesteśmy w markecie. Szreku biega za uwolnionym Ogrzykiem, ja wybieram rzeczy według listy. Podchodzę do kosza z płytkami DVD – bajki. Znalazłam Teletubki, których nie mamy. Ogrzyk uwielbia Teletubki. Płytka kosztuje 19,99 … wahanie. Tak, wiem, żenada, bo co to za wydatek - 20 zł?! Dla nas jest … Ale, co tam – biorę! I wtedy podchodzi Szreku, a w wyciągniętej dłoni coś mi podaje … i mówi: „To od Sajmonka”. Patrzę – 20 zł! Ale o co się rozchodzi? A Szreku mi na to, że Ogrzyk biegał między półkami, mieszał i ruszał wszystko co się dało, a potem przybiegł do Szreka, a w wyciągniętej rączce miał jakiś zwitek! Dwie dychy! Skąd?! Znalazł?! No, chyba nie dostał! Mały Wielki Szczęściarz!
- Pomocnik – bardzo chce pomagać we wszystkim. Grzecznie wykonuje każde polecenie, jeśli tylko wiąże się z „poważnymi” pracami! Nie będzie się rozdrabniał nad pierdołami! Chętnie wrzuca do koszyka podane mu zakupy! Chętnie wrzuca obrane warzywa do garnka, a także śmieci do kosza … nawet te, według Niego „śmieci” … więc trzeba pilnować, bo ostatnio w koszu znajdują się nawet zabawki…hmmm, czy to jakaś aluzja? Polecenia typu: „podaj płyn do płukania, włącz pralkę, wyjmij odkurzacz” i inne POWAŻNE polecenia wypełnia bez wahania. Ale już – „sprzątnij/schowaj zabawki” – ale o co chodzi??
I do tego jest słodkim aniołkiem z diabelską końcówką!
Gdyby mógł podzielić się energią ze swoją starą, słabowitą matką! Ech!
- Bezsennik - nie daje nam spać. Pewnej nocy (jakiś miesiąc temu) wyjął jeden ze szczebelków w łóżeczku i próbował się przecisnąć przez powstałą szparę. Utknął! Krzyk, który nas wtedy obudził postawiłby na nogi głuchą sąsiadkę z klatki obok! Od tej pory szczebelki (oba!) są wyjęte, a my ze Szrekiem MAŁO śpimy! Ogrzyk przybiega do nas ok. 5 rano … albo o 22-ej, a wynoszony do siebie i usypiany, przybiega potem o północy, a także ok. 3-ej, lub 5-ej rano … A jak już zostaje u nas, to rzuca się, jęczy, macha rączkami i kopie nóżkami, miesza w swoim ukochanym „jaśku” … nie zliczę razów udzielonych mi rączką lub nunią, bo po co?! Nie śpię! Od miesiąca gdzieś tak??!!
Nazywam się Zombie, Ogrzyca Fjona Zombie!
- Flirciarz – na spacerze, na zakupach, wszędzie łapie kontakt wzrokowy z kim się da … mało kto nie zareaguje! Generalnie ludzie go zaczepiają. Nie wiem czy to okularki u takiego malucha, czy co, ale budzi zainteresowanie. A bywa i tak, że podchodzi do niego starsza kobitka i mówi „a, chodź idziemy …” i on podaje jej łapkę i idzie, na mnie się nie oglądając! I jeszcze coś do niej po swojemu gada! Bezczelny, no! Ze mną nawet nie chce za rączkę iść!
- Niejadek – i wszystko jasne! Mógłby funkcjonować na mleku, ziemniakach, jogurcikach, chrupkach, jabłkach i kanapkach z wędliną … Załamałam się, kiedy jak ogrza waryjatka jakaś kroiłam, szykowałam, stałam przy kuchni, pichciłam, a Ogrzyk spojrzał na zawartość miski i stwierdziwszy: „ble” rozczarowany zdjął śliniak i wyszedł z kuchni … nożesz@#$%&**!!! Czterdzieści lat po świecie chodzę i żaden facet mnie tak nie potraktował, no!! Na Jego szczęście, okazało się, że słoiczka też ledwie liznął! Pocieszam się, że to ząbkowanie, albo skok rozwojowy jakiś (są po 18 miesiącu takowe jeszcze?)
- Bałaganiarz – ma naturalną skłonność do chaosu! A OWY pojawia się wszędzie, gdzie nogę postawi i ręką ruszy Syn mój, Ogrzyk Pierwszy i Jedyny! Nie to, że jestem jakaś porządnicka czy pedancicka! O, nie! Chaos (to lubię!) to mój żywioł, tak jak ogień! Ale, kurna, bez przesady!! Pierwsza czynność Ogrzyka, kiedy zaczyna się „bawić” to wywalenie do góry dnem kosza z zabawkami! Jakiż jest wtedy hałas słodki dla ucha (Jego!), jaka kolorowa masa/kaskada wszystkiego na podłogę spada niczym deszcz! A mina matki-rodzicielki?? Bezcenna! Czasem (coraz rzadziej!!) bawimy się w „raz-dwa-trzy-Ogrzyca patrzy!”, czyli ogrza matka lata z obłędem w oczach, jęzorem na wierzchu i pudłem w łapach, sprząta zabawki, układa książeczki, poucza i tłumaczy, pokazuje i grozi paluchem, że „fuj” i „nu-nu”, po to tylko, żeby – kiedy się odwróci w inną stronę – wszystkie zabawki, książeczki i inne badziewie znalazło się dokładnie tam gdzie było! Tylko jeszcze BARDZIEJ! Deja vu!
- Szczęściarz – uwielbia nasze pobyty (czytaj: zakupy) w dużych marketach (bez nazw tak?)! Uwielbia jazdę w wózku, a potem WOLNOŚĆ między półkami! Ludzie, co On tam wyrabia! Biega, przekłada towary po swojemu, a także bardzo pomaga nam! Wkłada rzeczy wybrane do koszyka i jaki ważny wtedy jest! A jaki jest podniecony! Któregoś dnia jesteśmy w markecie. Szreku biega za uwolnionym Ogrzykiem, ja wybieram rzeczy według listy. Podchodzę do kosza z płytkami DVD – bajki. Znalazłam Teletubki, których nie mamy. Ogrzyk uwielbia Teletubki. Płytka kosztuje 19,99 … wahanie. Tak, wiem, żenada, bo co to za wydatek - 20 zł?! Dla nas jest … Ale, co tam – biorę! I wtedy podchodzi Szreku, a w wyciągniętej dłoni coś mi podaje … i mówi: „To od Sajmonka”. Patrzę – 20 zł! Ale o co się rozchodzi? A Szreku mi na to, że Ogrzyk biegał między półkami, mieszał i ruszał wszystko co się dało, a potem przybiegł do Szreka, a w wyciągniętej rączce miał jakiś zwitek! Dwie dychy! Skąd?! Znalazł?! No, chyba nie dostał! Mały Wielki Szczęściarz!
- Pomocnik – bardzo chce pomagać we wszystkim. Grzecznie wykonuje każde polecenie, jeśli tylko wiąże się z „poważnymi” pracami! Nie będzie się rozdrabniał nad pierdołami! Chętnie wrzuca do koszyka podane mu zakupy! Chętnie wrzuca obrane warzywa do garnka, a także śmieci do kosza … nawet te, według Niego „śmieci” … więc trzeba pilnować, bo ostatnio w koszu znajdują się nawet zabawki…hmmm, czy to jakaś aluzja? Polecenia typu: „podaj płyn do płukania, włącz pralkę, wyjmij odkurzacz” i inne POWAŻNE polecenia wypełnia bez wahania. Ale już – „sprzątnij/schowaj zabawki” – ale o co chodzi??
I do tego jest słodkim aniołkiem z diabelską końcówką!
Gdyby mógł podzielić się energią ze swoją starą, słabowitą matką! Ech!
5 wrz 2011
1,5 i 6
czyli półtora roku Ogrzyka i 6-ta rocznica ślubu … cukrowa (hmmm).
Ogrzyk skończył półtora roku!
Stał się małym, fajnym facecikiem. Z każdym dniem mądrzejszy, fajniejszy, bardziej bystry i ruchliwy. Z każdym dniem ma coraz konkretniejszy charakterek, jest coraz bardziej uparty, a czasami bywa wręcz nieznośny. Ale jest przy tym tak kochanym i słodkim urwisem, że nawet nie umiem już się na niego złościć… No, chyba, że grzebie kocie w kuwecie...
Długo mogłabym pisać o Ogrzyku i jego umiejętnościach, ale to nie dziś.
Dzisiaj tylko tyle – jestem z Niego bardzo dumna, a obserwacja jak każdego dnia zmienia się, rozwija i uczy nowych rzeczy, to najprzyjemniejsza część mojego macierzyństwa. :-))
I nasza rocznica, podobno cukrowa …
Tylko czemu jakoś mi nie słodko?
Kryzys? Nawet jeśli, to ja go mam/przechodzę, bo według Szreka wszystko jest oki. To ja się ciągle czepiam, czegoś od niego ciągle chcę, coś bym w naszych relacjach zmieniła, czegoś więcej chciałabym dla siebie, do cholery! On ma się oki. On ma całkiem wygodne życie. On ma jakoś coraz mniej obowiązków, bo większość wzięłam na siebie – taka byłam głupia. A teraz to ja muszę o wszystkim myśleć, pamiętać, przypominać, a jak znudzi mi się przypominanie, to zrobić to sama! I to nie jest tak, że nie doceniam i nie rozumiem jak ciężko pracuje, żeby nas utrzymać, że nie widzę, jak bardzo jest zestresowany i zmęczony, bo w pracy staje na uszach, żeby było dobrze. Tylko, że ja szarpię się i miotam i jestem już tak zmęczona i sfrustrowana, że czasami mały drobiazg doprowadza mnie do wrzenia.
Potrzebuję zmiany, chwili relaksu, czasu dla siebie (bez wyrzutów sumienia).
Zadbać o siebie (dla odmiany), zrobić coś ze sobą, bo tak strasznie się zapuściłam … to moje marzenie. Tego chcę i potrzebuję. Tego sobie życzę. Zwłaszcza jeśli chcę, żeby nasze kolejne rocznice były lepsze.
Żeby w ogóle były.
Ogrzyk skończył półtora roku!
Stał się małym, fajnym facecikiem. Z każdym dniem mądrzejszy, fajniejszy, bardziej bystry i ruchliwy. Z każdym dniem ma coraz konkretniejszy charakterek, jest coraz bardziej uparty, a czasami bywa wręcz nieznośny. Ale jest przy tym tak kochanym i słodkim urwisem, że nawet nie umiem już się na niego złościć… No, chyba, że grzebie kocie w kuwecie...
Długo mogłabym pisać o Ogrzyku i jego umiejętnościach, ale to nie dziś.
Dzisiaj tylko tyle – jestem z Niego bardzo dumna, a obserwacja jak każdego dnia zmienia się, rozwija i uczy nowych rzeczy, to najprzyjemniejsza część mojego macierzyństwa. :-))
I nasza rocznica, podobno cukrowa …
Tylko czemu jakoś mi nie słodko?
Kryzys? Nawet jeśli, to ja go mam/przechodzę, bo według Szreka wszystko jest oki. To ja się ciągle czepiam, czegoś od niego ciągle chcę, coś bym w naszych relacjach zmieniła, czegoś więcej chciałabym dla siebie, do cholery! On ma się oki. On ma całkiem wygodne życie. On ma jakoś coraz mniej obowiązków, bo większość wzięłam na siebie – taka byłam głupia. A teraz to ja muszę o wszystkim myśleć, pamiętać, przypominać, a jak znudzi mi się przypominanie, to zrobić to sama! I to nie jest tak, że nie doceniam i nie rozumiem jak ciężko pracuje, żeby nas utrzymać, że nie widzę, jak bardzo jest zestresowany i zmęczony, bo w pracy staje na uszach, żeby było dobrze. Tylko, że ja szarpię się i miotam i jestem już tak zmęczona i sfrustrowana, że czasami mały drobiazg doprowadza mnie do wrzenia.
Potrzebuję zmiany, chwili relaksu, czasu dla siebie (bez wyrzutów sumienia).
Zadbać o siebie (dla odmiany), zrobić coś ze sobą, bo tak strasznie się zapuściłam … to moje marzenie. Tego chcę i potrzebuję. Tego sobie życzę. Zwłaszcza jeśli chcę, żeby nasze kolejne rocznice były lepsze.
Żeby w ogóle były.
26 sie 2011
Od czego by tu zacząć …?
Mama po operacji wraca dość szybko do „zdrowia” …
Tylko, że po konsultacji onkologicznej jest tak: guz usunięty, bez nacieków i przerzutów, niby oki, ale czemu nie wycięli do sprawdzenia też węzłów chłonnych?? Wtedy wiadomo czy są zaatakowane i czy podać chemię czy nie. Guz złośliwy (takie są ponoć na ogół w jelitach wykrywane!) – zaawansowanie: stopień 2 (w skali 1-3! Czyli średni). Brat-Zryty-Beret nie wytrzymał i skonsultował z onkologami. Dowiedział się (i uświadomił mnie boleśnie), że teraz wyjścia są dwa – kolejna operacja (w celu wycięcia tych cholernych węzłów) i to jak najszybciej, albo chemia … tak na wszelki wypadek. Tylko, że taka chemia to nalot dywanowy, a u mamy krew słaba … Mama oczywiście o niczym nie wie. Załamałaby się!
Szymek za chwilę kończy 18 miesięcy! Półtora roku!!
Byliśmy na szczepieniu i przy okazji mierzenie/ważenie. Doktorka skomentowała, że wagowo jest między 25 a 50 centylem , ale o wzroście nie wspomniała ani słowa. Stwierdziła tylko, że „wysoki to On nie będzie … ale czego się spodziewać skoro mama niska, dziadkowie teeż” …
Wróciliśmy do domu, sprawdziłam sama siatkę i szlak mnie trafił (nie napiszę mocniej tylko dla tego, że jestem na bluzgowym odwyku!).
Noszsz k …!! Ogrzyk jest ledwie na 3 centylu!! A ona mi słowem o tym nie pisnęła! Już pomijam rozbieżność między wagą a wzrostem, ale sam wzrost! Albo raczej wzrastanie/niedobór wzrostu!!
Nie niepokoi to jej, jako LEKARZA (podobno??!!)? Nie powinna choć wspomnieć, że może przydałaby się (kiedyś tam) konsultacja z endokrynologiem?! Nie zamierzam zgadzać się, na to, że skoro ja jestem kurdupel i moi rodzice też, że o BZB nie wspomnę, to mój syn jest skazany na to samo! Nie odpuszczę bez sprawdzenia przyczyny! A tych może być wiele! Obok zwykłego dziedziczenia, powodem niskiego wzrostu/wzrastania mogą być problemy z nerkami, tarczycą i tepe. Nas z bratem sprawdzono zbyt późno. A może, w zamierzchłej przeszłości, lekarze nie tracili czasu na takie pierdy? Ale ja nie odpuszczę! Będę drążyć!
Tak wiem, można powiedzieć, że ważne, żeby Ogrzyk był zdrowy i dobrze się rozwijał, a wzrost to … drugorzędny, mały problem. Ale ja tak nie powiem, bo sama byłam (i jestem!) „krótka”! Ktoś, kto tego nie doświadczył, nie spróbował na własnej skórze nie wie, jak to jest … Wszędzie i zawsze kurdupel, maluch, karzełek, knypek, krasnal … i tak dalej. Oraz inne „bardzo zabawne” określenia. I ciągle to zdziwienie, złośliwości, pytania: „no, to gdzie byłaś jak ludzie rośli?” … Podobno dziewczyny i tak nie mają najgorzej. Podobno! No, chyba, że są malutkimi i filigranowymi słodziakami, a nie niewysokimi, ale za to okrągłymi i cycatymi Ogrzycami! Nie radzę próbować! I tak bardzo chciałabym tego oszczędzić Ogrzykowi! Nie dość, że okularnik (tak! Już teraz inne dzieci zwracają na to uwagę!), to jeszcze … ogrzy niziołek!
Kto nie przeżył – niech uwierzy: m a s a k r a!
A do tego wszystkiego …
A co! ...
... Niech boli, niech szarpie, niech rwie!
Po raz drugi zostałam głośno i oficjalnie nazwana „babcią”! I tak sobie pomyślałam, że to będzie kolejny punkt utrudniający życie mojemu Ogrzykowi – matka, co to wygląda jak babcia!
Będzie się mnie kiedyś wstydził!
I tak sobie pomyślałam – nosisz ... !!!
I moja chandro-deprecha ma się coraz lepiej!
Etykiety:
Fjona na skraju,
samo życie Fjony,
Starość nie radość
5 sie 2011
Działo się i dzieje ...
A ja nie mam siły pisać …
Ogrzyk – żywe srebro. I do tego nieobliczalny!
Kilka przykładów z ostatnich dni:
Interesuje się wszelkimi domowymi sprzętami. Najlepiej jeśli można w nich coś nacisnąć, przestawić, naklikać …pralka, TV (w pilocie znalazł funkcje, o których nie mieliśmy pojęcia!), zmywarka i kuchenka (za wyłączanie i włącznie gazu dostaje ostry opierdziel, a czasem i po łapach, ale i tak to go nie powstrzymuje)
Wyprałam jego ciuchy (jasne). Wyjmuję, a tu niespodzianka – pluszowy, różowy teletubiś! Nie wiem kiedy go dołożył do prania. I dobrze, że nie zafarbowało, bo wszystko byłoby różowe!
Notorycznie przestawia programy w zmywarce i pralce. Za każdym razem muszę sprawdzać czy czegoś nie namieszał. Kiedyś wyprało mi się bez wirowania … ;-)
Bawił się myszką bezprzewodową od laptopa mojego brata. W korytarzu stał karton przygotowany do wyniesienia ze śmieciami. Ogrzyk chował tam swoje różne "skarby" … (całe szczęście, że karton nie został wyniesiony!). Na drugi dzień mój synek podszedł do kartonu, pogrzebał w stercie gazet i wyjął myszkę do laptopa! A ja przeszukując karton znalazłam tam jeszcze kilka klocków, autko i fragment układanki! ;-))
Ostatnio utknęliśmy w domu. Zero spaceru, zakupów, wyjścia z domu!
Nie z powodu windy – remont się wreszcie (po prawie 3 miesiącach!) skończył.
Tym razem ”załatwił nas” Ogrzyk. Bawił się moimi kluczami do domu, a że nauczył się też odpinać zamek w torbie Szreka – schował tam klucze. Szrek znalazł je w pracy i dobrze, że tak się stało i do mnie zadzwonił, bo właśnie się szykowałam na zakupy!
O innych sprawkach Małego Ogrzyka na razie nie wspomnę, bo to dłuższa historia! ;-)) Oj, nazbierało się!
A z innej tematyki – tydzień temu mama miała operację. Wykryli u niej guza jelita. I pomimo fatalnego obrazu krwi (małopłytkowość) jednak ją ciachnęli! Operacja się udała, mama, chociaż bardzo słabiutka, jest już w domu. Teraz czekamy na wyniki … Tuż przed operacją miała jeszcze badanie szpiku i z tego, co udało mi się wyguglować, wynika, że to może być jakiś rodzaj białaczki. Coś w tym stylu. Nie wiem, czekamy na kolejną wizytę u hematologa i rozpoznanie/wyrok? Nie mam już sił się denerwować…
No i, o zgrozo, franek szaleje. Dla szczęśliwców, bez kredytu w tej walucie, to nic nie oznacza! Dla nas każdy dzień to nowa „niespodzianka” i kolejny rekord wszech-czasów! Na razie nie jest to jakaś ostateczna masakra, ale jak długo jeszcze?! Tak, wiem – sami jesteśmy sobie winni! Bo kredyt w złotówkach się bierze, chociaż takowy już dawno by nas zarżnął i w ogóle byśmy takiego nie dostali! Nie było nas stać.
A ja? A ja jestem coraz grubsza, coraz bardziej zestresowana/znerwicowana i coraz bardziej niezadowolona/nieszczęśliwa/bezradna … Kłębek nerwów to mało powiedziane!
Moje kompulsywne zajadanie stresów powróciło ze zdwojoną siłą.
Masakra!
Ogrzyk – żywe srebro. I do tego nieobliczalny!
Kilka przykładów z ostatnich dni:
Interesuje się wszelkimi domowymi sprzętami. Najlepiej jeśli można w nich coś nacisnąć, przestawić, naklikać …pralka, TV (w pilocie znalazł funkcje, o których nie mieliśmy pojęcia!), zmywarka i kuchenka (za wyłączanie i włącznie gazu dostaje ostry opierdziel, a czasem i po łapach, ale i tak to go nie powstrzymuje)
Wyprałam jego ciuchy (jasne). Wyjmuję, a tu niespodzianka – pluszowy, różowy teletubiś! Nie wiem kiedy go dołożył do prania. I dobrze, że nie zafarbowało, bo wszystko byłoby różowe!
Notorycznie przestawia programy w zmywarce i pralce. Za każdym razem muszę sprawdzać czy czegoś nie namieszał. Kiedyś wyprało mi się bez wirowania … ;-)
Bawił się myszką bezprzewodową od laptopa mojego brata. W korytarzu stał karton przygotowany do wyniesienia ze śmieciami. Ogrzyk chował tam swoje różne "skarby" … (całe szczęście, że karton nie został wyniesiony!). Na drugi dzień mój synek podszedł do kartonu, pogrzebał w stercie gazet i wyjął myszkę do laptopa! A ja przeszukując karton znalazłam tam jeszcze kilka klocków, autko i fragment układanki! ;-))
Ostatnio utknęliśmy w domu. Zero spaceru, zakupów, wyjścia z domu!
Nie z powodu windy – remont się wreszcie (po prawie 3 miesiącach!) skończył.
Tym razem ”załatwił nas” Ogrzyk. Bawił się moimi kluczami do domu, a że nauczył się też odpinać zamek w torbie Szreka – schował tam klucze. Szrek znalazł je w pracy i dobrze, że tak się stało i do mnie zadzwonił, bo właśnie się szykowałam na zakupy!
O innych sprawkach Małego Ogrzyka na razie nie wspomnę, bo to dłuższa historia! ;-)) Oj, nazbierało się!
A z innej tematyki – tydzień temu mama miała operację. Wykryli u niej guza jelita. I pomimo fatalnego obrazu krwi (małopłytkowość) jednak ją ciachnęli! Operacja się udała, mama, chociaż bardzo słabiutka, jest już w domu. Teraz czekamy na wyniki … Tuż przed operacją miała jeszcze badanie szpiku i z tego, co udało mi się wyguglować, wynika, że to może być jakiś rodzaj białaczki. Coś w tym stylu. Nie wiem, czekamy na kolejną wizytę u hematologa i rozpoznanie/wyrok? Nie mam już sił się denerwować…
No i, o zgrozo, franek szaleje. Dla szczęśliwców, bez kredytu w tej walucie, to nic nie oznacza! Dla nas każdy dzień to nowa „niespodzianka” i kolejny rekord wszech-czasów! Na razie nie jest to jakaś ostateczna masakra, ale jak długo jeszcze?! Tak, wiem – sami jesteśmy sobie winni! Bo kredyt w złotówkach się bierze, chociaż takowy już dawno by nas zarżnął i w ogóle byśmy takiego nie dostali! Nie było nas stać.
A ja? A ja jestem coraz grubsza, coraz bardziej zestresowana/znerwicowana i coraz bardziej niezadowolona/nieszczęśliwa/bezradna … Kłębek nerwów to mało powiedziane!
Moje kompulsywne zajadanie stresów powróciło ze zdwojoną siłą.
Masakra!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

