Dowalić, bo była chwila spokoju, tak? Bo można było odetchnąć po wielkich smutach i nerwach… A może to dla mojego dobra, żebym przestała się martwić, albo miała inne zmartwienie(a)?!
Miałam napisać o Ogrzyku, o zbliżających się urodzinach… miało być lajtowo.
Jeszcze wczoraj miało być tak:
„Z racji imprezy w przyszłym tygodniu, na której będzie tort z dwiema świeczkami, rozpoczęły się (szkoda, że tak późno!) dość intensywne treningi dmuchania. Albowiem dobrze by było, żeby obie świeczki zostały zdmuchnięte zanim tort się rozpuści, albo goście zasną, opcjonalnie pójdą do domu…
Cóż, powiem tak – na razie widoki są marne. Ogrzyk, owszem robi wspaniałą motorówkę ustami, robi się czerwony z wysiłku, jest opluty do pasa (ja też), jego nosek niebezpiecznie zbliża się do płomienia, ale świeczka ani drgnie i bezczelnie pali się dalej. Ostatnio Szreku robił za świecznik. Dziwne, ten niespotykanie spokojny i cierpliwy Ogr, w pewnym momencie zrobił się na twarzy bardziej purpurowy niż Ogrzyk, zgasił świeczkę, wytarł dłonie w koszulę, wstał i wyszedł. Po chwili wrócił i spokojnym tonem ogłosił chwilową kapitulację. A potem stwierdził, że zawsze możemy świeczki odpalić i trzymać w dłoniach w pewnej (sporej) odległości od tortu.
Dodam, że ćwiczenia w dmuchaniu z użyciem kawałka papieru również nie przynoszą odpowiedniego efektu.
Kobieta (z drugiej strony lustra) podpowiada gwizdek. ;-)) Myślałam też o sprzęcie do robienia baniek mydlanych, ale znając mojego Ogrzyka, jeszcze się okaże, że będzie mydliny wciągał lub łykał…
Trudno. Nie jest to problem spędzający mi sen z powiek. Zawsze można dmuchnąć razem z Ogrzykiem i po kłopocie”.
Miało być tak i się zesrało. :-(
Dzisiaj mama w drodze do mnie (do nas), przewróciła się i upadła tak niefortunnie, że coś jej chrupnęło w ramieniu. Kiedy ją zobaczyłam w drzwiach – taką malutką, skurczoną, obolałą, utytłaną w błocie i sino-koperkową – czułam, że to coś poważnego. Zadzwoniłam do Szreka, żeby wracał do domu (biedak, dopiero co dojechał do pracy!), bo nie wyobrażałam sobie (i całe moje szczęście!) wizyty na pogotowiu z obolałą (połamaną) matką i Prawie-Dwulatkiem-Niecierpliwym-Strasznie. Instynkt mnie czasem nawiedza i dobrze, że stało się to akurat dzisiaj, bo na pogotowiu spędziłyśmy prawie trzy godziny! Aaaa! No, żesz fak! Gdzie ta bieganina, lekarze żądni niesienia POMOCY i to natentychmiast, gdzie ta empatia i profesjonalizm rodem z seriali, ja się pytam?!
Nie opiszę tych prawie trzech godzin w poczekalni, bólu (mojej mamy), bezradności, nerwów i rosnącej frustracji (we mnie). Nie opiszę (szkoda nerwów), bo każdy, kto choć raz przeżył takie coś – wie o co chodzi. I tak bardzo chciałabym nie bluźnić, ale bezsilność i niemoc, a także chory system i lekceważenie cierpiących ludzi spowodowały, że miałam ochotę wyjebać cały ten przybytek w kosmos!
A u mamy skończyło się gipsem. Na pięć/sześć tygodni!
Od obojczyka do pasa!
Z unieruchomioną/przyklejoną do gorsetu z gipsu lewą ręką. Oczywiście, mama jest u nas. Nic sobie (ani przy sobie) nie zrobi. A wyjście do toalety to prawdziwe wyzwanie!
Mam więc teraz dwoje dzieci w domu – nieporadnych, zależnych ode mnie.
Pięć tygodni.
Szkoda, że nasze mieszkanie jest takie małe, że mamy dwa pokoje, a nie trzy!
Oj tak, wiem – dobrze, że w ogóle mamy mieszkanie i te dwa pokoje.
Babcia śpi u wnusia. Chociaż śpi, to za dużo napisane. Chcieliśmy odstąpić (zgodnie ze zwyczajem) nasz pokój, który przy okazji jest salonem i pokojem gościnnym. Nie zgodziła się. Nie chce robić zamieszania, nie chce robić kłopotu. Chciała spać w pokoju ze swoim ukochanym wnukiem.
Tylko, że nie śpi! Ciągle nie śpi, chociaż jest już dobrze po 23-ej. Ale dzielnie udawała, że śpi i nie jęczy, kiedy zaglądałam jakieś 20 min temu, co tam u nich. I pomyślałam, że trzeci pokój dzisiaj by się przydał, bo dawałby odrobinę komfortu i nam i naszemu gościowi.
I pomyślałam również, że trzeba mieć na względzie, że moja mama i teściowie nie będą już młodsi, a choroba czy wypadki chodzą po ludziach.
I pomyślałam także, że nadchodzi czas, kiedy to my będziemy opiekować się naszymi rodzicami.
…
Zajrzałam znowu do pokoju „dzieciowego”. Ogrzyk już wędruje po łóżeczku – śpi z głową w stronę drzwi. Rączka zwisa przez dziurę po wyjętych szczebelkach. Pewnie za jakieś pół godziny wstanie i przyjdzie do nas (mając prawie zamknięte oczy). Mały lunatyk. ;-)
Babcia fuka i robi „pfff-pfff” – nareszcie zasnęła (?). Może nawet chrapać jeśli chce – Ogrzyk jest przyzwyczajony. Dla niego to melodia do spania ;-) Jego tatuś takie mu właśnie śpiewa kołysanki przy usypianiu. Bo zasypia zawsze wcześniej niż synuś.
A ja jeszcze nie wiem czy będę spała. Jeszcze nie zdecydowałam. Szreku się śmieje z mojego zaglądania…upss. Poprawka – mama już nie śpi! Zaalarmowały mnie jęki. Mama zapomniała się, bo próbowała wstać do wc. Ciężki i sztywny pancerz zweryfikował jej zamiary.
Pięć tygodni...
Tak mi jej żal.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karma. Pokaż wszystkie posty
24 lut 2012
30 lip 2010
Streszczam się
Dużo się działo, a ja nie miałam siły pisać więc dzisiaj będzie po łebkach i skrótowo.
Byliśmy drugi raz na basenie. Tym razem w sobotę. Było dużo więcej dzieci, ale wciąż Ogrzyk był najmłodszy. Dzieciaków była ósemka plus rodzice – to całkiem niezła gromadka. Chociaż może to i lepiej, bo Ogrzyk nareszcie dostrzegł inne maluchy. Do tej pory nie miał takiej okazji, a jak miał to go to nic nie obchodziło. Teraz po dokładnych oględzinach otoczenia (obowiązkowo z otwartą ze zdumienia buzią) ZAUWAŻYŁ inne dzieci i zaczął się im przyglądać. Szreku oczywiście brał udział we wszystkich ćwiczeniach z Małym. Nie pozwoliłam mu tylko na nurkowanie. Jeszcze za wcześnie na takie eksperymenty (w moim odczuciu, przynajmniej). Ogrzykowi najbardziej podobały się podrzuty do góry i lądowanie w wodzie (oczywiście cały czas był trzymany pod pachy), a potem kiedy wszystkie dzieci (podtrzymywane przez rodziców) utworzyły kółko twarzami do siebie. Młody miał nawet „rwanie”. Dziewczynka obok niego cały czas wyciągała do niego rączki próbując zwrócić na siebie uwagę. Bezskutecznie. Na takie poufałości jest dla Małego za wcześnie. ;-))
A na basen wrócimy ale może za jakieś dwa miesiące.
Poszerzamy dietę, PRÓBUJEMY włączać inne pokarmy.
Marchewkowa była bleee. :-/ Każda najmniejsza ilość włożona do buzi - zostawała natychmiast wypluta. I do tego to spojrzenie mówiące: „co Ty mi tu, matka, za paskudztwo wciskasz?!”
Druga w kolejce była zupa krem jarzynowa. Pierwszy dzień – to samo co z marchewką. Drugiego dnia użyłam podstępu i na łyżeczkę z zupą dodałam mleka. Zadziałało! Mina ciągle zdziwiona i lekko zniesmaczona, ale spojrzenie już bez tych wyrzutów i pretensji. W ten sposób udało mi się przemycić dwie łyżeczki do herbaty zupki! Traktowałam to jako sukces! A przynajmniej światełko w tunelu. Do dzisiejszej powtórki… Znowu jarzynowa polana mlekiem. Tym razem „nie wchodziła”. To znaczy wchodziła świetnie na rękawy pajaca Młodego, śliniak, moją bluzkę, obrus na stole, a nawet podłogę. Miał brudną całą buzię i rączki. Potem znalazłam jeszcze „kawałek” zasuszonej zupki za uchem Ogrzyka! Skąd się tam wzięła??
Kiedy zaczął wiercić się i marudzić poddałam się. :-(
Po jarzynowej zaaplikuję Młodemu deser. Zobaczymy jak nam pójdzie.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Dobrze o tym wiem, tylko nie zawsze o tym pamiętam! A fe!
I teraz przypomniało mi się jak w ze dwa/trzy lata temu rozmawiałam ze znajomą o jej bratowej, która po urodzeniu dziecka postanowiła zostać na wychowawczym.
Bezczelna! – obciążyła w ten sposób budżet domowy i swojego biednego męża, który musiał starać się i kombinować, brać dodatkowe zlecenia, żeby mogli związać koniec z końcem. Pamiętam, że nie mogłam zrozumieć (pełna współczucia dla harującego faceta) jak można być tak lekkomyślną, egoistyczną i wygodną osobą…
A teraz tamta rozmowa do mnie wróciła ze mną w roli głównej! I dała mi kopa w dupę. Bo teraz, za chwilę, to ja będę tą wygodną, egoistyczną mendą, która obciąża swojego bidnego chłopa, bo ma sobie ochotę „posiedzieć” z dzieckiem w domu.
Jaki z tego wniosek?
Nie oceniać! Nie wydawać pochopnych wyroków! I nie mówić: „nigdy!, zawsze!”, bo nigdy nie wiadomo co na nas czeka za rogiem. A moja karma to wyjątkowo wredna suka, która pilnuje, żeby wszystko co zrobię czy powiem złego wróciło do mnie w najmniej oczekiwanym momencie. A więc kolejna lekcja i nauczka. I postanowienie – trzymać za długi jęzor za zębami! Nie komentować sytuacji, o których nie mam zielonego pojęcia. Bo, jak się okazuje, nie wiem co bym zrobiła w danej sytuacji!
Przy okazji – u Szreka w pracy syf coraz większy. Jego kierownik, kawał niekompetentnego i zakompleksionego gnoja – tylko czeka, żeby pozbyć się Szreka. Czuje się zagrożony, bo Szreku wie i widzi tą niekompetencję na każdym kroku … Fajnie, jednym słowem.
Na zakończenie coś miłego i pozytywnego.
Ogrzyka nowe osiągnięcia – chwyta rączkami przedmioty i podaje sobie z ręki do ręki, bardzo ładnie trzyma główkę przy podnoszeniu i trzymaniu pod paszki, śmieje się chętnie, często i głośno (!!), jest bardzo bystry i kontaktowy, chętnie reaguje na zaczepki, na brzuszku próbuje pełzać do zabawki, już nie tylko budzi się w poprzek łóżeczka, ale zdarza się, że budzi się z nogami tam, gdzie wieczorem była główka (jak on to robi?), potrafi zająć się sam sobą dłuższą chwilę, a jego ulubione zabawki to karuzelka (tak szarpie zabawki, że chyba niedługo ją złamie), jasiek i pielucha tetrowa (kładzie je sobie na twarzy, rączki rozkłada na boki i wydaje śmieszne dźwięki, albo trzyma je sobie przed twarzą i coś do nich gada, że o gryzieniu/ślinieniu nie wspomnę), śledzi wzrokiem i bardzo się przygląda kocie. Myślę, że jej spokojne dni są już policzone hihi. Niech tylko zacznie się sam przemieszczać - będzie się działo! Wydaje nowe dźwięki – eeń, nienie, ej, emm, ańń. A kiedy „mówi”, tak śmiesznie się rozkręca, podnosi głos i gestykuluje uderzając dłonią w brzuszek albo w udo. Komedia!
I tym optymistycznym akcentem …
Byliśmy drugi raz na basenie. Tym razem w sobotę. Było dużo więcej dzieci, ale wciąż Ogrzyk był najmłodszy. Dzieciaków była ósemka plus rodzice – to całkiem niezła gromadka. Chociaż może to i lepiej, bo Ogrzyk nareszcie dostrzegł inne maluchy. Do tej pory nie miał takiej okazji, a jak miał to go to nic nie obchodziło. Teraz po dokładnych oględzinach otoczenia (obowiązkowo z otwartą ze zdumienia buzią) ZAUWAŻYŁ inne dzieci i zaczął się im przyglądać. Szreku oczywiście brał udział we wszystkich ćwiczeniach z Małym. Nie pozwoliłam mu tylko na nurkowanie. Jeszcze za wcześnie na takie eksperymenty (w moim odczuciu, przynajmniej). Ogrzykowi najbardziej podobały się podrzuty do góry i lądowanie w wodzie (oczywiście cały czas był trzymany pod pachy), a potem kiedy wszystkie dzieci (podtrzymywane przez rodziców) utworzyły kółko twarzami do siebie. Młody miał nawet „rwanie”. Dziewczynka obok niego cały czas wyciągała do niego rączki próbując zwrócić na siebie uwagę. Bezskutecznie. Na takie poufałości jest dla Małego za wcześnie. ;-))
A na basen wrócimy ale może za jakieś dwa miesiące.
Poszerzamy dietę, PRÓBUJEMY włączać inne pokarmy.
Marchewkowa była bleee. :-/ Każda najmniejsza ilość włożona do buzi - zostawała natychmiast wypluta. I do tego to spojrzenie mówiące: „co Ty mi tu, matka, za paskudztwo wciskasz?!”
Druga w kolejce była zupa krem jarzynowa. Pierwszy dzień – to samo co z marchewką. Drugiego dnia użyłam podstępu i na łyżeczkę z zupą dodałam mleka. Zadziałało! Mina ciągle zdziwiona i lekko zniesmaczona, ale spojrzenie już bez tych wyrzutów i pretensji. W ten sposób udało mi się przemycić dwie łyżeczki do herbaty zupki! Traktowałam to jako sukces! A przynajmniej światełko w tunelu. Do dzisiejszej powtórki… Znowu jarzynowa polana mlekiem. Tym razem „nie wchodziła”. To znaczy wchodziła świetnie na rękawy pajaca Młodego, śliniak, moją bluzkę, obrus na stole, a nawet podłogę. Miał brudną całą buzię i rączki. Potem znalazłam jeszcze „kawałek” zasuszonej zupki za uchem Ogrzyka! Skąd się tam wzięła??
Kiedy zaczął wiercić się i marudzić poddałam się. :-(
Po jarzynowej zaaplikuję Młodemu deser. Zobaczymy jak nam pójdzie.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Dobrze o tym wiem, tylko nie zawsze o tym pamiętam! A fe!
I teraz przypomniało mi się jak w ze dwa/trzy lata temu rozmawiałam ze znajomą o jej bratowej, która po urodzeniu dziecka postanowiła zostać na wychowawczym.
Bezczelna! – obciążyła w ten sposób budżet domowy i swojego biednego męża, który musiał starać się i kombinować, brać dodatkowe zlecenia, żeby mogli związać koniec z końcem. Pamiętam, że nie mogłam zrozumieć (pełna współczucia dla harującego faceta) jak można być tak lekkomyślną, egoistyczną i wygodną osobą…
A teraz tamta rozmowa do mnie wróciła ze mną w roli głównej! I dała mi kopa w dupę. Bo teraz, za chwilę, to ja będę tą wygodną, egoistyczną mendą, która obciąża swojego bidnego chłopa, bo ma sobie ochotę „posiedzieć” z dzieckiem w domu.
Jaki z tego wniosek?
Nie oceniać! Nie wydawać pochopnych wyroków! I nie mówić: „nigdy!, zawsze!”, bo nigdy nie wiadomo co na nas czeka za rogiem. A moja karma to wyjątkowo wredna suka, która pilnuje, żeby wszystko co zrobię czy powiem złego wróciło do mnie w najmniej oczekiwanym momencie. A więc kolejna lekcja i nauczka. I postanowienie – trzymać za długi jęzor za zębami! Nie komentować sytuacji, o których nie mam zielonego pojęcia. Bo, jak się okazuje, nie wiem co bym zrobiła w danej sytuacji!
Przy okazji – u Szreka w pracy syf coraz większy. Jego kierownik, kawał niekompetentnego i zakompleksionego gnoja – tylko czeka, żeby pozbyć się Szreka. Czuje się zagrożony, bo Szreku wie i widzi tą niekompetencję na każdym kroku … Fajnie, jednym słowem.
Na zakończenie coś miłego i pozytywnego.
Ogrzyka nowe osiągnięcia – chwyta rączkami przedmioty i podaje sobie z ręki do ręki, bardzo ładnie trzyma główkę przy podnoszeniu i trzymaniu pod paszki, śmieje się chętnie, często i głośno (!!), jest bardzo bystry i kontaktowy, chętnie reaguje na zaczepki, na brzuszku próbuje pełzać do zabawki, już nie tylko budzi się w poprzek łóżeczka, ale zdarza się, że budzi się z nogami tam, gdzie wieczorem była główka (jak on to robi?), potrafi zająć się sam sobą dłuższą chwilę, a jego ulubione zabawki to karuzelka (tak szarpie zabawki, że chyba niedługo ją złamie), jasiek i pielucha tetrowa (kładzie je sobie na twarzy, rączki rozkłada na boki i wydaje śmieszne dźwięki, albo trzyma je sobie przed twarzą i coś do nich gada, że o gryzieniu/ślinieniu nie wspomnę), śledzi wzrokiem i bardzo się przygląda kocie. Myślę, że jej spokojne dni są już policzone hihi. Niech tylko zacznie się sam przemieszczać - będzie się działo! Wydaje nowe dźwięki – eeń, nienie, ej, emm, ańń. A kiedy „mówi”, tak śmiesznie się rozkręca, podnosi głos i gestykuluje uderzając dłonią w brzuszek albo w udo. Komedia!
I tym optymistycznym akcentem …
23 sie 2008
Karma

Dzień 36 właśnie mija! I nic! Sucz się obraziła i nie chce się pokazać! Jak się prosi coby nie pokazywała się to NIE - przybiegnie kłusem, radośnie, wysoko unosząc kolana! A teraz, jak namawiam, przekonuję, krzyczę i proszę - to nie! i już!...
Zapodziała się, szwenda się gdzieś...lafirynda!
Się porąbało! A tak pięknie miało być z castagnusem-srusem... Jak w zegarku i do tego bez dodatkowych atrakcji w komplecie...
Nie ma opcji, żeby to było coś innego niż kłopoty. Trudno! Bierzemy dupę w troki i w przyszłym tygodniu do doktorki.
Ale to takie typowe dla mnie, że aż trochę śmieszne. Serio!
To jest moja karma!
Ze wszystkim tak mam
A zaczyna się zawsze od małego. Od małego przypadku, przecież! No! ;-)
Ale od początku!
U mnie wygląda to mniej-więcej tak:
Zaczęło się od sąsiadów...a może nawet wcześniej? Od tego momentu zarejestrowałam ten fakt świadomie!O co chodzi? Każde moje posunięcie, plany (zwłaszcza te ważne i wielkie!), niechęć do kogoś (delikatnie mówiąc) czy też coś niezbyt dobrego (z mojej strony..) zostaje ukarane zaocznie, prewencyjnie i natychmiastowo!
Przykłady? Proszszsz!
Nie lubię jakiegoś sąsiada! Dziada jednego, takiego czy innego. Z jakiego powodu? Jeśli to ważne - napiszę innym razem, bo to kolejna powieść w odcinkach (pt.: "Między nami, uczciwymi frajerami wśród bogatych-kutych-na-cztery-nogi-cwaniaczków").
Nielubiany przeze mnie dziadyga-sąsiad jest jednym z kilkudziesięciu sąsiadów w bloku, w którym mieszkań jest ponad 50 i co się dzieje? O której godzinie nie wejdę do/z bloku, do/z klatki, do/z windy...kogo spotykam? Spośród tych wszystkich 50-ciu rodzin? Tiaa! Głownie jego-dziadygę! I do tego masochistycznie mówię mu grzecznie "dzień dobry" bo tak zostałam wychowana!
Mam takich kilku-ulubieńców, oj mam!! Auć!
Nawet w bloku, gdzie teraz mieszkam zaledwie od kilku lat...dorobiłam się "swojego" dziadygi-znielubionego... hihi. Nie-do-wiary! Ja zwyczajnie nie mogę nie lubić ludzi! Bo za karę (czyt. karmę) będę na nich skazana, będę na nich "włazić" kilka razy dziennie! Codziennie!
W pracy jest to samo! Nie lubię jakiegoś czytelnika - nasze aury nie pasują kolorami, znaki wodne gryzą się z ognistymi (ja ogień! Strzelec!) i tego typu pierdy, w które wierzę!... Ktoś taki wejdzie, nie zdąży się odezwać, a ja wiem, że nie lubię, nie polubię! I co gorsza - vice versa! I niestety (moja intuicjo,ech!), na ogół się nie mylę! I niestety - będzie się pojawiać ze swoimi fochami, agresją i pretensjami w moje słabsze dni! ...bo czemu by nie?
Po drugie i najważniejsze - moje wielkie plany!
Ilekroć się napalę, ucieszę zbyt mocno, wyczekam-wymarzę-wytęsknię na coś czy z jakiegoś powodu - po tylu latach praktyki (na własnej skórze!) już wiem...nic z tego! Moje plany i nadzieje biorą w łeb aż miło! Nie chce mi się mnożyć przykładów, bo zbyt wiele tego, a nie chodzi mi tu o użalanie - chociaż pewnie trudno w to uwierzyć, prawda? ... ;-))
O co mi chodzi po tym przydługim wstępie?
O to, że moja karma znowu mnie dogoniła, zrobiła kółeczko i sprzedała takiego kopa, że jeszcze lecę...tylko o tym nie wiem ;-)
Nie planować, nie pragnąć, nie myśleć/analizować za dużo - może o to jej w skrócie chodzi? Aż się boję cieszyć na nadchodzący wielkimi krokami urlop...nad morzem... ććśsiii! psyt!
Słuchać przeczucia/wewnętrznego głosu, pamiętać sny (może nawet w nie wierzyć?) i nie robić NIC ZŁEGO ... nikomu. Nawet nie myśleć i nie życzyć nic złego! Nawet temu złamasowi-sąsiadowi, który zna mnie od dziecka ale połasił się na kasę, której ja nie mam, a on ma pod dostatkiem...bo czemu nie?! Bo jestem uczciwą frajerką! I dobrze mi z tym!
Zwyczajnie - ŻYĆ !!!
Nie CZEKAĆ ... żyć TU I TERAZ! Oglądałam ostatnio film animowany, jakąś bajeczkę ... i tam taki jeden mówił drugiemu: "Wczoraj to historia, jutro...tajemnica, a dzisiaj? Dzisiaj to DAR!"
A więc, niech będzie, witaj JUTRZEJSZA SUCZ-@-TY-WIESZ-KTO!
Dzisiaj jest mój dobry dzień ;-)
Reszta jest milczeniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)