Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludożerka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ludożerka. Pokaż wszystkie posty

23 cze 2016

Chore...chorsze

...bo w domu szpital...
Ogrzyk zapalenie gardła! Gorączka, marudy, zły nastrój...antybiotyk!
Kota - uszy! Walka już jakieś miesiące ze trzy! Antybiotyk, flora bakteryjna i teraz uodparniające tabletki.
Mama moja - hmmm, coraz to nowsze "niespodzianki" i "...to nie jaa!"
... a ja ciągle nie mam czasu na wizytę u swoich lekarzy ... kolejnych....A tu kolejka rośnie...niestety.
 dolegliwości też.

20 lut 2012

Nie mam pomysłu na tytuł

Ostatnie pogody nie rozpieszczają. Najpierw śnieg i ostry wiatr, teraz deszcz i topiący się śnieg. Przy takiej pogodzie Mały zostaje w chacie. :-( W związku z powyższym po południowej drzemce dopada go nuda i zaczyna się! Na początku niewinnie (oj, tam, to nic takiego, że w szafce kuchennej nie ma ani jednego garnka, a ja biegam po domu i szukam ich w zabawkach Młodego, pod stołem czy w innych interesujących miejscach, do tego są porysowane w środku kredkami), ale w miarę upływu czasu Ogrzyk zaczyna wymyślać i kombinować, a to oznacza kłopoty. Zaczyna się od biegania, hałasowania i wymyślania zabaw coraz bardziej „Zostaw! nie wolno!”. A potem zostaje już tylko kota. Kontakty między nimi to bardzo ciekawy temat obserwacji. Jak znajdę kiedyś chwilkę – muszę spisać, bo warto. ;-) Kiedy Ogrzyk się u nas pojawił, Kika, po początkowej obojętności z nutką zniecierpliwienia, poprzez fazę wychowywania Młodego przykładnym pacaniem łapką czy szczypaniem zębami (za wszystko i na wszelki wypadek), ewoluowała i obecnie łapa idzie w ruch w skrajnych przypadkach, za to coraz częściej nie reaguje na zaczepki, czy szorstką czułość Ogrzyka. To ja muszę wkraczać i bronić jej przed zakusami łobuziaka. Bo zabawy Ogrzyka bywają brutalne, choć sam nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. I znalazł metodę na unikanie łomotu od koty – chowa dłonie pod pachy i pcha się na Kikę głową. :-) A ona w głowę i twarz Ogrzyka nie bije. Nigdy. Za to rozczulają mnie jej przymrużone ślepia, kiedy z lubością wącha główkę Małego. Jest bezbronna, a do tego nieziemsko ciekawska i nie może wytrzymać, żeby się nie przyłączyć, kiedy Ogrzyk się bawi. Bo Młody bawi się bardzo atrakcyjnie (jak dla koty) – te wszystkie ruchome zabawki, kredki, piłeczki, wleczone po podłodze szaliki czy przewody. No, nie można obojętnie siedzieć, kiedy tyle ciekawego dzieje się koło Ogrzyka.
A nawet jeśli Kika nie idzie do Ogrzyka, on prędzej czy później idzie do niej.
I wpycha się do niej (prawie na nią siada) na fotel, albo siada obok niej na wersalce. Tak czy owak muszę być czujna i ich pilnować.

Tu przyłapałam ich jak oglądali śnieg padający za oknem ;-)

A tutaj Ogrzyk wepchnął się do koty na fotel :-)


Ogrzyk w przyszły piątek kończy dwa lata.
DWA LATA!
Jak szybko zleciało. Jest coraz fajniejszy, coraz bardziej kochany i bystry. Nie ma dnia, żeby nie zaskoczył mnie czymś nowym. Okazuje się, że ma już swoje poczucie humoru – jeśli coś go śmieszy, rechocze zaraźliwie. Nie ma możliwości, żebym nie śmiała się razem z nim! Ale są też sytuacje, kiedy to ja rechoczę, a On się przyłącza chociaż nie bardzo wie o co chodzi.
Tak było dzisiaj. Byliśmy w łazience. Młody (jak zwykle) robił przegląd w szafce pod zlewem (ma tam kilka ulubionych „zabawek”). Dzisiaj zaczął od czopków. Wyjął pudełko, potrząsnął nim (lubi jak coś grzechocze), po czym próbował je otworzyć. „Nie otwieraj, to lekarstwo. Nie bawimy się lekami” – powiedziałam. Spojrzał na mnie, po czym otworzył usta i pokazał palcem do środka (zawsze tak robi, kiedy chodzi o jedzenie i picie. Nie wiedziałam, że skojarzy leki z buzią). „Nie, Misiu, te lekarstwa nie są do buzi tylko do pupy” – powiedziałam szybko (i bezmyślnie, jak się miało okazać za chwilę). Grzecznie odłożył pudełko do szafki i wyjął następne (gumki). Oczywiście też musiał sprawdzić czy grzechocze jak się nim potrząśnie. „Odłóż to pudełeczko, to tatusia” – powiedziałam (nie wdając się w szczegóły). Ogrzyk spojrzał na mnie, zawahał się sekundę, po czym padło pytanie „Aa?” i jego mały paluszek powędrował w okolice pupy. Zakrztusiłam się ze śmiechu. Mały na wszelki wypadek przyłączył się.

A poza tym?
Złapałam mega-doła. Czuję się rozczarowana i rozżalona. Ale nie będę się roztkliwiać i wysmęcać. Poradzę sobie - tylko to potrwa. Na szczęście nie mam czasu na pierdoły – jest Ogrzyk. I całe moje szczęście, że jest. Myślę, główkuję, kombinuję co zrobić, żeby było dobrze dla Ogrzyka, żeby nie wrócić do pracy tylko po to, żeby moja (pff) pensja poszła na nianię.
A na razie wchodzę do blogosfery, ale rzadko piszę – wolę czytać, co u innych.
I czekam na słońce. Na wiosnę. Niech się zazieleni!

25 sty 2012

Pozytywnie

Noc. A właściwie bardzo wcześnie rano.
Budzi mnie dotyk – ni to głaskanie, ni naciskanie, takie masowanie twarzy, a konkretnie policzka, ust i nosa… mało delikatne czasem, no i ten policzek jakoś pod oko podjeżdża …
Myślę sobie: „Szrekowi się pewnie coś śni, albo się do mnie dobiera… też mu się zachciało o 2-ej w nocy! Tylko jakoś dziwnie zaczyna…” ;-)
Otwieram oczy i dotykam tego, co to mnie tak plaska po twarzy…
Ręka Szreka okazuje się … stopą Ogrzyka, który leży w poprzek na naszych poduszkach, z głową przy tatusiu, a nogami na mojej twarzy! ;-))

Kika doszła do siebie i znowu jest naszą kochaną wariatką. Wróciła też do swoich zwyczajów. Najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy Ogrzyk zasypia na południową drzemkę. Zaczyna biegać, warczeć, kopytkować po mieszkaniu (boszsz, nigdy nie myślałam, że kot może tak głośno tupać!), wpadać w zabawki (te plastikowe, grające, hałasujące), robić w nich rozpierduchę i wskakiwać z łomotem na meble (koniecznie i zupełnie przypadkowo coś z nich zrzucając przy okazji).
Ale wczoraj to tak dała czadu, że chociaż byłam wściekła na wariatkę – nie mogłam opanować śmiechu. Ukradła z szafki kiełkujący pęd ziemniaka i się nim bawiła; podrzucała, goniła, nosiła w mordce i miauczała przy tym (komiczny widok i dźwięki), wrzucała w zabawki, a potem go stamtąd wykopywała. Jednym słowem robiła sporo hałasu. Żeby ją powstrzymać, zabrałam jej go i wyrzuciłam daleko do przedpokoju. To się dopiero zaczęło! Jakby tylko na to czekała – dogoniła (z radosnym tupotem) i pięknie zaaportowała kiełka do moich stóp! Sytuacja powtórzyła się kilka razy, ale robiła przy tym tyle hałasu, że postanowiłam ją ignorować i udawać, że nie widzę podtykanej pod nogi łodygi ziemniaka. To był mój błąd ;-) Widząc moją obojętność, Kika postanowiła zmusić mnie do reakcji. Wskoczyła (z łodygą w zębach, ma się rozumieć) na wersalkę obok Ogrzyka, wepchnęła łodygę pod kocyk, którym był przykryty i zaczęła pod nim grzebać (pod kocykiem, nie Ogrzykiem), żeby ją wydostać. Jak łatwo się domyśleć - efekt osiągnęła natychmiastowy ;-) Wariatka kochana!

Dobre wieści! Zaliczyliśmy wizytę u neurologa, żeby w końcu sprawdzić nierówne źrenice u Ogrzyka. Pani doktor miała utrudnione zadanie w kwestii badania Ogrzyka, bo był w tym dniu całkowicie na NIE i już. I o wszystko wył i wszystko go wnerwiało. Też tak mam czasem. ;-) Ale najważniejsze - stwierdziła, że nie jest to w jego wypadku objaw żadnej niepokojącej choroby i nawet nie trzeba tej nierówności kontrolować ani diagnozować dalej. Najprawdopodobniej Ogrzyk miał jakieś zapalenie nerwu w oku i to spowodowało wolniejszą reakcję jednej źrenicy, albo wpływ na to ma fakt, że oko z większą źrenicą, to oczko astygmatyczne (a więc gorzej rozwinięte). Wyleciałam z gabinetu na skrzydłach.

Z tego szczęścia wybraliśmy się w końcu z Małym na kulki, czyli na plac zabaw z tymi wszystkimi basenami wypełnionymi kulkami, zjeżdżalniami, platformami do wspinania. Zastanawiałam się czy Ogrzykowi będzie się tam podobało, ale to, co tam wyrabiał przeszło moje najśmielsze oczekiwania! On szalał! Biegał, krzyczał coś do siebie, wszędzie właził, wspinał się, naśladował starsze dzieci i próbował się z nimi bawić, ledwie nas zauważał. A my ganialiśmy za nim jak wariaci hi hi. Nie wiem, kto był potem bardziej zmęczony – On czy my! Robiłam zdjęcia, ale nie wyszły, bo był w ciągłym ruchu, a do takich zdjęć przydałby się lepszy aparat, najlepiej z trybem sportowym – takim, który robi poklatkowe fotki. Nie spodziewałam się. Nie znałam z tej strony mojego Maluszka. Był taki szczęśliwy, wszystkiego ciekawy, energiczny, chętny do zabawy z innymi dziećmi. W pewnym momencie podszedł do 2,5-latki, przyglądał się jej przez chwilę, a potem dotknął jej sukienki na brzuchu (miała tam wyhaftowane kwiatki). Ładne kwiatki? – spytała rezolutna dziewczynka. Nie wiem czy mu się podobały, bo uwagę Ogrzyka przykuły teraz włosy dziewczynki zebrane w dwie kitki. Patrzył, dziwił się, w końcu wyciągnął rączkę, dotknął jednej z kitek i pogłaskał dziewczynkę po głowie. ;-))

i tym optymistycznym akcentem ... do następnego!

7 gru 2011

Śnieg i njusy ...

Pada śnieg.
Ciekawe czy wytrzyma do rana.
Chciałabym, bo ciekawa jestem miny Ogrzyka. ;-))
No i w końcu grudzień, zima już za chwilę i święta idą … Przydałoby się trochę śniegu.

A njusy
Z tego, co moim małym, laickim rozumkiem ogarnęłam/zrozumiałam z wyników – mama nie ma nacieków w węzłach chłonnych. Ale wizyta u onkologa i tak była mocno zalecana.
A wizyta owa to była próba sił i wytrzymałości psychiczno-fizycznej. Pani doktor przyjmuje codziennie od 9-ej, ale tylko 15 osób! Recepcja czynna od 7-ej. Ludzi tłum dziki, bo to szpital na województwo. Mama jeździła więc codziennie rano, autobusem, pół godziny, żeby być tam przed otwarciem „okienka życia” i odstać swoje w kolejce, żeby się dowiedzieć: „właśnie zabrakło numerków. Zapraszamy jutro, tylko wcześniej niech pani przyjedzie, bo pacjenci spoza miasta są tu wcześniej”. Właśnie w dniu, kiedy jasny szlag mnie trafił i pomyślałam, że jak się nie uda – to idziemy prywatnie – mama wy(do)stała numerek 15!
Ale to jeszcze nic! Nastawiona na wysiadówę pod gabinetem, nie spodziewała się aż takiej … ! Ok. 11-ej zadzwoniła do mnie, że od 9-ej właśnie wszedł numer 2 (drugi!) wg listy i ok. pięciu osób bokiem … tak, bocznymi drzwiami pielęgniary wpuszczały! Kobietę z dzieckiem w wózku rozgrzeszyłam od razu, wiadomo! Ale cała reszta?!
I tak od godziny szóstej z minutami, mama weszła do gabinetu ok. 15-ej! Ale weszła, jej się udało! I ona mogła iść na luzie, bez wyroku w wynikach. A co z tym dzikim tłumem ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na luz? W jakim my kraju żyjemy?!
W każdym razie, ma pokazać pani doktor (następnym razem kiedy się dostanie … w roku 2015 może?) rtg płuc, wyniki krwi (z markerami włącznie) i tomografię brzucha. Na razie w przychodni onkologicznej i w szpitalu, gdzie miała operację – dziwnym trafem – tomografy się wzięły i złośliwie zepsuły … koniec roku to jednak parszywy czas! Szukamy dalej.

Byłam na zwiadzie w żłobku. Kolejnym, bo mam za sobą już jedną wizytę i dwie rozmowy telefoniczne z Dyrką żłobka w sprawie wolnych miejsc. Szczęśliwie dla mnie – jak się okazało - dyrki nie było. Porozmawiałam sobie z jedną z wychowawczyń i dowiedziałam się więcej niż przez te poprzednie rozmowy. Najbliższe zapisy są teraz w kwietniu, a konkretnie 1-go! Na wrzesień! Ale mam zaglądać od lutego, dowiadywać się i pytać o możliwość „odwiedzin” z Ogrzykiem w żłobku. Wielu rodziców szybko rezygnuje (zły znak dla mła!) ze względu na chorowanie dzieci, a ja mam się o takie wakaty pytać. Jak będą - mam przyprowadzać Ogrzyka na godzinę/dwie, bez posiłków na początek, poobserwować małego jak sobie radzi i jak mu się podoba.
A jak zaczniemy tak przychodzić i Mały się zaaklimatyzuje – to już zostanie i będzie chodził.
A ja wrócę do pracy.
… I chciałabym i boję się. Z różnych względów.
O tym, co się dzieje obecnie u mnie w pracy napiszę, ale nie teraz.
Teraz pójdę na zwiady do mojej dyry i zorientuję się co i jak. Chcę wrócić na pół etatu na początek. I tu może być problem, bo pół etatu w rozumieniu naszych kierowniczek to trzy dni w tygodniu po ok. 7 godzin. A ja chcę codziennie na 4 godziny. Nic to, zobaczymy.

U mnie troszkę lepiej.
Może odbijam się od dna? Mam nadzieję. Choć ciągle niewiele dla siebie robię – bardzo intensywnie o tym myślę. A to już chyba niezły początek. Zawsze łatwiej myślało mi się i dbało o innych niż o siebie, więc poświęcanie tyle uwagi własnej osobie to już sukces.
Ogrzyk jest coraz słodszy ;-) Rozczula mnie i rozbawia do łez dokładnie tak samo jak wnerwia. Zwłaszcza, że i jedno i drugie wychodzi mu bezbłędnie. I wiem, że On dokładnie wie kiedy i czym doprowadza mnie do białej gorączki. Koleżanki Szreka z pracy pocieszają go, że to jest ten czas, kiedy małe bachoreski sprawdzają nas i granice, do jakich mogą się posunąć. Ogrzyk dziś po kolejnych „fuj, nunu! zostaw!” podbiegł do mnie ze schyloną głową (?!) i wtulił we mnie z całej siły. Zaniemówiłam. Może o to chodziło małemu bystrzakowi? ;-)

Kota ma łzawiące oczko. Leczymy ją od jakiegoś czasu różnymi kroplami. W końcu zrobiono jej wymaz – wynik jałowy. Znaczy się oko zdrowe, bez bakterii a te wszystkie krople … Nowy pomysł – przetkanie kanału łzowego. No, masakra! Ogrzyk to miał i tak bardzo chciałabym oszczędzić kocicę. Boję się o nią. I chyba w końcu to ja pójdę do weta na konsultację, bo mam masę pytań, których Szreku nie zapamięta i nie zada.

cdn

28 sty 2011

Foto - galeria

Nie ma mnie - czytam! :-))
Wszystko co się da! Jak poczytam - może coś wrzucę...
Na razie fotki Ogrzyka i koty w różnych konfiguracjach ;-)


W większości komentarz zbędny ;-)
Generlanie gdzie On - tam i kota... i odwrotnie!








a tu przyłapani przy szufladzie!


zasłonka! ileż możliwości machania!

nowe, groźne miny! tu a'la zbój S(m)arka-Farka (ostatnio ulubiona)

31 sie 2010

O zbliżającej się rocznicy i pół oraz braku asertywności

Za dwie chwile nasza kolejna rocznica ślubu ;-))
A już za chwilkę Ogrzyk kończy pół roku!
Ależ to zleciało!
Rwie się do siedzenia, ciągnie główkę, tylko plecki ma jeszcze słabiutkie/mięciutkie.
Macha się już na brzuszek (wreszcie!). Sposobem i kombinowaniem, łapaniem się za co popadnie i podciąganiem się, ale daje radę! Kosztuje to Malucha sporo wysiłku, stękania, a potem okrzyków, ale najwyraźniej mu się podoba. Niestety zaraz po jedzeniu też i często taka wywrotka kończy się ulaniem. Zwłaszcza, że jak już jest na brzuszku, to się przemieszcza - czołganiem przez pełzanie. :-))
Jest coraz bystrzejszy, coraz więcej „kuma”, a do tego mam wrażenie, że chwyta niektóre żarciki i śmieszne sytuacje, bo rechocze w głos. Zwłaszcza kiedy się wygłupiam i śmiesznie mówię albo śpiewam „operowym” głosem (ciekawe co na to sąsiedzi). Ma też swoje humorki i nastroje i jak mu coś nie pasi, to NIE i już! Ech, skąd ja to znam… ;-)
Misio zwraca coraz częściej uwagę na kotę i vice versa.
Obserwują się.
Na razie kota ma przewagę – Młody jest unieruchomiony. Wodzi tylko za nią oczyma, a kiedy kota przechodzi mu koło głowy – odwraca się za nią całym ciałem i wyciąga rączki. Ostatnio niewiele brakowało, żeby złapał ją za ogon. Dzisiaj kota dostała swojego „małpiego rozumu” akurat, kiedy trzymałam Sajmonka na rękach. Ludożerka rzuciła się na zabawkę, potem przeskoczyła na butelkę po wodzie mineralnej, a potem swoim zwyczajem musiała odreagować i zrobiła sobie przebiegówkę po całym mieszkaniu (metraż może nie jest za wielki, ale zawsze). Kiedy pierwszy raz kota wpadła rozpędzona do pokoju i przebiegła pod naszym fotelem, Szymek drgnął przestraszony i wydał z siebie dźwięk niby śmiechu – tylko dźwięk, bo minę miał przestraszoną.
Ale kiedy kota w drodze powrotnej do małego pokoju zaatakowała butelkę, pokotłowała się z nią i pobiegła, tupiąc i warcząc, przed siebie – Mały roześmiał się w głos. A potem, za każdym razem kiedy kocia wariatka wpadała do pokoju – Mały śmiał się w głos, aż piszczał. Jednym słowem mam wesoło.



I trochę poważniej ... :-/
Asertywność potrzebna od zaraz!
I refleksu odrobinę też by się przydało, bo niemota ze mnie i ofiara straszna!
Może nie jestem jeszcze taka stara i uda się pod tym względem coś w moim życiu zmienić?
Dwie sytuacje bardzo mnie ruszyły i długo męczyły. Zwłaszcza telepała mnie złość na samą siebie, bo nie zareagowałam! A dotyczyło to mojego Szymka więc powinnam!
Przeszło mi i przetrawiłam, ale osad został. Do przemyślenia.
Najkrócej jak potrafię, żeby obyło się bez emocji i przeżywania po raz kolejny.
Na pewnej imprezie u mojej koleżanki było sporo dzieci, zwłaszcza tych najmłodszych. Synkowi koleżanki bardzo często i dużo się ulewa. Ale jakoś noszący go na rękach jego najbliżsi, tego dnia zapominali nosić ze sobą tetrę albo coś innego do wycierania buzi maluszka. Ja noszę pieluchę obowiązkowo na ramieniu, bo Szymek ślini się niemiłosiernie. W pewnym momencie podeszła do mnie mama koleżanki z maluszkiem na ramieniu, a zaraz potem jakaś ich znajoma. Ta druga zauważyła, że małemu się ulało i co zrobiła? Bez pytania zdjęła tetrę z mojego ramienia i wytarła buzię tamtemu dziecku. Ja wiem – „wszystkie dzieci nasze są”, ale bez-kurdę-przesady! A higiena? A gdyby Szymek był chory, albo tamten maluch?
Byłam w takim szoku, że nawet nie zareagowałam, NIC nie powiedziałam, tylko po otrzymaniu z powrotem pieluszki, odwróciłam się na pięcie i jak manekin odeszłam do Szreka. Ratunku!
Po drugie – zachowanie mojej koleżanki! Rozczarowanie i przykrość…
Impreza odbywała się w restauracji więc stoliki, szum, zamieszanie, dużo przechodzących we wszystkich kierunkach osób. Szymek, zmęczony zupełnie nową dla niego sytuacją, zainteresowaniem tylu osób na raz, no i tymi wszystkimi wrażeniami – najpierw marudził, a w końcu zasnął. Byłam dumna, że udało się go uśpić pomimo takiego zamieszania i hałasu. Ustawiliśmy wózek najbliżej naszego stolika, żeby mieć go na oku i żeby jak najmniej przeszkadzał przechodzącym. W pewnej chwili, koleżanka przechodząc do kogoś obok nas, podeszła do wózka ze śpiącym Szymkiem i zaczęła nim lawirować. A, że kółka się zblokowały – wyszło na to, że nieźle zaczęła tym wózkiem tarmosić – jak starym, niepotrzebnym krzesłem! Jakby tam w środku nie było ŚPIĄCEGO DZIECKA! I znowu – zanim zdążyliśmy ze Szrekiem zareagować – już udało jej się przepchnąć wózek dalej. Byliśmy obok! Wystarczyło rzucić hasło, dwa słowa: „przesuńcie wózek” zamiast się z nim szamotać, że o śpiącym w nim dziecku nie wspomnę. Całe jej szczęście, że nie obudziła Ogrzyka, bo nie wiem co bym zrobiła. Zatkało nas tak doszczętnie, że żadne z nas się słowem nie odezwało.
Analizując i przeżywając obie sytuacje, doszłam do smutnego wniosku: nie mam za grosz asertywności. I refleksu. A najgorsze jest to, że tak bardzo staram się być miła i nie zrobić nikomu przykrości, że moje uczucia i osoba mogą być lekceważone. Ale tym razem chodziło o moje dziecko! Bezbronne i całkowicie uzależnione od nas, jego rodziców! Przesadzam? Może i tak, ale nie zamierzam już nigdy NIKOMU pozwalać na takie zachowanie wobec mojego syna. Jak się komuś nie podoba, terudno!
W końcu moją maksymą jest: „każdego dnia mojego życia rośnie lista osób, które mogą mnie pocałować w dupę!”
I od tej pory wysuwam pazury i spuszczam ze smyczy wewnętrzną wiedźmę!
Dość tego!
Bo nie dobrze jest, w dzisiejszym świecie, być za grzecznym, a my ze Szrekiem – ewidentnie jesteśmy.
Grzeczna i miła dla każdego sobie pobyłam. Teraz wracam do normalności.
Znowu będę (chcę być!) pyskatą jędzą, która w obronie swojej pociechy da niejednemu po łapach.
No, i nie udało się bez emocji. Ech! Ale to pewnie dlatego, że to była moja koleżanka, która sama jest matką malutkiego dziecka. Jak ona by się czuła na moim miejscu?
Nieważne zresztą.

Pobudka, wiedźmo!

8 maj 2010

Ogrzyk i kicia w jednym stali domu ...

Kicia … tiaaa… raczej kota, kocura jedna! Kocia wariatka.
W czasie ciąży byłyśmy najlepszymi kumpelami do spania. Przychodziła się przytulać kiedy miała na to ochotę(!!), a w nocy pilnowała mnie podczas wyjść do wc. Ale tylko na początku. Potem już jej się nie chciało nawet wstawać. Jedynie jej „mmrrrt” z fotela towarzyszyło mi w drodze do wc. Była naszą jedyną pieszczochą, domową waryjatką, kocicą nieokiełznaną i samo-swoją…
A potem poszłam do szpitala i wszystko się dla niej zmieniło.
Ale najpierw w domu zaczęły się pojawiać dziwne sprzęty.
Dziwne ale fajne i – oczywiście! - dla niej. ;-)) Fotelik, leżaczek, łóżeczko – no, super wszystko natychmiast wypróbowane, wydeptane i wielokrotnie zdobyte. Nie przewidywała, że te interesujące i bardzo wygodne rzeczy będą miały Lokatora.
No, i nadszedł czas, kiedy w domu pojawiło się takie Małe, dziwnie piszczące. Inaczej pachnące. Najgorsze, że pochłonęło całą naszą uwagę. Trudno jej było to zrozumieć i znieść. Przez pierwsze dni, pamiętam jak przez mgłę (bo miałam inne problemy) jej niesamowicie smutne oczy. Oczy naprawdę są zwierciadłem duszy – nawet u zwierzaków. A na pewno odbija się w nich nastrój ... Snuła się po mieszkaniu i patrzyła jak biegamy koło Małego, jak szybko reagujemy na każde jego stęknięcie czy miauknięcie – nawet w nocy… Nie reagowaliśmy na jej zaczepki, a ja – wstyd się przyznać – fukałam na nią i przeganiałam ją czasami zbyt brutalnie. I kiedy ten stan się nie zmieniał, a my ciągle nie mieliśmy dla niej głowy, czasu i cierpliwości – zaczęła psocić. I to jak! Zrzucała z mebli różne rzeczy (od kluczy i bibelotów po telefony komórkowe!), przewracała kwiatki doniczkowe (mojego wielkiego fikusa Beniamina na przykład!), biegała po mieszkaniu krzycząc po swojemu, skakała po meblach i zdobywała miejsca dotąd zabronione… Ale widocznie efekty były mierne, bo obrała inną taktykę. Zaczęła rywalizować z Młodym o naszą uwagę. Zaczęła się konkurencja. Kiedy pochylam się nad łóżeczkiem – wskakuje mi na plecy. Przy Małym (i od niego) nauczyła się domagać jedzenia – nigdy dotąd nie miauczała tak głośno! ;-)) Najczęściej drze się wtedy, kiedy Młody jest głodny i domaga się mleczka. A kiedy karmię Ogrzyka, albo zmieniam mu pampersa – kota w tym samym czasie albo biega jak szalona po mieszkaniu, albo robi kupę. Wielką i śmierdzącą. Ponieważ kuweta koty jest tuż przy pokoju Młodego – cały zapaszek leci wprost do tego pokoju. Najsss.
Wychodzenie na spacer wygląda mniej więcej tak:
- przewijam Ogrzyka przed spacerem
- zakładam Ogrzykowi polarek i czapeczkę, pomimo jego głośnych protestów
- przenoszę Ogrzyka do dużego pokoju
- kładę Go na tapczanie i przygotowuję wózek
- wyjmuję kotę z wózka
- podchodzę do wersalki i zanoszę Ogrzyka do wózka
- odkładam Ogrzyka na tapczan
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i zanoszę do wóz…
- odkładam Ogrzyka …
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i niosę do wózka odganiając jednocześnie kotę, która próbuje tam wskoczyć …
- jeśli się udało umieścić w wózku Ogrzyka, zanim znalazła się tam kota – można udać się na spacer. Jeśli nie – patrz wyżej ;-)
Generalnie jej walka o naszą uwagę trwa dalej. Chociaż jest już lepiej, bo staramy się poświęcić jej chwilę w ciągu dnia – ale ona i tak świetnie sobie radzi ;-) Nie da się lekceważyć. Nie da się jej nie zauważyć. A numery, które nam wycina – rozbrajają. Czasami czujemy się jakbyśmy mieli dwa dzidziory w domu. A to starsze było zazdrosne o młodszego. Najlepsze jest to, że do niedawna „niedotykalska” – teraz pcha się na kolana, pozawala zrobić ze sobą niemal wszystko, a każda zaczepka do zabawy zostaje natychmiast podchwycona i gania wtedy po mieszkaniu jak szalona. Najważniejsze jest dla nas to, że nie wykazuje żadnej agresji w stosunku do Ogrzyka. Kręci się koło Niego, kładzie na jego ciuszkach, na przewijaku, pcha się do wózka, ale jej stosunek do Niego z chłodnej obojętności przeradza się w zaciekawienie i uczucia opiekuńcze.
Mam nadzieję, że będą kiedyś najlepszymi kumplami.



Leżaczek - fajny ;-)


Łóżeczko - wygodne!


Zaraz po naszym pojawieniu się w domu... Jak to? W łóżeczku to Małe leży...



Kota ogląda TV

zdjęte z Niego ciuszki trzeba udeptać (koniecznie z rozkosznym mruczeniem) a następnie pilnować i ogrzewać .. ;-))


Pozwoliła sobie nawet pampersa założyć!





25 paź 2009

Rok z Kiką

Sama nie wiem kiedy minął rok od momentu kiedy zabraliśmy Ludożerkę do siebie.
Zaledwie rok, a ja nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądało nasze życie bez niej.
Pamiętam moje obawy i wątpliwości - czy sobie poradzimy, czy kota się zaaklimatyzuje i czy będzie jej u nas dobrze. No i mój mały, prywatny lęk, że znowu zwierzak zawładnie moim sercem (bo nie wątpiłam, że się tak stanie!), a potem znowu tak bardzo będzie bolało jak będzie chorować czy...
A tu minął rok.
Bardzo się do niej przyzwyczailiśmy i sądzę, że vice versa. Jest rozkoszną rozrabiarą o fajnym charakterku. Zwłaszcza teraz kiedy siedzę w domu, mam okazję ją obserwować, a ona może chwalić się nowymi psotami. Jest wspaniałym kompanem do spania! No, przez ostatnie dwa miesiące trochę godzin przespałyśmy! Na początku, tak gdzieś po dwóch godzinkach drzemki, przychodziła sprawdzić czy żyję... Teraz tniemy komara aż miło ;-)) Robi się też trochę bardziej przymilna w swojej niezależności. Śpi z nami w pokoju (dawniej sypiała w drugim pokoju i miała nas w nosie) i coraz częściej układa się w nogach łóżka. Coraz częściej wpycha się na kolana i domaga się pieszczot i tulkania. Bardzo wcześnie rano biorę leki. Dzwoni budzik i kiedy szykuję tabletki, Kika mocno zaspana, z ledwie otwartymi oczkami wdrapuje się na moje ramię, wtula w szyję i mruczy. A ja nie mam wyjścia tylko tulkać ją i głaskać przez chwilę. W ciągu dnia – zresztą – też nauczyła się domagać pieszczot i uwagi. Chodzi po mieszkaniu, staje w takim miejscu, że jej nie widzę i miauczy w niebogłosy. Pierwszy raz jak to usłyszałam, zerwałam się na równe nogi, żeby pobiec i zobaczyć co też się dzieje mojej kocie. Zadowolona z efektu poprowadziła mnie do kuchni, tam wskoczyła na stół, a ze stołu prosto w moje ramiona. Bywa nieznośna kiedy się nudzi. I doskonale wie, co wtedy spsocić, żeby efekt był natychmiastowy. Wydrapuje wtedy ziemię z kwiatków, a z ukradzioną grudką biega radośnie po mieszkaniu rozsypując wszędzie ziemię. Albo zrzuca z mebli drobne przedmioty – klucze, długopisy (te, których nie udało jej się wcześniej ukraść i schować!) czasami są to gazetki reklamowe albo jakieś dokumenty...Ostatnio szykowałam obiad w kuchni. Przysiadła na szafce i obserwowała wszystko co robiłam. Kradła obierki po ziemniakach, próbowała wyjąć pokrojonego ziemniaka z garnka, a kiedy obierki jej zabierałam a od ziemniaków pogoniłam, znalazła sobie inne zajęcie. Usiadła na rachunku telefonicznym i zaczęła obgryzać róg kartki. Na moje „nie rusz!”, jedyną reakcją było przyspieszenie wygryzania fragmentów papieru. Na kolejne „nie rusz! nie wolno!” zaakcentowane lekkim puknięciem w okolice ogona – położyła uszy po sobie...i przyspieszyła rozszarpywanie. ;-)) Rozbawiła mnie tym do łez! A pozostając w temacie zwracania uwagi – ostatnio najczęściej słyszane słowa u nas w domu to: „zostaw, nie rusz, nie wolno, uważaj!” Ktoś, kto by nie wiedział, że mamy kota pomyślałby pewnie, że to do małego, nieznośnego dziecka. Szreku się śmieje, że mam niezłą wprawkę, że niedługo nie tylko do koty będę tak mówić...no, ładnie! ;-)) A poza psotami Kika uwielbia obserwować i najlepiej uczestniczyć we wszelkich czynnościach czy naprawach. Czynności wykonywane przeze mnie w łazience od demakijażu poprzez mycie zębów, aż do czyszczenia zlewu, wanny i wc, są bacznie obserwowane. Pierwsza osoba, która bierze rano prysznic ma w wannie pasażera na gapę. ;-) Ostatnio mieliśmy awarię w łazience. Przeciekała rura, którą trzeba było naprawić. Kika dzielnie „pomagała” Szrekowi w każdej czynności, wąchała wszystkie uszczelki, grzebała w skrzynce narzędziowej i próbowała co by tu można ukraść, pierwsza wsadzała głowę w każdą dziurę i szczelinę, w którą musiał zajrzeć Szreku. Miałam niezły ubaw. Długo mogłabym jeszcze o niej pisać, bo to taki wdzięczny temat. I dawno o niej nie pisałam zajęta sobą i moim Ogrzykiem. A przecież jest ważną częścią naszego życia. Ciekawe jak będzie reagować na Małego Człowieczka, nowego członka rodziny? Zaakceptuje czy będzie zazdrosna? Na pewno będzie bardzo ciekawa – tego jesteśmy pewni. Na początku udeptywała mi brzuch, zwłaszcza tą twardszą część. Teraz robi to coraz rzadziej. Szreku się śmiał, że jak brzuch z Ogrzykiem urosną to będą mogli do siebie pukać hihi.

Poniżej Kika zatrzymana w kadrze ;-)

Ukradła boćka z półki, zawlokła do przedpokoju i najpierw udeptywała, a potem zagryzała. Ciekawe co jej zrobił? ;-)



Jest taka słodka kiedy śpi

31 sie 2009

Nowa miłość...

...absolutna i szalona, jedyna, taka, która nie daje spać w nocy, a w dzień nie daje spokoju...
To miłość mojej koty do...centymetra krawieckiego! ;-))
A taki on zwykły, niepozorny, co więcej: tandetny! Za cienki i za krótki hihi. Chińszczyzna jakaś dołączona do pudełeczka tandetnych nici. Odkryta w zakamarkach szuflady przez kotę, która uwielbia zaglądać przez ramię Szrekowi gdy ten coś szuka w szafce, szufladach, torbie - nie ważne. Zawsze wtedy ma szpiega, który nie tylko zagląda mu przez ramię i czynnie uczestniczy w przeglądaniu zawartości, ale zawsze sobie coś znajdzie fajnego, a następnie to coś sobie zwinie. Tak było w przypadku centymetra krawieckiego.
Odkąd go zdobyła - pokochała go miłością absolutną!
Wstaje w nocy, żeby się nim pobawić, poprzeciągać go po pokojach zachwycona jego drugą końcówką, która się rusza ;-)) jakkolwiek to brzmi! W ciągu dnia przyciąga go i kładzie nam u stóp, a potem miauczy, zachęcając do zabawy. Jak pies! Nawet Szreku stwierdził, że to pierwszy kot, który tak zachęca do zabawy. No i pełnia szczęścia dla Kikory jest wtedy, gdy ktoś łapie za koniec centymetra i nim rusza! Ekstaza! Skacząc i próbując go złapać, kota cały czas coś mruczy, grucha i może się tak bawić bez końca!
Jaki to jednak ekonomiczny kotek ;-)) Po co jej drogie zabawki ze sklepu? Wystarczy korek od wina, zwinięty papier...i centymetr krawiecki! :-)))






p.s. czyli cichutki dopisek taki...
7-go września badanie... Wszystko się wyjaśni (mam nadzieję) i może będę mogła wreszcie odetchnąć pełną piersią!!!
Mam nadzieję, że będzie dobrze!
Będzie dobrze!
Musi być!

13 sie 2009

Nudy, brak akcji...

czyli drugi tydzień urlopu mija sobie wolniutko/milutko...

Jakie to miłe uczucie, tak się nigdzie nie spieszyć, leniuchować i wysypiać...
mmmm, można się do tego błogostanu przyzwyczaić.
Za szybko i na długo ;-))
Żeby tak całkiem nie zalec na kanapie lub przed kompem
(wiadomo-u mnie nałóg, a u Szreka praca wrrr) wyprowadzamy się na spacery.
Zaledwie kilkanaście minut marszu od naszego osiedla jest teren
jak z innej bajki...
Zielono, cicho i swojsko.
Zero asfaltu i wielkiej płyty, za to domki z ogródkami i dużo zielonej przestrzeni.
Trudno uwierzyć, że za szerokim pasem drzew gra i buczy (albo raczej huczy!) ludne i ruchliwe osiedle ze swoimi ulicami pełnymi pędzących samochodów...
Sielanka ;-)







A z innej "beczki".
Powalczyliśmy trochę znowu o zdrowie Ludożerki. Mam nadzieję, że skutecznie!
Albo już była znowu mocno zarobaczona, albo zatkana kłaczkami.
W każdym razie rzucała pawie zaraz po zjedzeniu (z wielkim apetytem) śniadania, po czym mogła od razu iść znowu do miski :-(
Poszliśmy do weta, a on przepisał jej preparat na wszelkie robale małe i duże, który wciera się w skórę. Hmm, zobaczymy. Odespała tą "traumę", jak to Ona oczywiście! ;-)
Dostała też pastę na kłaczki. Ta na szczęście jest chyba smaczna bo bez problemu sama wcina. Obserwujemy ją teraz bacznie, bo chcemy wyjechać i lepiej, żeby do tego czasu była w formie.
Nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy zabieramy ją ze sobą czy zostaje z bratem.
Są plusy dodatnie i minusy ujemne ;-)) czyli za i przeciw.
Z jednej strony będzie z nami, a my nie będziemy robić nikomu kłopotu opieką nad kotą.
Ale z drugiej strony jest długa i męcząca podróż (ponad 280 km), nowe/obce miejsce, no i fakt, że to nie pies, że nie można jej zabrać na każdy spacer i zapewne skończyłoby się to dla niej siedzeniem w obcym miejscu SAMEJ. A dla nas skończyłoby się to wyrzutami sumienia.
Mamy jeszcze kilka dni do namysłu, ale chyba zwycięży dobro koty i zdrowy rozsądek...Bo nasze chcenie jest jednoznaczne.
No, właśnie - szykuje nam się wyjazd. Do maleńkiej miejscowości nad jeziorem w pobliżu Olsztyna. Chociaż w domu mi nie jest źle i daleka podróż zawsze trochę zniechęca - dobrze byłoby spędzić chociaż kilka dni za miastem, z dala od szumu i hałasu, odetchnąć tak, żeby starczyło do następnych wakacji ;-))

A poniżej Kika zawłaszczyła kolejną torbę.
Mój brat nazwał rzecz po imieniu - Kika jest fetyszystką torbową...i chyba coś w tym jest...

6 sie 2009

URLOP!!

:-))))))
Od wtorku mam długi urlop.
Zgodnie z groźbami poszłam na całość i wzięłam 18 dni roboczych czyli praktycznie do końca miesiąca. Wracam do pracy 31-go! To się nazywa urlop!
Nawet jeśli nigdzie nie wyjedziemy, bo kasa bardzo będzie nam teraz potrzebna, coraz bardziej...to nic nie szkodzi.
Na razie odsypiamy. Ja w każdym razie zapadam w jakąś śpiączkę ;-)) Sama się sobie dziwię ale widocznie organizm potrzebuje więc...niech się regeneruje!
A jak odeśpię to druga w kolejce jest sprawa doprowadzenia mieszkania do porządku, a to prawdziwe WYZWANIE!! I trochę nam zajmie hihi
Na razie leniwie i na zwolnionych obrotach mija pierwszy tydzień urlopu.
Kota jest zdezorientowana. Chyba jej pasuje taki tłok w mieszkaniu, ale tylko "chyba".
Szreku dopada ją znacznie częściej niż zwykle i miętosi. A, że kota ambitna i waleczna, a do tego nie lubiąca czułości na zawołanie - kotłują się przez chwilę, a ja wiem co zaraz usłyszę: wściekłe z bezsilności powarkiwania i posapywania (Koty, nie Szreka). ;-) A kiedy wkraczam i kategorycznie żądam od Szreka uwolnienia jego ofiary, na odchodne Kikora rzuca mu jeszcze kilka prychnięć. Potem leży gdzieś i dyszy zupełnie jak pies (Kika, nie Szreku) ;-) Cyrk!

W poniedziałek, czyli ostatni dzień przed urlopem, Kika wyjątkowo upierdliwie kręciła się i chodziła za mną krok w krok. Oczywiście wskakiwała na stół, a stamtąd wdrapywała mi się na ramiona, żeby ją tulić i nosić. Ma takie napady czułości, ostatnio coraz częściej. Ale chyba po urlopie jej przejdzie hihi. Będzie miała nas potąd! Powyżej uszu znaczy się ;-)
W końcu, kiedy byłam już gotowa do wyjścia, Kika warowała przy mojej torebce.
Zażartowałam: "właź do torby, zabieram Cię ze sobą!" Nie trzeba jej było drugi raz powtarzać.
Ku mojemu zaskoczeniu, z niewielkimi problemami (w końcu kotek niczego sobie, a torebka mała) zapakowała się i była gotowa do zabrania ;-))

Czego dowód poniżej.

No czyż nie jest słodka?!




25 lip 2009

Ciężki tydzień...

...czyli byle do urlopu!!!

To był bardzo ciężki tydzień, a szykuje się powtórka w przyszłym...
Został mi tydzień do urlopu i z każdym dniem rośnie moje zmęczenie i zniecierpliwienie. A do tego jestem sama w pracy – jedna koleżanka na urlopie, druga na zwolnieniu, na zastępstwo dyrka nie ma kogo dać...A czytelników sporo! Tyle tylko, że tym razem nie udawałam bohaterki i nie otworzyłam czytelni – nie będę biegać między dwoma pomieszczeniami, tak jak kiedyś. Już mi się nie chce. Pomijam zwyczajne zmęczenie, ale już zwyczajnie nie chce mi się chcieć...Straciłam motywację, a może to już wypalenie zawodowe? Ostatnio oddając dyrce zaświadczenie o obronie i zakończeniu studiów, zapytałam bezczelnie czy dostanę jakąś podwyżkę. Koleżanki z innych miast, a także te z całkiem malutkich miasteczek dostają po obronie od 200 do 600 zł średnio! Byłam ciekawa co dyrektorka biblioteki w dużym mieście będzie miała mi do zaoferowania. Zaskoczyłam ją tym pytaniem, a może nawet rozczarowałam. Stwierdziła, że ja JUŻ zarabiam jak osoby z wyższym wykształceniem i z podobnym do mojego stażem, ale sprawdzi i jeśli będzie miała pieniądze (tiaa jaasne!) to MOŻE coś mi dołoży ale będzie to kwota nie wyższa niż 50 zł brutto! Pusty śmiech mnie ogarnął - 1.200 zł na rękę po kilkunastu latach pracy ...Tak się docenia osoby z wyższym wykształceniem – w moim wieku, bo młodsze laski są bardzo doceniane! Bardzo!
Wszystko to razem – zmęczenie, rozczarowanie i natłok pracy (byle do urlopu!) spowodowało, że nie tylko nie mam dobrego nastroju, ale co gorsze, nie jestem tak cierpliwa w stosunku do czytelników jak chciałabym być.

Z weselszych tematów – zabraliśmy Kikę na drugi spacer. Tym razem wywieźliśmy ją dalej, do lasu.
Podróż samochodem, zniosła bez problemów, ale wypuszczenie jej z koszyka na trawę spowodowało panikę. Dobrze, że była w szelkach! Dopiero po chwili przestrzeń, wszystkie dźwięki i zapachy, a także trawa i liście przestały ją przerażać i zaczęły zaciekawiać. Ale i tak przemieszczała się szorując brzuchem po trawie, raz na jakiś czas próbując skoku w bok. Dosłownie. Jeśli uda nam się wyjechać w trakcie urlopu, trzeba będzie podjąć decyzję czy zabieramy ją ze sobą czy zostaje w domu pod opieką brata. Sama nie wiem co dla niej lepsze. Bo to czy my wolelibyśmy ją zabrać czy zostawić jest oczywiste. Boję się tylko czy to nie byłby dla niej zbyt wielki stres...Sama nie wiem.
Mamy jeszcze czas, pomyślimy, zabierzemy ją jeszcze na spacer, poobserwujemy.
Jednym słowem – zobaczymy.
Na razie Kika odsypia powycieczkowe stresy. Bidulka. :-))

20 lip 2009

Niedzielnie

Noga ozdrowiała, antybiotyki pomogły...Cieszę się, bo wyglądało to nieciekawie.
A poza tym?
Wakacje w pełni. Nasz urlop dopiero w drugiej połowie sierpnia, jest nawet nadzieja, że gdzieś wyjedziemy...
A do tego czasu?
Tyle miałam planów, co też będę robić po obronie...ech...
Niby mam o niebo więcej czasu, ale jakoś tak rozłazi się i przecieka między palcami.
A ja jak zwykle mam zrywy - coś bym robiła, sprzątała, kupowała...tylko, że przysiadam na chwilkę, a tu zapał mija. Czy to jeszcze zmęczenie czy już totalne lenistwo? Oto jest pytanie.

Najlepszym lekarstwem na stresy, najlepsza rozrywką i odskocznią jest Kika.
Z jednej strony ciągle rozrabia i wymyśla coraz to nowsze wygłupy, a z drugiej coraz częściej jej się zdarza wskakiwać na kolana czy ramiona i domagać się pieszczot.
Słodka ;-)) Daje nam dużo radości. Fajnie, że jest!
Najlepszym dla niej zajęciem jest wysiadywanie na balkonie i czekanie na żuczki majowe (tak się to chyba nazywa). Zaczyna się polowanie, a jak któregoś złapie zanosi go do domu i bawi się nim...a potem zjada, albo i nie. To jednak drapieżnik. ;-) Wyłapuje także wszelkie muchy z domu. Kiedy jakąś zobaczy robi taki raban, zwłaszcza jak nie może dosięgnąć, bo mucha siedzi na przykład na suficie albo lampie, że na ogół Szreku musi wkroczyć i ją podsadzić. Mam za darmo komedię! Ostatnio złapała pająka – brrr! Nienawidzę ich! Ale na przykład mrówki, szczypawka i taki długi, czarny robal jej nie smakowały. Mam tylko nadzieję, że nie zje kiedyś czegoś naprawdę niestrawnego, albo trującego...
Wesoło z nią mamy :-))

A jako bonusik - kilka fotek ;-))


Takiego robaczka upatrzyłam na jednej z wycieczek...



a tu Ludożerka na szafie, bo wyżej już nie można!


a'la kjujewna - właśnie upatrzyła muchę....zaraz się zacznie!! ;-))

... no i koszykarka jedna ;-)

1 cze 2009

Co będzie - to będzie

- Jest tak:
wyluzowałam! Dałam ostatnio czadu (pisemnego) ale na luzie.
Bez napinania się, zbytniej pedanterii i z dystansem. Czemu?
Jak zobaczyłam (i sobie poczytałam!!) pracę mgr mojej koleżanki zaliczoną w zeszłym roku u tego samego profesorka - to szczena spadła mi na podłogę z wrażenia. Ale z "wrażenia"!
Ani jednego przypisu! Jedyne przypisy to te tłumaczące wyrazy obce albo techniczne. A resztę SAMA napisała?? Poza tym znalazłam, a może raczej - zauważyłam - sporo błędów od literówek, aż do błędu w nazwisku jakiegoś autora! No, proszszę! Poza tym, ja osobiście wywaliłabym 1/3 tekstu jako nie-na-temat!! A tu przeszło?! Więc po jakiego gwizdka ja się tak napinam, drążę, wyciskam i staram?!
Już nie będę!
Owszem, jest już za późno, żeby zdążyć w terminie wyznaczonym sobie przez profesorka, który potrzebuje na formalności, otrzymanie gotowej pracy i ustalenie daty obrony MIESIĄC,
a nie jak cała reszta - dwa tygodnie!!
Nic to! Kończę to co mam, piszę wstęp i zakończenie, robię bibliografię i indeksy i już!
Jak sprawdzi i zatwierdzi - drukuję i zawożę, a obrona niech sobie będzie kiedy chce, nawet we wrześniu. Poczekam!

- i jest tak

Kika była dzisiaj na pierwszym spacerze, ale jej się nie podobało. Za dużo przestrzeni, dźwięków, wrażeń...a w ogóle to tu jest za dużo powietrza, ja chce do bazy...;-))
Jeśli pogoda dopisze za jakiś czas spróbujemy znowu. Może powoli przyzwyczai się i oswoi?

- i jeszcze tak...

jutro do pracy po dłuższym urlopie. Brrr! Jak sobie pomyślę...nie, lepiej na razie nie myśleć!
A jutro, co będzie to będzie.


Poniżej - eko-Ludożerka
uwielbia torby, zwłaszcza tą ekologiczną. Włazi do nich, układa się w nich i na nich ;-) i sprawdza wszystkie zakupy wnoszone do domu!


\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\\

18 maj 2009

Łikęd

PISANIE idzie mi marniutko (delikatnie powiedziane!!) to napiszę o czymś innym, przyjemniejszym. ;-)
W domu burdel...a nie, to nie to! O tym później.
Nareszcie - balkon zabezpieczony! Siatka założona, Kikora prawie cały dzisiejszy dzień spędziła na balkonie! Teraz śpi - zmordowana jak nieludzkie stworzenie! Czym?! Powietrzem? Wrażeniami? Słońcem?
Ale najpierw - wczoraj, przy zakładaniu siatki przez Szreka i brata, siedziała z nimi, bo wszystko musiała sprawdzić osobiście, powąchać wiertarkę, śrubokręt i szczypce, a także każde inne narzędzie, ugryźć siatkę czy aby wystarczająco mocna jest...no, napracowała się!
Dzisiaj od rana była piękna pogoda i ciepło nareszcie się zrobiło po Zimnych Ogrodnikach! Jak tylko usłyszała, że się ruszamy w stronę balkonu - przybiegła! I wyszła na balkon - nareszcie bez szelek :-) I od razu miała niespodziewaną prawie-wizytę! Brat zawołał mnie, żebym przyszła coś zobaczyć. Poszłam, a tu..?? Kika siedzi na balkonie wpatrzona w coś w wielkim skupieniu...i TO COŚ także wpatrzone w nią! Kot sąsiada, rudzielec śmieszny - zagląda na nasz balkon wpatrzony z zaciekawieniem w Ludożerkę. Mamy z sąsiadem balkony złączone, ale oddzielone wystającą ścianką działową. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że żeby tego dokonać musiał siedzieć na poręczy balkonu (albo-jak sugerował Szreku- w skrzynce na kwiatki) sąsiada i z wygiętą głową zaglądać na nasz balkon! Mimo zabawnej sytuacji skóra mi ścierpła, bo siatka na naszym balkonie nie dawała mu żadnych szans gdyby musiał awaryjnie się ewakuować do nas...Pogroziłam mu palcem ze słowami: "tylko mi nie spadnij, słyszysz?!" Na wszelki wypadek od razu się wycofał. Ale jak wiedział, jak wyczuł od razu, że obok jest jakaś kota?!
Tak czy owak - Kika ma już pierwszą prawie-wizytę sąsiedzką za sobą. Dłuugo nie mogła dojść po niej do siebie ;-) Siedziała wpatrzona w miejsce gdzie zniknął rudzielec ;-)
A w ogóle to dzisiaj miałam pobudkę bardzo przyjemną. Obudziłam się (sama!), a tu na mojej klacie śpi sobie Kikora. Jak zobaczyła, że mam otwarte oczy - przeciągnęła się i położyła łapkę na mojej brodzie. I tak jakoś słodko się zrobiło, że och! Spałyśmy jeszcze przez jakieś pół godziny w ten sposób, a ja aż ścierpłam z nieruszania się ;-) bo uwielbiam się wiercić! Szreku coś o tym wie hihi. Na szczęście (Jego!) zasypia zanim Jego głowa dotknie poduszki więc nie ma większego problemu z moim wierceniem się.
A poza tym (i tym, że nie PISZĘ tego-co-potrza)?!
W domu burdello-bum-bum!
Po napisaniu pracy (KIEDY TO NASTĄPI?!?!) zastanowię się, czy sprzątamy to mieszkanie czy kupujemy nowe? ;-))
W pracy? Na razie zamieszanie związane z Tygodniem Bibliotek, czyli naszym świętem.
Imprezy, kiermasze, spotkania.. no, zamieszanie jednym słowem.
A ja zaraz idę na urlop szkolny - znowu - udawać, że PISZĘ!


Poniżej - Kika w szelkach na niezabezpieczonym jeszcze balkonie.





A tutaj nowe wiklinowe mieszkanko :-) i transporter w jednym. Ładne i praktyczne.

10 maj 2009

Ludożerka ;-))

czyli nasza domowa czujka "elektryczka", lekarka, terapeutka i dezynsektorka ;-)))


Po pierwsze - zna się na elektryce.
A zwłaszcza na trykających gniazdkach elektrycznych. Ona pierwsza wie, które gniazdko będzie wkrótce do wymiany.
Interesowała się kiedyś nadmiernie gniazdkiem za wersalką. Mało używanym i niewidocznym, bo za wersalką ;-) A ona z uporem maniaka ciągle tam podchodziła, obwąchiwała je i w końcu warowała przy nim. Pokazałam Szrekowi, a kiedy sprawdził okazało się, że natychmiast trzeba wymieniać bo już tam się przewodziki skrzyły!
A ostatnio gniazdko w kuchni, nad stołem ją zainteresowało. Nadmiernie!
Słuchaliśmy i nic. Wczoraj warowała przy nim i obwąchiwała je - kiedy podeszłam i posłuchałam, okazało się, że tryka!

Po drugie - dezynsekcja!
Tępi wszelkie ruszające się paskudztwa - ku mojej uldze i radości, bo nie cierpię zwłaszcza pająków! A ona uwielbia wszystko co się rusza ;-)
Musiała przyuważyć jakieś ruchy w listwie (a raczej pod nią) przy oknie balkonowym. Przez tydzień - tak! - warowała tam całe wieczory i chyba noce, wpatrzona jak zahipnotyzowana w listwę przypodłogową. Nic jej nie rozpraszało, nic nie było w stanie jej odciągnąć od "obowiązkowej służby". Kiedy podchodziłam albo próbowałam ja wołać, mruczała tylko - coś na kształt: "zarobiona jestem" i tkwiła w pozycji "na sfinksa" z łapkami zawiniętymi, wpatrzona i czujna! Aż raz coś tam drgnęło i chyba wyszło ;-) Na to tylko czekała! Jednym susem znalazła się przy listwie i w tej samej sekundzie packała łapką i sprawdzała czy jeszcze coś się rusza (jak przestaje packać) ;-)
Sądzę, że z TAKĄ pomocą nie muszę się obawiać najazdu mrówek, a co dopiero pająków!








Po trzecie - lekarka ;-)
Nie jest typem przymilaski (chociaż może będzie?), miewa co najwyżej takie nastroje!
Przychodzi wtedy, włazi na kolana i się wtula/przytula. Jednym słowem - słodycz!
Aż tu dzisiaj w nocy, a właściwie nad ranem weszła mi na brzuch. Nie powiem - @ wisiała na włosku, brzuch się rozkręcał i generalnie mało przyjemnie było!
Wiedziałam, że @ będzie akurat na niedzielę, na wyjazd na komunię dzieciaka znajomych!
Zaczęłam już nawet myśleć o jakimś prochu na bóle...
Musiałam przysnąć, a Szreku jak zwykle zawinął się w kołdrę - te chłopy!
Obudziło mnie ugniatanie.
Weszła mi na obolały brzuch i "udeptywała", ugniatała jak ciasto. A ja leżałam i stękałam, bo czułam tylko: auć! - jajnik.. pęcherz.. jajnik... jelito.. pęcherz..auć..znowu jajnik!
Powiem tak: była bardzo PRECYZYJNA! Do bólu! ;-)
I kiedy pomyślałam, że albo się natychmiast ułoży, albo następny jej ugniotek i będzie: "poszła-won! i fora!" - ułożyła się centralnie na linii bólu, czyli na podbrzuszu! W rogala prawidłowego.
I...  jak zaczęła grzać! Termofor wysiada!
A rano? czyli dwie-trzy godziny później? Niespodzianka!
Bez bóli i sensacyj - taa-daam! @ jak malowanie!
Nawet procha nie brałam - nie było potrzeby!
Jestem pod wrażeniem!



A tu bonusik - szkudnik w kartonie z papierami, segregatorami!
Jak tam wlazła? Karton lekko uchylony był. ;-)


No i dżemeczka w trawce ;-) kociej, żeby nie było! ;-))

30 kwi 2009

... pisanie(nie!) i Ludożerka ;-)

Siedziałam i pisałam wczoraj prawie cały dzień - serio serio.
Nnoo, dobszsz: z krótkimi przerwami na jedzenie/WC/kawę/WC/wyprostowanie/WC/kręgosłupa/nóg/WC/ścierpniętego kciuka.../WC(tiaa za dużo kawy!)/pogonienie czy upomnienie/nawtykanie brykającej Ludożerce...
No, dzisiaj to postarała się i dała czadu! Przedwczoraj spała cały dzień aż zastanawiałam się czy aby nie chora, a wczoraj (dzisiaj zresztą też) psoty, psoty, psoty, a potem pokrzepiający i ładujący energetycznie sen. Ale o tym za chwilę.
Napisałam kolejny mały rozdział pracy, ale ważne, że 8 stron do przodu :-))
...a przy okazji, ekhm, u mnie 8 stron komputero/wordo/pisu = 8 tys.kcal (tak tak! kalorii!) wciągniętych/pochłoniętych paszczą (czytaj: otworem gębowym).
Wchłaniam i pożeram wszystko co nie jest szybsze ode mnie...
Wiem: F U J !!! Wiem: W S T Y D!!
Tak samo było z nauką...
Krótko pisząc, wniosek jest taki: ...eekhmm!... nie wiem, qwa, jak będę wyglądać (jeśli tendencja się utrzyma-a wszystko wskazuje, że si i owszem!) jeśli napiszę pracę o pojemności/wyporności/objętości 90-100 stron?!
No, nawet taki matematyczny pacan jak ja umie/wie ile to będzie - auć!
...i - FAK!
chyba przejdę na amfę bo się (podobno?!) jeść nie chce.
Tylko, że skutki uboczne w postaci omamów i schizów bolesne są.

No, dobra - teraz z innej beczki.

Ludożerka daje czadu, ale w ogóle ostatnio fajna jest i słodka.
No, rozrabia, pewnie, ale to nie zmienia faktu, że fajna jest w tym rozrabianiu ;-)) i śmiechu jest przy tym.
Ma coraz to nowe pomysły na rozrabianie, a jej pomysłowość jest nieograniczona.
I ma swoje ulubione, najlepsze na ...nie na świecie tylko w mieszkaniu - miejsca!
Zauroczenie trwa!


Numero uno! - łazienka/woda/kran/wanna czyli wszystko związane z ciurkającą wodą!






Numero dos - wszystko co ekologiczne i naturalne...np. nowe odkrycie - koszyk wiklinowy na ziemniaki...wszelkie kartony najlepiej pełne książek i tepe, korki (butelkowo-winne) i tego typu ...
Tres - balkon!
Qatro - szafa, a raczej na szafie.



A najbardziej lubi jak rozkładamy się z zeszytami, notatkami, jednym słowem z czymś papierzanym na łóżku! To się zaczyna buszowanie dopiero! Bo koniecznie trzeba sprawdzić czy i co jest POD zeszytem, kartką, a tą ostatnią trzeba jeszcze spróbować czy aby nie kwaśna ;-))




A na zakończenie - przyłapana w kuchni.
Stół, okno, pomarańcza - czego chcieć więcej? ;-))