... na szybko.
Ciągle w szpitalu. Robią mi badania, ale tak jakoś niespiesznie. A po odstawieniu feno mam prawie regularne skurcze przepowiadające. Od dwóch nocy boli także dół brzucha i w krzyżu więc ...
Jutro na obchodzie będzie ordynator i to on zadecyduje co i jak. Bardzo chciałabym jeszcze wyjść chociaż na jeden dzień i zrobić ostatnie przygotowania. Ale to nie koncert życzeń, a mój synek chyba się do nas spieszy. ;-)
Z ostatniego usg - waży ok 2500-3000 g.
I na razie tyle.
Jutro się wyjaśni...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciężarówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciężarówka. Pokaż wszystkie posty
28 lut 2010
20 lut 2010
Przyspieszenie
W poniedziałek idę na kilka dni do szpitala na obserwację, badania, pomiary i inne takie…
Aaaaaa!
Dotarło do mnie przy okazji, że to już! Za chwileczkę przeżyję najważniejszy moment mojego życia – narodziny NASZEGO SYNA!
Zapewne w szpitalu dowiem się czy z Szymkiem wszystko w porządku (zresztą nie przyjmuję innej opcji do wiadomości!), ile waży i kiedy, w przybliżeniu, możemy się spodziewać SPOTKANIA. A ja przy okazji dowiem się jak lekarze oceniają mój stan i jaki poród dla mnie przewidują, bo to i wiek, ciśnienie i jeszcze cukrzyca… Zobaczymy.
Tak czy inaczej, moment zobaczenia naszego dzidziorka zbliża się wielkimi krokami, a mnie dopadła trema … że o strachu nie wspomnę, bo ten mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu.
Przy okazji pakowania się do szpitala, spakuję już torbę dla siebie i Szymka – niech będzie gotowa i czeka. Już czas najwyższy. Nawet jeśli mnie jeszcze wypuszczą, a termin porodu będzie za 2-3 tygodnie – lepiej niech będzie wszystko naszykowane. Wolę tak, niż torba pakowana w panice lub torba pakowana przez Szreka! ;-)) Noo, to by mogło być ciekawe co by się w niej znalazło.
A więc poniedziałek …
A dzisiaj?
Panika! I tak od środy, odkąd wiem, że w poniedziałek idę …
Panikuję, czy ze wszystkim zdążę, czy o czymś nie zapomnę …. czy rzeczywiście mnie jeszcze wypuszczą po tych 3-4 dniach …
Z tego strachu nawet nie mam czasu myśleć jak będzie w tym szpitalu, jacy będą lekarze i położne, jakie warunki… Bo nie napisałam, że to nie ten szpital, który wybrałam na początku, nie ta wielka „fabryka”, z super sprzętem, w której podejście do pacjentek zostawia wiele do życzenia, że o tabunach studentów kręcących się i zaglądających wszędzie nie wspomnę. Ten szpital, do którego idę, jest mały i stary, załoga nieliczna, a opinie rodzących tam kobiet o lekarzach i położnych - bardzo dobre. Jest jedno „ale”. Nie jest to szpital kliniczny, nastawiony na trudne przypadki czy jakieś patologie. Brat znalazł dojście do jednego z lekarzy i to on mnie, a właściwie mój przypadek, przedstawił ordynatorowi, a ten zadecydował o przyjęciu mnie na badania i obserwację. Po tych kilku dniach dowiem się, czy mnie przyjmą do tego szpitala, czy jednak wróci temat szpitala klinicznego.
Nie ukrywam, że wolałabym ten – stary, mały, z kiepskimi warunkami jeśli chodzi o sanitariaty (łazienka na korytarzu, a nie w każdym pokoju), ale z bardzo dobrymi opiniami o opiece lekarskiej. I mam nadzieję, że moje małe niedoskonałości typu ciśnienie, cukrzyca, no i wiek (!) nie zostaną zaliczone do patologii i nie skłonią ordynatora do odesłania mnie do klinicznego. Oby!
Co jeszcze?
Dzidziorek jest ostatnio mało aktywny (jeśli już to trochę wieczorem), ale za to często miewa czkawkę. Nie będę się doszukiwać w tym jakichś problemów. Tłumaczę sobie to tak, że ma mało miejsca na fikanie, a skoro matka żyje ostatnio jak w letargu, jak ostatni leniwiec i jest mało aktywna – trudno spodziewać się i oczekiwać od dzidziorka nie wiadomo jakiej energii. Dobrze, że idę do szpitala, bo sprawdzą to na usg, a ja nie zdążę się nakręcić.
Do dolegliwości dołączyły biodra. Bolą mnie coraz częściej, a czasami ból promieniuje w górę na kręgosłup. No i coraz częściej czuję ramiona. Muszę je widocznie jakoś spinać i podnosić do góry, podciągając przy okazji brzuch i stąd ten dyskomfort.
I już. Na dzisiaj tyle.
Czeka mnie intensywny łikend.
A potem szpital.
I niech się dzieje co chce, byle Szymek był zdrowy i wszystkie parametry miał w normie.
Resztę jakoś zniosę.
Nie ja pierwsza i nie ostatnia! Prawda?
Aaaaaa!
Dotarło do mnie przy okazji, że to już! Za chwileczkę przeżyję najważniejszy moment mojego życia – narodziny NASZEGO SYNA!
Zapewne w szpitalu dowiem się czy z Szymkiem wszystko w porządku (zresztą nie przyjmuję innej opcji do wiadomości!), ile waży i kiedy, w przybliżeniu, możemy się spodziewać SPOTKANIA. A ja przy okazji dowiem się jak lekarze oceniają mój stan i jaki poród dla mnie przewidują, bo to i wiek, ciśnienie i jeszcze cukrzyca… Zobaczymy.
Tak czy inaczej, moment zobaczenia naszego dzidziorka zbliża się wielkimi krokami, a mnie dopadła trema … że o strachu nie wspomnę, bo ten mnie nie opuszcza od jakiegoś czasu.
Przy okazji pakowania się do szpitala, spakuję już torbę dla siebie i Szymka – niech będzie gotowa i czeka. Już czas najwyższy. Nawet jeśli mnie jeszcze wypuszczą, a termin porodu będzie za 2-3 tygodnie – lepiej niech będzie wszystko naszykowane. Wolę tak, niż torba pakowana w panice lub torba pakowana przez Szreka! ;-)) Noo, to by mogło być ciekawe co by się w niej znalazło.
A więc poniedziałek …
A dzisiaj?
Panika! I tak od środy, odkąd wiem, że w poniedziałek idę …
Panikuję, czy ze wszystkim zdążę, czy o czymś nie zapomnę …. czy rzeczywiście mnie jeszcze wypuszczą po tych 3-4 dniach …
Z tego strachu nawet nie mam czasu myśleć jak będzie w tym szpitalu, jacy będą lekarze i położne, jakie warunki… Bo nie napisałam, że to nie ten szpital, który wybrałam na początku, nie ta wielka „fabryka”, z super sprzętem, w której podejście do pacjentek zostawia wiele do życzenia, że o tabunach studentów kręcących się i zaglądających wszędzie nie wspomnę. Ten szpital, do którego idę, jest mały i stary, załoga nieliczna, a opinie rodzących tam kobiet o lekarzach i położnych - bardzo dobre. Jest jedno „ale”. Nie jest to szpital kliniczny, nastawiony na trudne przypadki czy jakieś patologie. Brat znalazł dojście do jednego z lekarzy i to on mnie, a właściwie mój przypadek, przedstawił ordynatorowi, a ten zadecydował o przyjęciu mnie na badania i obserwację. Po tych kilku dniach dowiem się, czy mnie przyjmą do tego szpitala, czy jednak wróci temat szpitala klinicznego.
Nie ukrywam, że wolałabym ten – stary, mały, z kiepskimi warunkami jeśli chodzi o sanitariaty (łazienka na korytarzu, a nie w każdym pokoju), ale z bardzo dobrymi opiniami o opiece lekarskiej. I mam nadzieję, że moje małe niedoskonałości typu ciśnienie, cukrzyca, no i wiek (!) nie zostaną zaliczone do patologii i nie skłonią ordynatora do odesłania mnie do klinicznego. Oby!
Co jeszcze?
Dzidziorek jest ostatnio mało aktywny (jeśli już to trochę wieczorem), ale za to często miewa czkawkę. Nie będę się doszukiwać w tym jakichś problemów. Tłumaczę sobie to tak, że ma mało miejsca na fikanie, a skoro matka żyje ostatnio jak w letargu, jak ostatni leniwiec i jest mało aktywna – trudno spodziewać się i oczekiwać od dzidziorka nie wiadomo jakiej energii. Dobrze, że idę do szpitala, bo sprawdzą to na usg, a ja nie zdążę się nakręcić.
Do dolegliwości dołączyły biodra. Bolą mnie coraz częściej, a czasami ból promieniuje w górę na kręgosłup. No i coraz częściej czuję ramiona. Muszę je widocznie jakoś spinać i podnosić do góry, podciągając przy okazji brzuch i stąd ten dyskomfort.
I już. Na dzisiaj tyle.
Czeka mnie intensywny łikend.
A potem szpital.
I niech się dzieje co chce, byle Szymek był zdrowy i wszystkie parametry miał w normie.
Resztę jakoś zniosę.
Nie ja pierwsza i nie ostatnia! Prawda?
16 lut 2010
Słabizna
Jestem słaba jak barszczyk! :-(
Dociera do mnie boleśnie, że nie bardzo już kontroluję swoje ciało. Głowa myśli i wydaje polecenia, ale mięśnie nie słuchają.
Już nie tylko chodzi o nieporadność. Nogi mam jak z waty, a mięśnie jakby przeciążone treningiem. Ciekawe jakim? Chyba dźwiganiem…
W każdym razie czuję się coraz dziwniej.
Nie przeszkadza mi to, że chodzę coraz wolniej, a pokonanie kilku schodów powoduje drżenie mięśni. Bawi mnie nawet to, że – do niedawna mały szybkobiegacz i zapitalacz – jestem teraz wyprzedzana nawet przez babcie z laskami. Nie przeszkadza mi, że brzuch coraz większy i odstający – w końcu dzidziorek rośnie, a za chwilę 36 tydzień na liczniku więc ma prawo być duży.
Ale przeszkadza mi dziwna słabość, która dopada mnie już teraz codziennie i trzyma od rana do południa. Mam wrażenie, że za chwilę zemdleję. Nie jestem w stanie nic robić, nie mam na nic siły. Leżę albo śpię i w ten sposób mijają ostatnio moje dni. Nie wiem czy to kwestia słabej krwi (wyjaśni się pod koniec tygodnia), diety czy po prostu to ten etap, że już tak może być. Niepokoi mnie to, bo czuję się przez to fatalnie. No i mój brzuch staje się osobnym bytem – to on teraz rządzi mną, a nie ja nim. Ostatnio przeraziło mnie to, co mi się przytrafiło. Przechodziłam przez jezdnię, a ponieważ światło się zmieniło przyspieszyłam, żeby mnie nie strąbili. Nie wiem gdzie się tak spieszyłam… Zapomniałam co dźwigam przed sobą i próbowałam pobiec… Ku mojemu przerażeniu brzuch przeważył mnie i pociągnął do przodu i w dół, a biedne nogi ledwie nadążały drepcząc za tym ciężarem. Po wylądowaniu na chodniku byłam tak zaskoczona, że złość przyszła później. Po cholerę chciałam się bawić w gazelę?! Zapomniałam co dźwigam przed sobą?! A gdybym się wywróciła?
Kolejne, dość przykre uświadomienie sobie mojego stanu przyszło w łikend.
Mam nie robić sama zakupów, żeby nie dźwigać. Poszliśmy więc razem ze Szrekiem w sobotę na rynek po owoce i warzywa. Na pieszo, spacerkiem, żebym się trochę poruszała. Ku zdrowotności. Potem skoczyliśmy do sklepu dzieciowego, poleconego przez znajomą, że tani. Faktycznie tani – nawet mnie zezłościło, że tak późno się dowiedzieliśmy, ale trudno. A na koniec pojechaliśmy do supermarketu po resztę zakupów. I tam się zaczęło. Nogi nie bardzo chciały mnie nosić, drżały, brzuch ciążył i w końcu zaczął twardnieć i boleć. Po chwili marzyłam już tylko o tym, żeby usiąść, a najlepiej się położyć… Po powrocie do domu położyłam się i grzecznie leżałam resztę dnia, a nawet w niedzielę do 15-ej, ale brzuch i tak mocno dawał mi w kość.
Do tej pory jest twardy i bolesny. Masakra.
Jedynym miłym akcentem tego łikendu był niedzielny wieczór. Zachciało mi się deseru lodowego. Ale zapragnęłam tak bardzo lodów i bitej śmietany, że mało mnie interesowały cukrowe konsekwencje tego zakazanego owocu. A, że przy okazji były Walentynki, poszliśmy ze Szrekiem na randkę. ;-)) Na szczęście kawiarnia Hortexu była jeszcze otwarta, a oprócz nas na walentynkowy deser przyszły jeszcze dwie rodziny z dziećmi. Lody były przepyszne i nawet cukier mi za bardzo nie skoczył. Warto było!!
A wracając do mojej słabości - jest coraz bardziej upierdliwa i dokuczliwa.
No coraz słabsza jestem. :-(
Dziwne i obce mi do tej pory uczucie. Niesamowite, ograniczające, męczące, zaskakujące.
To takie dziwne nie móc robić najprostszych rzeczy, męczyć się przy najzwyklejszych, codziennych czynnościach...
Dociera do mnie boleśnie, że nie bardzo już kontroluję swoje ciało. Głowa myśli i wydaje polecenia, ale mięśnie nie słuchają.
Już nie tylko chodzi o nieporadność. Nogi mam jak z waty, a mięśnie jakby przeciążone treningiem. Ciekawe jakim? Chyba dźwiganiem…
W każdym razie czuję się coraz dziwniej.
Nie przeszkadza mi to, że chodzę coraz wolniej, a pokonanie kilku schodów powoduje drżenie mięśni. Bawi mnie nawet to, że – do niedawna mały szybkobiegacz i zapitalacz – jestem teraz wyprzedzana nawet przez babcie z laskami. Nie przeszkadza mi, że brzuch coraz większy i odstający – w końcu dzidziorek rośnie, a za chwilę 36 tydzień na liczniku więc ma prawo być duży.
Ale przeszkadza mi dziwna słabość, która dopada mnie już teraz codziennie i trzyma od rana do południa. Mam wrażenie, że za chwilę zemdleję. Nie jestem w stanie nic robić, nie mam na nic siły. Leżę albo śpię i w ten sposób mijają ostatnio moje dni. Nie wiem czy to kwestia słabej krwi (wyjaśni się pod koniec tygodnia), diety czy po prostu to ten etap, że już tak może być. Niepokoi mnie to, bo czuję się przez to fatalnie. No i mój brzuch staje się osobnym bytem – to on teraz rządzi mną, a nie ja nim. Ostatnio przeraziło mnie to, co mi się przytrafiło. Przechodziłam przez jezdnię, a ponieważ światło się zmieniło przyspieszyłam, żeby mnie nie strąbili. Nie wiem gdzie się tak spieszyłam… Zapomniałam co dźwigam przed sobą i próbowałam pobiec… Ku mojemu przerażeniu brzuch przeważył mnie i pociągnął do przodu i w dół, a biedne nogi ledwie nadążały drepcząc za tym ciężarem. Po wylądowaniu na chodniku byłam tak zaskoczona, że złość przyszła później. Po cholerę chciałam się bawić w gazelę?! Zapomniałam co dźwigam przed sobą?! A gdybym się wywróciła?
Kolejne, dość przykre uświadomienie sobie mojego stanu przyszło w łikend.
Mam nie robić sama zakupów, żeby nie dźwigać. Poszliśmy więc razem ze Szrekiem w sobotę na rynek po owoce i warzywa. Na pieszo, spacerkiem, żebym się trochę poruszała. Ku zdrowotności. Potem skoczyliśmy do sklepu dzieciowego, poleconego przez znajomą, że tani. Faktycznie tani – nawet mnie zezłościło, że tak późno się dowiedzieliśmy, ale trudno. A na koniec pojechaliśmy do supermarketu po resztę zakupów. I tam się zaczęło. Nogi nie bardzo chciały mnie nosić, drżały, brzuch ciążył i w końcu zaczął twardnieć i boleć. Po chwili marzyłam już tylko o tym, żeby usiąść, a najlepiej się położyć… Po powrocie do domu położyłam się i grzecznie leżałam resztę dnia, a nawet w niedzielę do 15-ej, ale brzuch i tak mocno dawał mi w kość.
Do tej pory jest twardy i bolesny. Masakra.
Jedynym miłym akcentem tego łikendu był niedzielny wieczór. Zachciało mi się deseru lodowego. Ale zapragnęłam tak bardzo lodów i bitej śmietany, że mało mnie interesowały cukrowe konsekwencje tego zakazanego owocu. A, że przy okazji były Walentynki, poszliśmy ze Szrekiem na randkę. ;-)) Na szczęście kawiarnia Hortexu była jeszcze otwarta, a oprócz nas na walentynkowy deser przyszły jeszcze dwie rodziny z dziećmi. Lody były przepyszne i nawet cukier mi za bardzo nie skoczył. Warto było!!
A wracając do mojej słabości - jest coraz bardziej upierdliwa i dokuczliwa.
No coraz słabsza jestem. :-(
Dziwne i obce mi do tej pory uczucie. Niesamowite, ograniczające, męczące, zaskakujące.
To takie dziwne nie móc robić najprostszych rzeczy, męczyć się przy najzwyklejszych, codziennych czynnościach...
Ciąża - najdziwniejszy stan,
w jakim się do tej pory znajdowałam ... ;-)
w jakim się do tej pory znajdowałam ... ;-)
10 lut 2010
Będzie długo, bo się nazbierało...
Dni tak szybko płyną a ja nie piszę. Szkoda! Muszę wziąć się w garść, bo za chwilę nie będę mieć czasu, a mam jeszcze tyle do opowiedzenia o swoim obecnym stanie, wrażeniach, emocjach ... zmianach fizycznych i psychicznych. Ku pamięci, bo wiem, że to moja pierwsza i ostatnia ciąża (w tym wcieleniu). Później będę pisać o naszym Synku. Później będą inne tematy, problemy, radości i emocje. Obecne chwile i przeżycia zatrą się w pamięci. Dotarło do mnie ostatnio jak dobrze mieć spisane to i owo ze swojego życia. Dorwałam się do swojego pamiętnika z początku znajomości ze Szrekiem. Czasy przed-blogowe, ech! ;-))
Mmmmm… wszystko wróciło: tamto szaleństwo, emocje, dreszcze, pierwsze czułości, deklaracje, słodkie słowa i długie rozmowy o wszystkim. :-)) A potem wspólne mieszkanie, ewolucja i cementowanie naszego związku, zaręczyny. Ależ się wzruszyłam. Przypomniało mi się przez co przeszliśmy, żeby było tak jak teraz. I chociaż nie ma już tamtego ognia, lubię nasz związek w obecnym stanie, to jak nam teraz jest razem, ten spokój, szczerość, zaufanie i przyjaźń. To ciepło i przywiązanie. I kiedy czytałam i wspominałam tamte lata, dotarło do mnie, że teraz są najważniejsze chwile kolejnego etapu życia ze Szrekiem. I trzeba to utrwalić, zapisać, żeby znowu za kilka lat sięgnąć po te zapiski i przypomnieć sobie ten rozdział, żeby nie uciekło w zapomnienie to co teraz czuję, co przeżywam.
A więc do dzieła – może się uda wytrwać w postanowieniu.
Dzisiaj w punktach, bo zebrało się kilka spraw i w ten sposób nic mi nie ucieknie.
Szreku – zawsze lubiłam jego podejście do mnie, cierpliwość, czułość i wsparcie. Teraz to wszystko uległo zwielokrotnieniu. Na początku ciąży oboje chodziliśmy jak śnięci, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się dzieje, nie do końca wierząc w to co się dzieje. A potem było usg, na które poszedł razem ze mną i w tamtej chwili dotarło do nas, że ten Mały Wiercipięta to nasze Dziecko. Od tej pory Szreku jest jeszcze bardziej cierpliwy (o ile to możliwe), nie reaguje na moje humory i zaczepki, czuję jego opiekę i wsparcie na każdym kroku. Uczestniczy we wszystkim, łącznie z wykładami w szkole rodzicielstwa (że o gimnastyce nie wspomnę!). I chociaż się podśmiechuje z mojego szybko rosnącego brzucha, a raz nazwał mnie nawet „brązowym cutkiem”, robi to z taką tkliwą czułością, że nie mogę się nawet nadundać. Tym bardziej, że nigdy nie byłam próżna i nie zależy mi na fałszywych komplementach. I chociaż nie wszystko rozumie (jak to facet), a jego przemądrzałe opinie i sądy, zdobyte dzięki szkole, doprowadzają mnie czasem do szału – miło jest wiedzieć, że wszystko go interesuje, że czuje potrzebę opieki nade mną. Wiem, że okres „ochronny” nie będzie trwał wiecznie, ale i tak miło się czuć (choć raz w życiu) taka krucha, delikatna, tak ważna i w centrum uwagi.
Kika – jest słodka i kochana. Totalnie straciłam dla niej głowę. I jak sobie przypomnę moje obawy sprzed roku, czy sobie poradzimy z tym dzikusem i waryjatem, z tą zabiedzoną znajdą – to dzisiaj śmiać mi się chce. Ostatnio nam coś choruje. Rzuca pawie i trochę ma rozwolnienie. Byliśmy u weta, dostała leki i ma być lepiej. Na razie nie jest, bo dzisiaj, znowu był pawik. Serce mi pęka jak patrzę na tą naszą kocią wariatuńcię, taką osowiałą i spokojną… Mam nadzieję, że szybko wydobrzeje i znowu będzie pomykać po mieszkaniu, kopytkując jak całe stado kotów. Oby! Zdrowiej szybko kotecko moja!
Sny – zawsze miałam dziwne, delikatnie mówiąc, ale to co się dzieje w ciąży to już chyba jakaś patologia psychiczna! Zaczynam się nad swoją psychiką coraz poważniej zastanawiać. Dzisiaj, między innymi, śniło mi się, że ja i Szreku byliśmy czarnoskórzy. Ja byłam w ciąży, Szreku był żołnierzem, właśnie wrócił z Afganistanu (tfu tfu!), mieliśmy poważne problemy małżeńskie i ciągle się kłóciliśmy. A moja matka siedziała w więzieniu! Nie ważne za co, ale zamknęli ją i stamtąd dzwoniła do mnie… masakra! Obudziłam się zmęczona i zła.
Często ostatnio śni mi się także, że jestem badana przez jakiegoś (albo jakąś) gina, niedelikatnie i do tego bez zachowania higieny, brudnymi łapskami – fuj!
... A także śni mi się sex … Do tego nie potrzeba nawet analizy ani komentarza
Brzuch – jest coraz większy, coraz bardziej odstaje i wygina moje plecy do tyłu. Czuję się czasem jak z plecakiem założonym na przód zamiast na plecy. Schylanie się staje się coraz trudniejsze …Ale uwielbiam te fale i wypiętrzenia wędrujące pod skórą!
I z ostatniej chwili - właśnie przed chwilą przeżyłam chwile grozy kiedy bezmyślnie schyliłam się bokiem, żeby coś podnieść i dość mocno ucisnęłam brzuch. Mam nadzieję, że synek nie ucierpiał, że nic tam nie zgniotłam i jest dobrze chroniony! No co za głupia i bezmyślna larwa ze mnie! Za mało mam stresów? Będę miała o czym myśleć w kolejną bezsenną noc. Szit! Tego mogłam nie zapisywać – i tak nie zapomnę. Ech, odechciało mi się wszystkiego normalnie…
Lecę googlować czy mogłam zgnieść synka…
Mmmmm… wszystko wróciło: tamto szaleństwo, emocje, dreszcze, pierwsze czułości, deklaracje, słodkie słowa i długie rozmowy o wszystkim. :-)) A potem wspólne mieszkanie, ewolucja i cementowanie naszego związku, zaręczyny. Ależ się wzruszyłam. Przypomniało mi się przez co przeszliśmy, żeby było tak jak teraz. I chociaż nie ma już tamtego ognia, lubię nasz związek w obecnym stanie, to jak nam teraz jest razem, ten spokój, szczerość, zaufanie i przyjaźń. To ciepło i przywiązanie. I kiedy czytałam i wspominałam tamte lata, dotarło do mnie, że teraz są najważniejsze chwile kolejnego etapu życia ze Szrekiem. I trzeba to utrwalić, zapisać, żeby znowu za kilka lat sięgnąć po te zapiski i przypomnieć sobie ten rozdział, żeby nie uciekło w zapomnienie to co teraz czuję, co przeżywam.
A więc do dzieła – może się uda wytrwać w postanowieniu.
Dzisiaj w punktach, bo zebrało się kilka spraw i w ten sposób nic mi nie ucieknie.
Szreku – zawsze lubiłam jego podejście do mnie, cierpliwość, czułość i wsparcie. Teraz to wszystko uległo zwielokrotnieniu. Na początku ciąży oboje chodziliśmy jak śnięci, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się dzieje, nie do końca wierząc w to co się dzieje. A potem było usg, na które poszedł razem ze mną i w tamtej chwili dotarło do nas, że ten Mały Wiercipięta to nasze Dziecko. Od tej pory Szreku jest jeszcze bardziej cierpliwy (o ile to możliwe), nie reaguje na moje humory i zaczepki, czuję jego opiekę i wsparcie na każdym kroku. Uczestniczy we wszystkim, łącznie z wykładami w szkole rodzicielstwa (że o gimnastyce nie wspomnę!). I chociaż się podśmiechuje z mojego szybko rosnącego brzucha, a raz nazwał mnie nawet „brązowym cutkiem”, robi to z taką tkliwą czułością, że nie mogę się nawet nadundać. Tym bardziej, że nigdy nie byłam próżna i nie zależy mi na fałszywych komplementach. I chociaż nie wszystko rozumie (jak to facet), a jego przemądrzałe opinie i sądy, zdobyte dzięki szkole, doprowadzają mnie czasem do szału – miło jest wiedzieć, że wszystko go interesuje, że czuje potrzebę opieki nade mną. Wiem, że okres „ochronny” nie będzie trwał wiecznie, ale i tak miło się czuć (choć raz w życiu) taka krucha, delikatna, tak ważna i w centrum uwagi.
Kika – jest słodka i kochana. Totalnie straciłam dla niej głowę. I jak sobie przypomnę moje obawy sprzed roku, czy sobie poradzimy z tym dzikusem i waryjatem, z tą zabiedzoną znajdą – to dzisiaj śmiać mi się chce. Ostatnio nam coś choruje. Rzuca pawie i trochę ma rozwolnienie. Byliśmy u weta, dostała leki i ma być lepiej. Na razie nie jest, bo dzisiaj, znowu był pawik. Serce mi pęka jak patrzę na tą naszą kocią wariatuńcię, taką osowiałą i spokojną… Mam nadzieję, że szybko wydobrzeje i znowu będzie pomykać po mieszkaniu, kopytkując jak całe stado kotów. Oby! Zdrowiej szybko kotecko moja!
Sny – zawsze miałam dziwne, delikatnie mówiąc, ale to co się dzieje w ciąży to już chyba jakaś patologia psychiczna! Zaczynam się nad swoją psychiką coraz poważniej zastanawiać. Dzisiaj, między innymi, śniło mi się, że ja i Szreku byliśmy czarnoskórzy. Ja byłam w ciąży, Szreku był żołnierzem, właśnie wrócił z Afganistanu (tfu tfu!), mieliśmy poważne problemy małżeńskie i ciągle się kłóciliśmy. A moja matka siedziała w więzieniu! Nie ważne za co, ale zamknęli ją i stamtąd dzwoniła do mnie… masakra! Obudziłam się zmęczona i zła.
Często ostatnio śni mi się także, że jestem badana przez jakiegoś (albo jakąś) gina, niedelikatnie i do tego bez zachowania higieny, brudnymi łapskami – fuj!
... A także śni mi się sex … Do tego nie potrzeba nawet analizy ani komentarza
Brzuch – jest coraz większy, coraz bardziej odstaje i wygina moje plecy do tyłu. Czuję się czasem jak z plecakiem założonym na przód zamiast na plecy. Schylanie się staje się coraz trudniejsze …Ale uwielbiam te fale i wypiętrzenia wędrujące pod skórą!
I z ostatniej chwili - właśnie przed chwilą przeżyłam chwile grozy kiedy bezmyślnie schyliłam się bokiem, żeby coś podnieść i dość mocno ucisnęłam brzuch. Mam nadzieję, że synek nie ucierpiał, że nic tam nie zgniotłam i jest dobrze chroniony! No co za głupia i bezmyślna larwa ze mnie! Za mało mam stresów? Będę miała o czym myśleć w kolejną bezsenną noc. Szit! Tego mogłam nie zapisywać – i tak nie zapomnę. Ech, odechciało mi się wszystkiego normalnie…
Lecę googlować czy mogłam zgnieść synka…
2 lut 2010
Zdolna jestem niesłychanie
....czyli doigrałam się!
Złapałam przeziębienie. :-(
A jeszcze w zeszłą niedzielę chwaliłam się jaka to jestem nietykalna, że z takiego chorowitka nagle w ciąży stałam się nie-do-zdarcia, jak nie ja.
A tu niespodzianka średnio przyjemna.
Wystarczyło trochę stresów, dieta (i to, że często niedojadałam), a także kilka wypraw komunikacją miejską w mroźne dni i już. Migdały jak banie, zapadnięte oczy, katar zatykający obie dziurki i debilny wyraz twarzy, bo żeby oddychać musiałam to robić ustami czyli miałam je raczej cały czas uchylone. Seksi! No i do tego małe możliwości leczenia poza homeopatykami, leżeniem/poceniem i piciem, spaniem, piciem, spaniem i piciem. Nawet Szymek był markotny, mało aktywny i flegmatyczny, a jego kopniaczki bardziej przypominały smyrnięcia i obcierki – takie słabiutkie i nieliczne. Biedaczek.
Ale jest już lepiej czyli będę żyć! Gardło jeszcze spuchnięte, ale katar przechodzi (usta mam wreszcie zamknięte i czuję smak tego co jem!) i może obejdzie się bez lekarza. To dobrze, bo moja doktorka pierwszego kontaktu nie zna innych leków tylko antybiotyki…
Jedyna sprawa, która mnie martwi to brzuch. Stwardniał na początku przeziębienia i nie wiem czy to synek się przemieścił w inne, mniej wygodne położenie, czy to może od napinania mięśni przy czyszczeniu nosa czy co... A może znowu urósł i brakuje mi skóry?
W czwartek idę do mojej gin więc zobaczymy.
Najważniejsze, że wraz z moim powrotem do zdrowia Ogrzyk także stał się bardziej aktywny.
A co poza tym?
O dolegliwościach nie piszę, bo wiadomo, że są, a nawet jest ich coraz więcej.
O rosnącym brzuchu i coraz większej mojej niezdarności i nieruchawości też wspominać nie ma po co. To też oczywiste.
Zaczęłam końcowe odliczanie, bo to już ok 6 tygodni do spotkania. Jeśli Szymek nie zdecyduje inaczej...
Emocje z tym związane również książkowe – radość, niecierpliwość, strach i obawa. Norma.
I tylko ciągle i stale nie mogę się przestać dziwić jak ten czas zapitala! Że jak to, że dopiero co był wrzesień z emocjami pierwszego, ważnego usg w 12 tygodniu, a tu już za chwileczkę, za momencik zobaczymy naszego Ogrzyka i zacznie się dla nas kolejny etap tej niesamowitej podróży.
Boję się i mam tremę, ale nie mogę się już doczekać!
Złapałam przeziębienie. :-(
A jeszcze w zeszłą niedzielę chwaliłam się jaka to jestem nietykalna, że z takiego chorowitka nagle w ciąży stałam się nie-do-zdarcia, jak nie ja.
A tu niespodzianka średnio przyjemna.
Wystarczyło trochę stresów, dieta (i to, że często niedojadałam), a także kilka wypraw komunikacją miejską w mroźne dni i już. Migdały jak banie, zapadnięte oczy, katar zatykający obie dziurki i debilny wyraz twarzy, bo żeby oddychać musiałam to robić ustami czyli miałam je raczej cały czas uchylone. Seksi! No i do tego małe możliwości leczenia poza homeopatykami, leżeniem/poceniem i piciem, spaniem, piciem, spaniem i piciem. Nawet Szymek był markotny, mało aktywny i flegmatyczny, a jego kopniaczki bardziej przypominały smyrnięcia i obcierki – takie słabiutkie i nieliczne. Biedaczek.
Ale jest już lepiej czyli będę żyć! Gardło jeszcze spuchnięte, ale katar przechodzi (usta mam wreszcie zamknięte i czuję smak tego co jem!) i może obejdzie się bez lekarza. To dobrze, bo moja doktorka pierwszego kontaktu nie zna innych leków tylko antybiotyki…
Jedyna sprawa, która mnie martwi to brzuch. Stwardniał na początku przeziębienia i nie wiem czy to synek się przemieścił w inne, mniej wygodne położenie, czy to może od napinania mięśni przy czyszczeniu nosa czy co... A może znowu urósł i brakuje mi skóry?
W czwartek idę do mojej gin więc zobaczymy.
Najważniejsze, że wraz z moim powrotem do zdrowia Ogrzyk także stał się bardziej aktywny.
A co poza tym?
O dolegliwościach nie piszę, bo wiadomo, że są, a nawet jest ich coraz więcej.
O rosnącym brzuchu i coraz większej mojej niezdarności i nieruchawości też wspominać nie ma po co. To też oczywiste.
Zaczęłam końcowe odliczanie, bo to już ok 6 tygodni do spotkania. Jeśli Szymek nie zdecyduje inaczej...
Emocje z tym związane również książkowe – radość, niecierpliwość, strach i obawa. Norma.
I tylko ciągle i stale nie mogę się przestać dziwić jak ten czas zapitala! Że jak to, że dopiero co był wrzesień z emocjami pierwszego, ważnego usg w 12 tygodniu, a tu już za chwileczkę, za momencik zobaczymy naszego Ogrzyka i zacznie się dla nas kolejny etap tej niesamowitej podróży.
Boję się i mam tremę, ale nie mogę się już doczekać!
23 sty 2010
Bezradna i zagubiona
a do tego bezbronna i zestresowana czuję się ostatnio. :-((
Coraz więcej dopada mnie strachów…
Wróciły stare i doszły nowe.
W dzień mało aktywne i groźne – w nocy, kiedy budzę się z częstotliwością co dwie godziny, dopadają mnie wszystkie naraz z całą intensywnością. Odpędzają sen, nakręcają i burzą resztki spokoju wysysając pozytywną energię. Wiem, że to normalne stany każdej ciężarówki – te strachy, obawy, wątpliwości i pytania, ale nie zmienia to faktu, że od tych negatywnych natłoków i gonitw myślowych moja energia gaśnie. I znowu zapadam w narkoleptyczną senność jakbym uciekała od rzeczywistości. No i ta płaczliwość. Potrafię sobie ryknąć ot tak, na filmie, przy muzyce, przy czytaniu … jak ostatnia beksa jakaś. I do tego czuję się bardzo zagubiona i mało obrotna. Nigdy zresztą za bardzo zaradna nie byłam, ale teraz czuję się totalną ofermą . Koleżanki pytają czy wiem już na jakim oddziale będę rodzić i czy mam jakiegoś lekarza „ustawionego”. Brat i Szreku naciskają, żeby chodzić już koło położnej albo lekarza, żeby mieć odpowiednią opiekę i „zaplecze” w szpitalu (porównywanym zresztą do fabryki z ogromnym przerobem). Żeby nie być potem anonimowa, żeby niczego nie zaniedbali, nie przeoczyli… Że może warto zaliczyć jakieś dwie wizyty u takiego lekarza, kosztowne, ale żeby zapamiętał i żeby jego nazwisko w papierach zostało …
Jedyną moją odpowiedzią na powyższe jest – NIE! Nie, nie wiem na jakim oddziale, nie wiem jaki lekarz, nie mam położnej, nie wiem u kogo zaliczyć te kosztowne wizyty, które i tak nie zagwarantują mi nazwiska w papierach i rozpoznawalności, lepszej opieki i uchronią przed rutyniarstwem czy błędami… Nie chcę zmieniać mojej ginki, bo jej ufam i pasuje mi, a nie wiem co bym zrobiła gdyby inny lekarz dał zupełnie inne zalecenia niż ona. Co wtedy? Kogo słuchać?
Nie umiem załatwić sobie i wychodzić żadnej z tych rzeczy. Może gdybym musiała załatwiać te sprawy w imieniu koleżanki, dla kogoś – poszłoby łatwiej. Dla siebie nie umiem i dlatego czuję się jak ostatnia ofiara. Do tego taka malutka i zagubiona…
Nawet szkołę rodzenia podsunęła mi koleżanka… Ale dobrze, że to zrobiła, bo nie wiem czy sama coś bym wybrała, a tak to muszę się dwa razy w tygodniu ruszyć z domu, iść między inne ciężarówki, a to odpycha trochę negatywne myśli. Wykłady są ciekawe, mam nadzieję sporo się z nich nauczyć – zwłaszcza czekam na te dotyczące opieki nad noworodkiem … Teraz na razie omawiamy poród i połóg. Mamy też ćwiczenia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo brzuchol może przeszkadzać w najprostszych ćwiczeniach. Czuję się trochę jak żuczek gnojarek co to jak się przewróci na plecy to już mogiła. Ale nie poddaję się. Na pierwszej gimnastyce Szymek tak mi szalał i kopał w brzuchu, jakby chciał robić podkop. Zastanawiałam się nawet czy tak mu się podobało czy wręcz przeciwnie. Szreku oczywiście miał swoją teorię – Ogrzyk ćwiczył razem z nami te wszystkie oddechy oraz wymachy rękoma i nogami. Cóż, to by się nawet zgadzało. ;-)
A tak w ogóle to byłam mile zaskoczona, że Szreku bez nakłaniania czy zmuszania zdecydował się ze mną chodzić do szkoły. Na początku mówił, że tylko po mnie przyjedzie i przyjechał… tyle, że tak wcześnie, że został na wykładach. A teraz nawet przychodzi na gimnastykę. Miło mieć go przy sobie. Fajnie, że chce uczestniczyć w zajęciach i uczyć się tych wszystkich rzeczy. Chociaż wiem, że nie będzie ze mną przy porodzie – niech chociaż w ten sposób skorzysta i dowie się co się ze mną dzieje i będzie działo. Co do porodu – nie zmuszam go. Wiem, że nie nadaje się na takie ekstremalne przeżycia, że słabnie na widok krwi, że nie poradzi sobie z moim cierpieniem, a może nawet agresją… Ja sama nie wiem czy chciałabym, żeby był przy mnie. Wiem, że bywam nieobliczalna, a co dopiero w czasie takiej próby, takiego cierpienia i zwierzęcego strachu.
A poza tym – u lekarzy nawet oki.
Diabetolog udawała, że nie widzi przekroczonych norm na czczo (ale po feno). Zalecenia bez zmian – dieta, mierzenie cukru, kontrola w lutym. Tyle, że ja pękam i zaczynam oszukiwać. Jem słodkie jogurty, czasem więcej owoców lub ewidentnie coś zakazanego… Jem więcej!
Szymek na razie gigantem nie jest (i chyba mu nie grozi), a ja już świruję z głodu i z ochoty na coś słodkiego… stąd te grzeszki...
U ginki też było oki. Moje wątpliwości co do spadku masy ciała uspokoiła w ten sposób, że dla mnie to korzystne (wiem o tym) a synek sobie nie da krzywdy zrobić i sam sobie weźmie czego mu będzie potrzeba. Oby! Niech dobrze się rozwija i bierze co chce: czym chata bogata!
Z weselszych tematów – łóżeczko już stoi w pokoju. Materaca nie wyjmowaliśmy z folii i dobrze, bo kotecka od razu je zaanektowała jak swoje. Aż się martwię co będzie jak przybędzie Lokator tegoż łóżeczka… Poza tym dostaliśmy używany fotelik samochodowy, z którym było tak samo. Tyle tylko, że niezbyt wygodnie jej się tam wchodzi, bo fotel lekko się buja. Ale za to zabawki, które pojawiły się wraz z fotelikiem porozpieprzała po całej podłodze, a dwie nawet próbowała schować pod szafę. Nie wiem czy to były te najfajniejsze czy wręcz przeciwnie. Pluszaki poustawiałam w pokoju na pólkach i parapecie, ale generalnie rzadko tam bywają… Jak tylko kotecka się przewinie (a często jej się zdarza), zabawki po kolei lądują na podłodze. Hmmm. Ciekawe jak to będzie jak w domu pojawi się Ogrzyk.
I to na tyle.
Ulało mi się, pomarudziłam, ale może przyniesie to skutek terapeutyczny, bo już przy pisaniu humor mi się trochę poprawił, a strachy wydają się troszkę mniej straszne…
Zobaczymy.
Coraz więcej dopada mnie strachów…
Wróciły stare i doszły nowe.
W dzień mało aktywne i groźne – w nocy, kiedy budzę się z częstotliwością co dwie godziny, dopadają mnie wszystkie naraz z całą intensywnością. Odpędzają sen, nakręcają i burzą resztki spokoju wysysając pozytywną energię. Wiem, że to normalne stany każdej ciężarówki – te strachy, obawy, wątpliwości i pytania, ale nie zmienia to faktu, że od tych negatywnych natłoków i gonitw myślowych moja energia gaśnie. I znowu zapadam w narkoleptyczną senność jakbym uciekała od rzeczywistości. No i ta płaczliwość. Potrafię sobie ryknąć ot tak, na filmie, przy muzyce, przy czytaniu … jak ostatnia beksa jakaś. I do tego czuję się bardzo zagubiona i mało obrotna. Nigdy zresztą za bardzo zaradna nie byłam, ale teraz czuję się totalną ofermą . Koleżanki pytają czy wiem już na jakim oddziale będę rodzić i czy mam jakiegoś lekarza „ustawionego”. Brat i Szreku naciskają, żeby chodzić już koło położnej albo lekarza, żeby mieć odpowiednią opiekę i „zaplecze” w szpitalu (porównywanym zresztą do fabryki z ogromnym przerobem). Żeby nie być potem anonimowa, żeby niczego nie zaniedbali, nie przeoczyli… Że może warto zaliczyć jakieś dwie wizyty u takiego lekarza, kosztowne, ale żeby zapamiętał i żeby jego nazwisko w papierach zostało …
Jedyną moją odpowiedzią na powyższe jest – NIE! Nie, nie wiem na jakim oddziale, nie wiem jaki lekarz, nie mam położnej, nie wiem u kogo zaliczyć te kosztowne wizyty, które i tak nie zagwarantują mi nazwiska w papierach i rozpoznawalności, lepszej opieki i uchronią przed rutyniarstwem czy błędami… Nie chcę zmieniać mojej ginki, bo jej ufam i pasuje mi, a nie wiem co bym zrobiła gdyby inny lekarz dał zupełnie inne zalecenia niż ona. Co wtedy? Kogo słuchać?
Nie umiem załatwić sobie i wychodzić żadnej z tych rzeczy. Może gdybym musiała załatwiać te sprawy w imieniu koleżanki, dla kogoś – poszłoby łatwiej. Dla siebie nie umiem i dlatego czuję się jak ostatnia ofiara. Do tego taka malutka i zagubiona…
Nawet szkołę rodzenia podsunęła mi koleżanka… Ale dobrze, że to zrobiła, bo nie wiem czy sama coś bym wybrała, a tak to muszę się dwa razy w tygodniu ruszyć z domu, iść między inne ciężarówki, a to odpycha trochę negatywne myśli. Wykłady są ciekawe, mam nadzieję sporo się z nich nauczyć – zwłaszcza czekam na te dotyczące opieki nad noworodkiem … Teraz na razie omawiamy poród i połóg. Mamy też ćwiczenia. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo brzuchol może przeszkadzać w najprostszych ćwiczeniach. Czuję się trochę jak żuczek gnojarek co to jak się przewróci na plecy to już mogiła. Ale nie poddaję się. Na pierwszej gimnastyce Szymek tak mi szalał i kopał w brzuchu, jakby chciał robić podkop. Zastanawiałam się nawet czy tak mu się podobało czy wręcz przeciwnie. Szreku oczywiście miał swoją teorię – Ogrzyk ćwiczył razem z nami te wszystkie oddechy oraz wymachy rękoma i nogami. Cóż, to by się nawet zgadzało. ;-)
A tak w ogóle to byłam mile zaskoczona, że Szreku bez nakłaniania czy zmuszania zdecydował się ze mną chodzić do szkoły. Na początku mówił, że tylko po mnie przyjedzie i przyjechał… tyle, że tak wcześnie, że został na wykładach. A teraz nawet przychodzi na gimnastykę. Miło mieć go przy sobie. Fajnie, że chce uczestniczyć w zajęciach i uczyć się tych wszystkich rzeczy. Chociaż wiem, że nie będzie ze mną przy porodzie – niech chociaż w ten sposób skorzysta i dowie się co się ze mną dzieje i będzie działo. Co do porodu – nie zmuszam go. Wiem, że nie nadaje się na takie ekstremalne przeżycia, że słabnie na widok krwi, że nie poradzi sobie z moim cierpieniem, a może nawet agresją… Ja sama nie wiem czy chciałabym, żeby był przy mnie. Wiem, że bywam nieobliczalna, a co dopiero w czasie takiej próby, takiego cierpienia i zwierzęcego strachu.
A poza tym – u lekarzy nawet oki.
Diabetolog udawała, że nie widzi przekroczonych norm na czczo (ale po feno). Zalecenia bez zmian – dieta, mierzenie cukru, kontrola w lutym. Tyle, że ja pękam i zaczynam oszukiwać. Jem słodkie jogurty, czasem więcej owoców lub ewidentnie coś zakazanego… Jem więcej!
Szymek na razie gigantem nie jest (i chyba mu nie grozi), a ja już świruję z głodu i z ochoty na coś słodkiego… stąd te grzeszki...
U ginki też było oki. Moje wątpliwości co do spadku masy ciała uspokoiła w ten sposób, że dla mnie to korzystne (wiem o tym) a synek sobie nie da krzywdy zrobić i sam sobie weźmie czego mu będzie potrzeba. Oby! Niech dobrze się rozwija i bierze co chce: czym chata bogata!
Z weselszych tematów – łóżeczko już stoi w pokoju. Materaca nie wyjmowaliśmy z folii i dobrze, bo kotecka od razu je zaanektowała jak swoje. Aż się martwię co będzie jak przybędzie Lokator tegoż łóżeczka… Poza tym dostaliśmy używany fotelik samochodowy, z którym było tak samo. Tyle tylko, że niezbyt wygodnie jej się tam wchodzi, bo fotel lekko się buja. Ale za to zabawki, które pojawiły się wraz z fotelikiem porozpieprzała po całej podłodze, a dwie nawet próbowała schować pod szafę. Nie wiem czy to były te najfajniejsze czy wręcz przeciwnie. Pluszaki poustawiałam w pokoju na pólkach i parapecie, ale generalnie rzadko tam bywają… Jak tylko kotecka się przewinie (a często jej się zdarza), zabawki po kolei lądują na podłodze. Hmmm. Ciekawe jak to będzie jak w domu pojawi się Ogrzyk.
I to na tyle.
Ulało mi się, pomarudziłam, ale może przyniesie to skutek terapeutyczny, bo już przy pisaniu humor mi się trochę poprawił, a strachy wydają się troszkę mniej straszne…
Zobaczymy.
6 sty 2010
Trochę dobrze trochę źle
Wczorajszy dzień upłynął nam na wizytach lekarskich.
Dobrze, że poprosiłam Szreka, żeby wziął wolne w pracy bo sama nie dałabym rady.
Fenoterol to syf okrutny i wszystkie opisane w ulotce paskudne skutki uboczne niestety mnie nie ominęły.
Zaczęło już w poniedziałek po 20 min od wzięcia pierwszej tabletki. Puls jak po zejściu z bieżni (120!), męczące walenie serca, ból głowy, drżenie dłoni… i niestety – podwyższenie poziomu glukozy we krwi. Ze względu na trzęsące się ręce nie dałabym rady prowadzić auta więc Szreku był mi niezbędny.
Jedyną "dobrą" stroną tej trzęsawki jest fakt, że nie mam problemu z kujnięciami się do badania glukozy. ;-) Nie mam tego sprzętu do automatycznego kujnięcia (to takie coś jak długopis zakończone igiełką) więc sama się ciacham jednorazowymi igiełkami. Wszystko fajnie, tylko że ja do igieł sympatii nie czuję wcale, a jeszcze jak sama mam się kujnąć to już w ogóle masakra jest. Czasami, żeby mieć odpowiednią kroplę do zbadania musiałam „poprawiać” ze trzy razy. No i właśnie teraz przy tych trzęsących się rękach nagle nie mam z tym problemu. Trudno mi w ogóle utrzymać tą małą igiełkę, a już jak mi się uda, to jak przykładam ją do palca – reszta dzieje się sama pod wpływem trzęsionki. ;-) Hmm, niestety to jedyny pozytyw.
Wizyta u diabetologa podłamała mnie.
Cukier nie może przekraczać normy, nie można odstawić fenoterolu, bo po coś się go bierze, a feno podwyższa glukozę więc… Mam tydzień na próbę, żeby opanować cukier, co dla mnie oznacza jeszcze większe ograniczenie posiłków i tego co mi teraz wolno. Tym razem zero węglowodanów i zostaje mi tylko nabiał + ewentualnie jakieś zupki-galopki. Stawka, jednak, jest wysoka bo jak się nie uda, to zostaje insulina, a ja bardzo tego nie chcę! Zobaczymy jak będzie.
A wieczorem było usg.
Co prawda, doktorek miał ponad godzinne opóźnienie i trzeba było się nieźle naczekać, że o kwocie 150zł nie wspomnę, ale warto było! :-))
Jak tylko doktorek dotknął głowicą brzucha, naszym oczom ukazała się buźka Ogrzyka. Doktor był tak zaskoczony, że od razu przełączył na 4D, bo nie zawsze dzidziory chcą pokazywać twarzyczki – wolą inne części ciała. ;-)
Na obrazie 4D okazało się, że dzidzior jest strasznie naburmuszony i nadundany. No, miał taką minę, że nie mogłam się nie uśmiechnąć – moja kreew!! Hi hi. Nawet doktorek skomentował – "Ale synek niezadowolony! Chyba zły, że musiał tyle się naczekać." Wtedy okazało się, że Ogrzyk poruszył się i … ziewnął! Dotkorek wykazał się refleksem i udało się zrobić fotkę – no, cudo!
A potem były pomiary i oglądanie, a raz na jakiś czas przełączał obraz na 4D i mogliśmy go też podglądać w tych wymiarach. Ze śmieszniejszych momentów – doktorek pokazywał nam po kolei „tu jest kręgosłup, główka, tu nóżki, jedna rączka, ... druga… nie ma tutaj … (zjechał głowicą niżej) o, tu jest! Trąca sobie ptaszka”
Czy mam to jakoś komentować? Chyba tylko – ech, te chłopy! ;-)
Z detali technicznych – mój dzidzior waży ok. 1310 g i ustawił się już główką w dół, co oznacza dwie sprawy (oprócz tego, że leży już prawidłowo). Po pierwsze – to, co ostatnio wypychał, a ja głaskałam czule jako główkę, pewna, że główka jest przecież u takiego malucha największa - to była dupka. A po drugie – jeśli to duże to była dupka, to znaczy, że będzie miał odwłok po mamusi… no trudno. Za to nochal – cały tatuś! Wielki! ;-)
Po usłyszeniu o moich kłopotach z szyjką, doktorek wahał się czy zrobić mi dogłębne usg, bo nie lubi tak zaawansowanym ciężarówkom tam gmerać. Ale przez brzuch nie byłoby dokładnie widać. Zdecydował więc, że spróbuje jednak bardzo delikatnie obejrzeć szyjkę dla mojego (i swojego pewnie też) spokoju. Faktycznie był super delikatny, a dzięki temu, że zajrzał okazało się, że szyjka zamknięta, 40 mm (więc chyba sporo) i wytłumaczył jeszcze, że przy badaniu ginki mogła sprawiać wrażenie skróconej. Jedyne na co zwrócił uwagę, to niewielka ilość płynu, co może oznaczać pęknięte jakieś naczynko i możliwość plamienia… Więc jakby co, to wiem co się będzie działo i co się działo wcześniej, przed świętami.
I to by było na tyle.
Idę grzecznie zalec w łóżku.
Dobrze, że poprosiłam Szreka, żeby wziął wolne w pracy bo sama nie dałabym rady.
Fenoterol to syf okrutny i wszystkie opisane w ulotce paskudne skutki uboczne niestety mnie nie ominęły.
Zaczęło już w poniedziałek po 20 min od wzięcia pierwszej tabletki. Puls jak po zejściu z bieżni (120!), męczące walenie serca, ból głowy, drżenie dłoni… i niestety – podwyższenie poziomu glukozy we krwi. Ze względu na trzęsące się ręce nie dałabym rady prowadzić auta więc Szreku był mi niezbędny.
Jedyną "dobrą" stroną tej trzęsawki jest fakt, że nie mam problemu z kujnięciami się do badania glukozy. ;-) Nie mam tego sprzętu do automatycznego kujnięcia (to takie coś jak długopis zakończone igiełką) więc sama się ciacham jednorazowymi igiełkami. Wszystko fajnie, tylko że ja do igieł sympatii nie czuję wcale, a jeszcze jak sama mam się kujnąć to już w ogóle masakra jest. Czasami, żeby mieć odpowiednią kroplę do zbadania musiałam „poprawiać” ze trzy razy. No i właśnie teraz przy tych trzęsących się rękach nagle nie mam z tym problemu. Trudno mi w ogóle utrzymać tą małą igiełkę, a już jak mi się uda, to jak przykładam ją do palca – reszta dzieje się sama pod wpływem trzęsionki. ;-) Hmm, niestety to jedyny pozytyw.
Wizyta u diabetologa podłamała mnie.
Cukier nie może przekraczać normy, nie można odstawić fenoterolu, bo po coś się go bierze, a feno podwyższa glukozę więc… Mam tydzień na próbę, żeby opanować cukier, co dla mnie oznacza jeszcze większe ograniczenie posiłków i tego co mi teraz wolno. Tym razem zero węglowodanów i zostaje mi tylko nabiał + ewentualnie jakieś zupki-galopki. Stawka, jednak, jest wysoka bo jak się nie uda, to zostaje insulina, a ja bardzo tego nie chcę! Zobaczymy jak będzie.
A wieczorem było usg.
Co prawda, doktorek miał ponad godzinne opóźnienie i trzeba było się nieźle naczekać, że o kwocie 150zł nie wspomnę, ale warto było! :-))
Jak tylko doktorek dotknął głowicą brzucha, naszym oczom ukazała się buźka Ogrzyka. Doktor był tak zaskoczony, że od razu przełączył na 4D, bo nie zawsze dzidziory chcą pokazywać twarzyczki – wolą inne części ciała. ;-)
Na obrazie 4D okazało się, że dzidzior jest strasznie naburmuszony i nadundany. No, miał taką minę, że nie mogłam się nie uśmiechnąć – moja kreew!! Hi hi. Nawet doktorek skomentował – "Ale synek niezadowolony! Chyba zły, że musiał tyle się naczekać." Wtedy okazało się, że Ogrzyk poruszył się i … ziewnął! Dotkorek wykazał się refleksem i udało się zrobić fotkę – no, cudo!
A potem były pomiary i oglądanie, a raz na jakiś czas przełączał obraz na 4D i mogliśmy go też podglądać w tych wymiarach. Ze śmieszniejszych momentów – doktorek pokazywał nam po kolei „tu jest kręgosłup, główka, tu nóżki, jedna rączka, ... druga… nie ma tutaj … (zjechał głowicą niżej) o, tu jest! Trąca sobie ptaszka”
Czy mam to jakoś komentować? Chyba tylko – ech, te chłopy! ;-)
Z detali technicznych – mój dzidzior waży ok. 1310 g i ustawił się już główką w dół, co oznacza dwie sprawy (oprócz tego, że leży już prawidłowo). Po pierwsze – to, co ostatnio wypychał, a ja głaskałam czule jako główkę, pewna, że główka jest przecież u takiego malucha największa - to była dupka. A po drugie – jeśli to duże to była dupka, to znaczy, że będzie miał odwłok po mamusi… no trudno. Za to nochal – cały tatuś! Wielki! ;-)
Po usłyszeniu o moich kłopotach z szyjką, doktorek wahał się czy zrobić mi dogłębne usg, bo nie lubi tak zaawansowanym ciężarówkom tam gmerać. Ale przez brzuch nie byłoby dokładnie widać. Zdecydował więc, że spróbuje jednak bardzo delikatnie obejrzeć szyjkę dla mojego (i swojego pewnie też) spokoju. Faktycznie był super delikatny, a dzięki temu, że zajrzał okazało się, że szyjka zamknięta, 40 mm (więc chyba sporo) i wytłumaczył jeszcze, że przy badaniu ginki mogła sprawiać wrażenie skróconej. Jedyne na co zwrócił uwagę, to niewielka ilość płynu, co może oznaczać pęknięte jakieś naczynko i możliwość plamienia… Więc jakby co, to wiem co się będzie działo i co się działo wcześniej, przed świętami.
I to by było na tyle.
Idę grzecznie zalec w łóżku.
5 sty 2010
Dopisane po wizycie u ginki
:-((
W skrócie:
Brzuch twardy, szyjka krótka, fenoterol natychmiast 4x1 i leżenie plackiem! Kontrola w przyszły czwartek. :-((
Wzięłam już feno i za fajnie nie jest - puls 120!! Trzepie mnie aż miło - jak po aerobiku!
Jutro Szreka nie puszczę do pracy tylko będzie ze mną jeździł do diabetologa, a wieczorem na usg. Mam wielką nadzieję, że chociaż u synka będzie wszystko w porządku!
Szymuś, kochanie, zostań tam gdzie jesteś! Jeszcze masz trochę czasu więc siedź sobie u matuli! Źle Ci tam?
Jutro pomachaj swoim staruszkom grzecznie i pokaż, że wszystko u Ciebie OKI!! Proszę!
W skrócie:
Brzuch twardy, szyjka krótka, fenoterol natychmiast 4x1 i leżenie plackiem! Kontrola w przyszły czwartek. :-((
Wzięłam już feno i za fajnie nie jest - puls 120!! Trzepie mnie aż miło - jak po aerobiku!
Jutro Szreka nie puszczę do pracy tylko będzie ze mną jeździł do diabetologa, a wieczorem na usg. Mam wielką nadzieję, że chociaż u synka będzie wszystko w porządku!
Szymuś, kochanie, zostań tam gdzie jesteś! Jeszcze masz trochę czasu więc siedź sobie u matuli! Źle Ci tam?
Jutro pomachaj swoim staruszkom grzecznie i pokaż, że wszystko u Ciebie OKI!! Proszę!
4 sty 2010
Sylwester-srester
...czyli cena za brak asertywności...
A miało być tak pięknie …
Mieliśmy siedzieć w domu, miał być też mój brat, miało być spokojnie czyli tak jak ostatnio lubię najbardziej.
Miało i się zesrało.
Wprosili się znajomi, Ci sami co w zeszłym roku, ze swoim synkiem trzylatkiem. Nadpobudliwym, hałaśliwym i bardzo rozpieszczonym chłopaczkiem, który uwielbia być w centrum uwagi. Tak w ogóle to zgodziłam się, bo bardzo ich lubię, a ich synka do niedawna uwielbiałam – żeby nie było. Po prostu albo zupełnie zdziczałam na tym zwolnieniu, albo w tej chwili i na tym etapie mojego życia potrzebuję spokoju, albo nie był to najlepszy dzień i zwyczajnie moje hormony zagrały … i zatańczyły flamenco z przytupem i zgrzytaniem zębów.
Cóż, królową czaru i uroku to ja nie byłam. Nie emanowały też ode mnie ani pozytywne wibracje, ani zadowolenie, ani żadne inne sympatyczne emocje.
Do głosu doszła, siedząca dotąd cicho, moja wewnętrzna wiedźma!
I nie chodziło tu o obsługę gości, bo Szreku stanął na wysokości zadania i wziął to na siebie. Poza tym znajomi nie należą do gości, nad którymi trzeba się specjalnie wytrząsać. Po prostu jakoś szybko mnie zmęczył hałas, zamieszanie, piski i bieganina dziecka, a w końcu jego kotłowanina w naszej pościeli w drugim pokoju. Już to, że skotłował nam łóżko mnie zirytowało, ale potem wołał po kolei swoich rodziców i nas i każdy mógł nie tylko podziwiać jego popisy w naszej pościeli, ale jeszcze bałagan, który natychmiast się tam pojawił znikąd. Potem było już tylko gorzej, a moja cierpliwość topniała gwałtownie jak pierwszy śnieg. Każde moje wejście do kuchni powodowało gwałtowne skurczenie się przestrzeni. Wystarczyło, że w tym samym czasie wszedł tam ktoś jeszcze i nagle okazywało się, że gdzie by się nie obrócił – tam napotykał/ocierał się/odbijał się od mojego brzucha. Raz nawet wściekłam się, bo zagadany Szreku odwrócił się w moją stronę mniej ostrożnie i dość boleśnie odbił biodrem od mojego brzuchola. Usiadłam więc w kącie przy stole, żeby nie zagęszczać i nie zabierać przestrzeni w naszym niewielkim mieszkaniu, ale i tak już nakręcałam się i wszystko mnie wnerwiało. A co gorsze – Ogrzyk też się uaktywnił pod wpływem moich negatywnych emocji i kopał jak szalony. Nigdy wcześniej nie wybijał aż takich hołubców! Były momenty, że nie było to przyjemne. W każdym razie moja wewnętrzna wiedźma syczała sobie pod nosem cichutko i nakręcała się niepostrzeżenie … Znajoma z synkiem zebrała się koło 21-ej, a jej mąż poszedł po 23-ej. Zmęczona i rozdrażniona zastanawiałam się czy czekać do północy czy położyć się spać. Poczekałam. A moja wiedźma wyszczerzyła kły w złośliwym uśmiechu i zatarła radośnie łapska… O północy wyrwała się spod kontroli i rozjazgotała na całego. Zamiast życzeń noworocznych na Szreka posypał się grad złośliwości, jadu i pretensji. Jednym słowem ulało się na biedaka.
O dziwo, albo tak dobrze mnie zna, że się tego spodziewał, albo mój obecny stan każe mu brać poprawki na wszelkie moje wybuchy i fochy, albo był już tak znieczulony, że nie zrobiło to na nim większego wrażenia, w każdym razie jedyną odpowiedzią był jego spokój i cierpliwość, które imponowały. Nawet tupiącej z wściekłości wiedźmie. Co więcej, wiedźma usłyszała życzenia, dostała łyka szampana i kilka słodkich buziaków.
A potem staliśmy na balkonie (brat, Szreku obejmujący swoją wyluzowaną nagle wiedźmę z cichutkim Ogrzykiem w środku) i podziwialiśmy fajerwerki wybuchające ze wszystkich stron.
Ogrzyk ewidentnie nie lubi huku i ożywił się dopiero po opuszczeniu hałaśliwego balkonu.
Około 1-ej w nocy zaległam nareszcie w wyrku głaskając na dobranoc/dzień dobry mojego Ogrzyka.
I tak oto z hukiem, wrzaskiem i przytupem rozpoczął się dla nas Nowy Rok...
A miało być tak pięknie …
Mieliśmy siedzieć w domu, miał być też mój brat, miało być spokojnie czyli tak jak ostatnio lubię najbardziej.
Miało i się zesrało.
Wprosili się znajomi, Ci sami co w zeszłym roku, ze swoim synkiem trzylatkiem. Nadpobudliwym, hałaśliwym i bardzo rozpieszczonym chłopaczkiem, który uwielbia być w centrum uwagi. Tak w ogóle to zgodziłam się, bo bardzo ich lubię, a ich synka do niedawna uwielbiałam – żeby nie było. Po prostu albo zupełnie zdziczałam na tym zwolnieniu, albo w tej chwili i na tym etapie mojego życia potrzebuję spokoju, albo nie był to najlepszy dzień i zwyczajnie moje hormony zagrały … i zatańczyły flamenco z przytupem i zgrzytaniem zębów.
Cóż, królową czaru i uroku to ja nie byłam. Nie emanowały też ode mnie ani pozytywne wibracje, ani zadowolenie, ani żadne inne sympatyczne emocje.
Do głosu doszła, siedząca dotąd cicho, moja wewnętrzna wiedźma!
I nie chodziło tu o obsługę gości, bo Szreku stanął na wysokości zadania i wziął to na siebie. Poza tym znajomi nie należą do gości, nad którymi trzeba się specjalnie wytrząsać. Po prostu jakoś szybko mnie zmęczył hałas, zamieszanie, piski i bieganina dziecka, a w końcu jego kotłowanina w naszej pościeli w drugim pokoju. Już to, że skotłował nam łóżko mnie zirytowało, ale potem wołał po kolei swoich rodziców i nas i każdy mógł nie tylko podziwiać jego popisy w naszej pościeli, ale jeszcze bałagan, który natychmiast się tam pojawił znikąd. Potem było już tylko gorzej, a moja cierpliwość topniała gwałtownie jak pierwszy śnieg. Każde moje wejście do kuchni powodowało gwałtowne skurczenie się przestrzeni. Wystarczyło, że w tym samym czasie wszedł tam ktoś jeszcze i nagle okazywało się, że gdzie by się nie obrócił – tam napotykał/ocierał się/odbijał się od mojego brzucha. Raz nawet wściekłam się, bo zagadany Szreku odwrócił się w moją stronę mniej ostrożnie i dość boleśnie odbił biodrem od mojego brzuchola. Usiadłam więc w kącie przy stole, żeby nie zagęszczać i nie zabierać przestrzeni w naszym niewielkim mieszkaniu, ale i tak już nakręcałam się i wszystko mnie wnerwiało. A co gorsze – Ogrzyk też się uaktywnił pod wpływem moich negatywnych emocji i kopał jak szalony. Nigdy wcześniej nie wybijał aż takich hołubców! Były momenty, że nie było to przyjemne. W każdym razie moja wewnętrzna wiedźma syczała sobie pod nosem cichutko i nakręcała się niepostrzeżenie … Znajoma z synkiem zebrała się koło 21-ej, a jej mąż poszedł po 23-ej. Zmęczona i rozdrażniona zastanawiałam się czy czekać do północy czy położyć się spać. Poczekałam. A moja wiedźma wyszczerzyła kły w złośliwym uśmiechu i zatarła radośnie łapska… O północy wyrwała się spod kontroli i rozjazgotała na całego. Zamiast życzeń noworocznych na Szreka posypał się grad złośliwości, jadu i pretensji. Jednym słowem ulało się na biedaka.
O dziwo, albo tak dobrze mnie zna, że się tego spodziewał, albo mój obecny stan każe mu brać poprawki na wszelkie moje wybuchy i fochy, albo był już tak znieczulony, że nie zrobiło to na nim większego wrażenia, w każdym razie jedyną odpowiedzią był jego spokój i cierpliwość, które imponowały. Nawet tupiącej z wściekłości wiedźmie. Co więcej, wiedźma usłyszała życzenia, dostała łyka szampana i kilka słodkich buziaków.
A potem staliśmy na balkonie (brat, Szreku obejmujący swoją wyluzowaną nagle wiedźmę z cichutkim Ogrzykiem w środku) i podziwialiśmy fajerwerki wybuchające ze wszystkich stron.
Ogrzyk ewidentnie nie lubi huku i ożywił się dopiero po opuszczeniu hałaśliwego balkonu.
Około 1-ej w nocy zaległam nareszcie w wyrku głaskając na dobranoc/dzień dobry mojego Ogrzyka.
I tak oto z hukiem, wrzaskiem i przytupem rozpoczął się dla nas Nowy Rok...
30 gru 2009
Poświątecznie
...prawie noworocznie
Święta nadeszły szybko i jeszcze szybciej minęły.
A ja - chociaż obiecałam sobie luzik, zaleganie i nieprzesadzanie ze sprzątaniem – dałam ostrego czadu na dzień przed Wigilią. Kameralnie czy nie, ale fizycznie bolał mnie widok bałaganu i nie wyobrażałam sobie kolacji w takich warunkach. Hormony, syndromy czy inna cholera – w każdym razie daliśmy czadu i w jeden dzień posprzątaliśmy wszystko. Szreku stękał i dyszał jak na mękach, ale narzekać mu nie wypadało no, bo jak się użalać kiedy obok szaleje brzuchatka? Daliśmy radę ale potem padłam jak nieżywa, a brzuszysko rwało i bolało jak wściekłe. Szymuś za to leżał cichutko jak trusia. Pewnie też umęczony szaleństwami matki.
Ale za to chata przejrzała, zapachniało czystością, choinka zamigotała światełkami, a ja nareszcie mogłam odpocząć. No, psychol ze mnie - trudno!
Potem była Wigilia. Spokojna, na luzie, taka jak trzeba. Szymek obudził się w trakcie i tak uaktywnił, że bluzka mi podskakiwała na brzuchu. Nie speszył się nawet kiedy babcia dotykała miejsca wypukłości i kopniaków.
A w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do rodziny Szreka. Ale i tak trzeba było odwiedzić trzy domy – babci, teściowej i wujostwa. Cały dzień zszedł nam na tych odwiedzinach, a mnie oprócz brzucha (od siedzenia) bolała twarz od grzecznych uśmiechów i głowa od rozgardiaszu i zamieszania. Przeżyłam i w nagrodę poświąteczny łikend spędziłam leniwie, na zwolnionych obrotach, z przewagą pozycji horyzontalnej. Moje ulubione! O!
Już za chwilę Sylwester i Nowy Rok…
Tymczasem dzisiaj wyrwaliśmy się wieczorem na zakupy. Kupiliśmy proszek do prania, trochę pieluch tetrowych i flanelowych, chusteczki nawilżane, body z krótkim i długim rękawkiem, śpiochy, termometr do wanny… a już poszło tyle kasy! A gdzie nam do głównych wydatków?! Czuję się zmasakrowana!
Na razie nie będę się zastanawiać co będzie w styczniu, co będzie jeśli Szreku nie dostanie obiecanej premii (znowu!!), skąd weźmiemy kasę na pozostałe zakupy…
Na razie nie będę myśleć (a przynajmniej bardzo się będę starać!) o zbliżającym się porodzie i szpitalu, o spotkaniu z naszym synkiem, o strachu o jego zdrowie …
Za dwa dni koniec roku.
Jak szybko zleciał!
Myślę o tym jaki był, co przyniósł nowego, co się zmieniło w moim/naszym życiu, co się działo o tej porze rok wcześniej, na jakim etapie wtedy byłam i jaka byłam…i przede wszystkim co przyniesie Nowy Rok.
Mam jeszcze dwa dni na przemyślenia ;-))
A potem nie będzie już czasu na takie pierdoły ...;-)
Święta nadeszły szybko i jeszcze szybciej minęły.
A ja - chociaż obiecałam sobie luzik, zaleganie i nieprzesadzanie ze sprzątaniem – dałam ostrego czadu na dzień przed Wigilią. Kameralnie czy nie, ale fizycznie bolał mnie widok bałaganu i nie wyobrażałam sobie kolacji w takich warunkach. Hormony, syndromy czy inna cholera – w każdym razie daliśmy czadu i w jeden dzień posprzątaliśmy wszystko. Szreku stękał i dyszał jak na mękach, ale narzekać mu nie wypadało no, bo jak się użalać kiedy obok szaleje brzuchatka? Daliśmy radę ale potem padłam jak nieżywa, a brzuszysko rwało i bolało jak wściekłe. Szymuś za to leżał cichutko jak trusia. Pewnie też umęczony szaleństwami matki.
Ale za to chata przejrzała, zapachniało czystością, choinka zamigotała światełkami, a ja nareszcie mogłam odpocząć. No, psychol ze mnie - trudno!
Potem była Wigilia. Spokojna, na luzie, taka jak trzeba. Szymek obudził się w trakcie i tak uaktywnił, że bluzka mi podskakiwała na brzuchu. Nie speszył się nawet kiedy babcia dotykała miejsca wypukłości i kopniaków.
A w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do rodziny Szreka. Ale i tak trzeba było odwiedzić trzy domy – babci, teściowej i wujostwa. Cały dzień zszedł nam na tych odwiedzinach, a mnie oprócz brzucha (od siedzenia) bolała twarz od grzecznych uśmiechów i głowa od rozgardiaszu i zamieszania. Przeżyłam i w nagrodę poświąteczny łikend spędziłam leniwie, na zwolnionych obrotach, z przewagą pozycji horyzontalnej. Moje ulubione! O!
Już za chwilę Sylwester i Nowy Rok…
Tymczasem dzisiaj wyrwaliśmy się wieczorem na zakupy. Kupiliśmy proszek do prania, trochę pieluch tetrowych i flanelowych, chusteczki nawilżane, body z krótkim i długim rękawkiem, śpiochy, termometr do wanny… a już poszło tyle kasy! A gdzie nam do głównych wydatków?! Czuję się zmasakrowana!
Na razie nie będę się zastanawiać co będzie w styczniu, co będzie jeśli Szreku nie dostanie obiecanej premii (znowu!!), skąd weźmiemy kasę na pozostałe zakupy…
Na razie nie będę myśleć (a przynajmniej bardzo się będę starać!) o zbliżającym się porodzie i szpitalu, o spotkaniu z naszym synkiem, o strachu o jego zdrowie …
Za dwa dni koniec roku.
Jak szybko zleciał!
Myślę o tym jaki był, co przyniósł nowego, co się zmieniło w moim/naszym życiu, co się działo o tej porze rok wcześniej, na jakim etapie wtedy byłam i jaka byłam…i przede wszystkim co przyniesie Nowy Rok.
Mam jeszcze dwa dni na przemyślenia ;-))
A potem nie będzie już czasu na takie pierdoły ...;-)
18 gru 2009
Oddycham z ulgą...
…bo wczoraj z przerażenia wstrzymałam oddech.
„Pozazdrościłam” Myszakowi czy co? Rano plamienie – kawa z mlekiem, a po południu ból brzucha i brąz… I ten brzuch tak dziwnie bolał. :-(
Spanikowana zadzwoniłam do ginki z pytaniem co mam robić. Uspokajała mnie, żeby nie panikować, a jeśli będzie mnie to bardzo niepokoić, żeby przyjechać.
Potem, przez resztę dnia oczywiście nerwy i strach i pretensje do siebie o głupoty, że może za bardzo wyluzowałam i zaszalałam z bieganiem/zakupami/porządkami, a co gorsze, że może za wcześnie zabrałam się za przygotowania dla Ogrzyka (ciuszki, pokój…), że może zapeszyłam. No, tego typu bzdury mi latały po głowie z prędkością światła. :-((
Tylko Ogrzyk nic sobie nie robił z moich schiz i zaszalał wieczorem tak, jakby się popisywał jaki to on jest silny i zwinny i jak szybko umie już machać rączkami i nóżkami jednocześnie. Nawet Szreku był pod wrażeniem tego co się działo pod jego dłonią, w moim brzuchu. "No, teraz to dopiero masz żwawego Obcego" - powiedział w końcu z podziwem ;-))
Dzisiaj pojechałam do ginki. Badanie do najprzyjemniejszych nie należało, bo wymęczyła mnie i wygniotła, ale zdaję sobie sprawę, że na izbie w szpitalu byłoby jeszcze mniej przyjemnie więc… Najważniejsze, że szyjka oki, ani śladu brązu (?!?! A rano jeszcze był!), a moje wrażenie, że Ogrzyk się obsunął i jest niżej w brzuchu jest słuszne – bo albo słabsze mięśnie pozwoliły się obniżyć macicy albo taka moja uroda. Ale to nie problem. A, że aparat do podsłuchu małego serduszka nie chciał Ogrzyka podsłuchiwać, zrobiła mi jeszcze usg, które potwierdziło , że wszystko oki.
Ulga! Mam brać nospę i espumisan (bo u mnie to nie wiadomo), a gdyby twardniał brzuch – fenoterol. Ale mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby.
A poza tym?
Na świecie zrobiło się biało. Może w tym roku będzie śnieg na święta? Dobrze by było, bo lubię jak jest biało w święta.
Święta za pasem, ale jakoś w tym roku mnie w ogóle nie biorą. A może biorą ale inaczej? Tym bardziej, że mam nakazane oszczędzać się i żadnych porządków nie robić. Wykorzystam to z dziką rozkoszą. ;-)) Choinka będzie ubrana w przyszłym tygodniu i może okna Szreku pomyje. Wigilia będzie u nas. Będzie kameralnie, bo z mamą i bratem. I nawet nie ma mowy o jakimś napinaniu się, bo najważniejsza jest rodzinna atmosfera – a ta będzie.
W ogóle te święta będą dla mnie inne. Nigdy dotąd nie byłam tak skoncentrowana na sobie i pewnie już nie będę. Nigdy dotąd nie było we mnie tyle nadziei i strachu jednocześnie. Tyle skrajnych emocji.
W pierwszy dzień świąt pojedziemy do babci Szreka, bo obiecaliśmy. No, chyba, żebym źle się czuła, ale mam nadzieję, że dam radę. I już.
Idę zapolować w kuchni, a potem wyrko i relaks. Na szczęście mogę sobie pozwolić na luzik i relaks. :-))
„Pozazdrościłam” Myszakowi czy co? Rano plamienie – kawa z mlekiem, a po południu ból brzucha i brąz… I ten brzuch tak dziwnie bolał. :-(
Spanikowana zadzwoniłam do ginki z pytaniem co mam robić. Uspokajała mnie, żeby nie panikować, a jeśli będzie mnie to bardzo niepokoić, żeby przyjechać.
Potem, przez resztę dnia oczywiście nerwy i strach i pretensje do siebie o głupoty, że może za bardzo wyluzowałam i zaszalałam z bieganiem/zakupami/porządkami, a co gorsze, że może za wcześnie zabrałam się za przygotowania dla Ogrzyka (ciuszki, pokój…), że może zapeszyłam. No, tego typu bzdury mi latały po głowie z prędkością światła. :-((
Tylko Ogrzyk nic sobie nie robił z moich schiz i zaszalał wieczorem tak, jakby się popisywał jaki to on jest silny i zwinny i jak szybko umie już machać rączkami i nóżkami jednocześnie. Nawet Szreku był pod wrażeniem tego co się działo pod jego dłonią, w moim brzuchu. "No, teraz to dopiero masz żwawego Obcego" - powiedział w końcu z podziwem ;-))
Dzisiaj pojechałam do ginki. Badanie do najprzyjemniejszych nie należało, bo wymęczyła mnie i wygniotła, ale zdaję sobie sprawę, że na izbie w szpitalu byłoby jeszcze mniej przyjemnie więc… Najważniejsze, że szyjka oki, ani śladu brązu (?!?! A rano jeszcze był!), a moje wrażenie, że Ogrzyk się obsunął i jest niżej w brzuchu jest słuszne – bo albo słabsze mięśnie pozwoliły się obniżyć macicy albo taka moja uroda. Ale to nie problem. A, że aparat do podsłuchu małego serduszka nie chciał Ogrzyka podsłuchiwać, zrobiła mi jeszcze usg, które potwierdziło , że wszystko oki.
Ulga! Mam brać nospę i espumisan (bo u mnie to nie wiadomo), a gdyby twardniał brzuch – fenoterol. Ale mam nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby.
A poza tym?
Na świecie zrobiło się biało. Może w tym roku będzie śnieg na święta? Dobrze by było, bo lubię jak jest biało w święta.
Święta za pasem, ale jakoś w tym roku mnie w ogóle nie biorą. A może biorą ale inaczej? Tym bardziej, że mam nakazane oszczędzać się i żadnych porządków nie robić. Wykorzystam to z dziką rozkoszą. ;-)) Choinka będzie ubrana w przyszłym tygodniu i może okna Szreku pomyje. Wigilia będzie u nas. Będzie kameralnie, bo z mamą i bratem. I nawet nie ma mowy o jakimś napinaniu się, bo najważniejsza jest rodzinna atmosfera – a ta będzie.
W ogóle te święta będą dla mnie inne. Nigdy dotąd nie byłam tak skoncentrowana na sobie i pewnie już nie będę. Nigdy dotąd nie było we mnie tyle nadziei i strachu jednocześnie. Tyle skrajnych emocji.
W pierwszy dzień świąt pojedziemy do babci Szreka, bo obiecaliśmy. No, chyba, żebym źle się czuła, ale mam nadzieję, że dam radę. I już.
Idę zapolować w kuchni, a potem wyrko i relaks. Na szczęście mogę sobie pozwolić na luzik i relaks. :-))
9 gru 2009
Rozruch
Wolniutko ale skutecznie (mam nadzieję!) wracam na obroty. Senność powoli mija.
Mam coraz więcej energii. Nareszcie! Nie wiem czy tak działa dieta i drastyczne ograniczenie cukru, czy może wreszcie obudził się we mnie syndrom wicia gniazda, o którym tyle do tej pory słyszałam. A może obudził mnie ten worek ciuszków, które dostałam od znajomej? Worek ogromny i ciasno wypakowany, obecnie opróżniony, a ciuszki albo się jeszcze suszą, albo już tworzą pokaźną furę czekającą na wyprasowanie. Kiedy dołożę ciuszki wyprane wczoraj – góra prasowania urośnie pod sufit ;-))
Pokój dzieciowy nabiera docelowego wyglądu. Kupiliśmy szafę i komodę, żeby było gdzie chować rzeczy Ogrzyka. Zwykłą szafę i komodę - nie te cudne mebelki dla dzieci, które kosztują kosmiczne pieniądze. :-((
Niestety, rzeczy i sprzęty, których się pozbywamy, trzeba było wynieść do dużego pokoju i zagęścić go maksymalnie. Co tam się dzieje! Chaos i burdello bum-bum, ale nie ma innej możliwości przechowywania sprzętów do wyniesienia/wyrzucenia/przejrzenia. Mam nadzieję, że do świąt wszystko stamtąd zniknie.
Mierzenie cukru idzie mi tak sobie, ale najważniejsze, że efekt diety jest widoczny i normy nie przekraczam. :-)
Co więcej znowu trochę schudłam i jak tak dalej pójdzie to za chwilę będę ważyć tyle ile ważyłam przed ciążą. Ale wiem już, mniej więcej, co podnosi cukier i staram się tego unikać. Dzięki temu mogę troszkę pooszukiwać i zjeść np. kromkę białego pieczywa, jogurt (owocowy i słodki!) albo zakazanego cukierka! MNIAM!
Kika szaleje i rozrabia, ale o niej trzeba napisać osobno bo to temat rzeka! Nie nudzę się w każdym razie z tą małą waryjatką! Szreku wyzłośliwia się, że jaki pan taki kram – mając mnie na myśli, oczywiście. Może w tym coś jest?
A poza tym? Zryty beret czasem daje o sobie znak i budzą się moje schizy. Te straszne i te okropne. Ale na szczęście grupa wsparcia działa i można na bieżąco dostać (albo sprzedać!) wirtualnego kopa, który stawia do pionu i wszystko wraca do normy.
Ogrzyk rośnie. Czuję go już bardzo wyraźnie. Jest już co dźwigać, a jeszcze sporo urośnie!
Już nie pospieszę z zakupów i coraz gorzej mi idzie przytarganie toreb do domu. Chyba sobie ograniczę zakupy do niezbędnego minimum, a resztę będę robić ze Szrekiem. Brzuch jest już duży, a ja coraz bardziej niezdarna! Wszystko leci z rąk, ciągle coś stłukę czy przewrócę (i się złamie i popsuje), o coś się uderzę, a ostatnio przy wyjmowaniu blachy z piekarnika o mało nie spaliłam rękawicy! Sama nie wiem jak to zrobiłam, że wpadła mi prosto w palnik – jak żywa! No, po prostu słoń w składzie porcelany. Masakra! Mam tylko nadzieję, że mi tak nie zostanie.
Idę poprasować, a że jest tego trochę, dla odwrócenia uwagi włączę sobie muzyczkę jakąś fajną… :-))
Mam coraz więcej energii. Nareszcie! Nie wiem czy tak działa dieta i drastyczne ograniczenie cukru, czy może wreszcie obudził się we mnie syndrom wicia gniazda, o którym tyle do tej pory słyszałam. A może obudził mnie ten worek ciuszków, które dostałam od znajomej? Worek ogromny i ciasno wypakowany, obecnie opróżniony, a ciuszki albo się jeszcze suszą, albo już tworzą pokaźną furę czekającą na wyprasowanie. Kiedy dołożę ciuszki wyprane wczoraj – góra prasowania urośnie pod sufit ;-))
Pokój dzieciowy nabiera docelowego wyglądu. Kupiliśmy szafę i komodę, żeby było gdzie chować rzeczy Ogrzyka. Zwykłą szafę i komodę - nie te cudne mebelki dla dzieci, które kosztują kosmiczne pieniądze. :-((
Niestety, rzeczy i sprzęty, których się pozbywamy, trzeba było wynieść do dużego pokoju i zagęścić go maksymalnie. Co tam się dzieje! Chaos i burdello bum-bum, ale nie ma innej możliwości przechowywania sprzętów do wyniesienia/wyrzucenia/przejrzenia. Mam nadzieję, że do świąt wszystko stamtąd zniknie.
Mierzenie cukru idzie mi tak sobie, ale najważniejsze, że efekt diety jest widoczny i normy nie przekraczam. :-)
Co więcej znowu trochę schudłam i jak tak dalej pójdzie to za chwilę będę ważyć tyle ile ważyłam przed ciążą. Ale wiem już, mniej więcej, co podnosi cukier i staram się tego unikać. Dzięki temu mogę troszkę pooszukiwać i zjeść np. kromkę białego pieczywa, jogurt (owocowy i słodki!) albo zakazanego cukierka! MNIAM!
Kika szaleje i rozrabia, ale o niej trzeba napisać osobno bo to temat rzeka! Nie nudzę się w każdym razie z tą małą waryjatką! Szreku wyzłośliwia się, że jaki pan taki kram – mając mnie na myśli, oczywiście. Może w tym coś jest?
A poza tym? Zryty beret czasem daje o sobie znak i budzą się moje schizy. Te straszne i te okropne. Ale na szczęście grupa wsparcia działa i można na bieżąco dostać (albo sprzedać!) wirtualnego kopa, który stawia do pionu i wszystko wraca do normy.
Ogrzyk rośnie. Czuję go już bardzo wyraźnie. Jest już co dźwigać, a jeszcze sporo urośnie!
Już nie pospieszę z zakupów i coraz gorzej mi idzie przytarganie toreb do domu. Chyba sobie ograniczę zakupy do niezbędnego minimum, a resztę będę robić ze Szrekiem. Brzuch jest już duży, a ja coraz bardziej niezdarna! Wszystko leci z rąk, ciągle coś stłukę czy przewrócę (i się złamie i popsuje), o coś się uderzę, a ostatnio przy wyjmowaniu blachy z piekarnika o mało nie spaliłam rękawicy! Sama nie wiem jak to zrobiłam, że wpadła mi prosto w palnik – jak żywa! No, po prostu słoń w składzie porcelany. Masakra! Mam tylko nadzieję, że mi tak nie zostanie.
Idę poprasować, a że jest tego trochę, dla odwrócenia uwagi włączę sobie muzyczkę jakąś fajną… :-))
3 gru 2009
Zdziwienia
...
zdziwienie pierwsze
Odwiedził nas bliski znajomy. I jakież było jego zdziwienie kiedy Szreku pochwalił się, że wybraliśmy już imię dla Ogrzyka. Stwierdził, że oni mieli też kilka typów dla swojego synka, ale kiedy się urodził i oni go zobaczyli – wybrali zupełnie inne imię. Stwierdził, żebyśmy się nie spieszyli, bo dziecko trzeba zobaczyć i dopiero wtedy dopasować imię….Może. Ale co będzie jeśli my naszego synka zobaczymy i żadne imię nie „przemówi” do nas? To już wolę sytuację kiedy mamy imię wybrane, a po porodzie spodoba nam się (albo „dopasuje” do synka) inne. Jeśli tak się stanie, to zmienimy decyzję. I już.
zdziwienie drugie
W nocy z soboty na niedzielę przeżyłam mało przyjemne zdziwienie kiedy to przy przeciąganiu się dostałam skurczu łydki. Po raz pierwszy w życiu. Do tej pory tylko o skurczach słyszałam, a teraz miałam wątpliwą okazję przeżycia tego na własnej łydce. Nie polecam. Znaczy się dawkę magnezu, zapewne trzeba będzie zwiększyć.
…i trzecie
Koleżanka przyniosła mi worek ciuszków dla dziecka. Dla mnie super, bo z kasą bardzo krucho, a zakupów i tak przed nami sporo. I kiedy tak siedziałam i przeglądałam te wszystkie malutkie śliczności, dotarło do mnie z ogromnym zdziwieniem, jak bardzo malutki będzie Szymuś w pierwszych tygodniach życia. I zaraz po zdziwieniu dopadł mnie strach – jak ja sobie poradzę? I ten strach jakoś nie maleje…a raczej sobie rośnie. Już kolejna osoba mówi/uprzedza, że najgorszy szok to pierwsze dwa, trzy tygodnie kiedy dziecko malutkie, a człowiek taki nieporadny, bez wprawy, a wszystko takie nowe i trudne…Nawet już, oczywiście, miałam sen tematyczny, a mianowicie synek był już w domu (całkiem spory, jak kilkumiesięczne dziecko), a ja nie umiałam założyć mu pampersa i przy obracaniu nim ciągle o coś tym biednym dzieckiem zahaczałam i zawadzałam, aż miał siniaki i ciągle płakał. Koszmar.
…a także czwarte
Na wizycie u diabetologa okazało się, że dieta jest zbyt drastyczna. Schudłam przez ten tydzień kolejny kilogram. Gdyby nie ciąża byłby to dla mnie powód do dumy i niezły doping. Ale! Ale jestem w ciąży i do tego cały tydzień chodziłam wściekła i głodna. I było mi źle bez słodkiego. Jak jechałam do poradni miałam takiego doła, że płacz czaił się gdzieś za rogiem. Jeden impuls i by poszło! Na szczęście jechałam autem pożyczonym od brata (fajne autko i świetnie się prowadzi), a że się fajnie jechało i super muzyczka grała – odprężyłam się i jak wysiadałam pod szpitalem było mi już prawie dobrze. Jak to się stało, że zapomniałam ile dla mnie znaczy muzyka i jak bardzo mi jej brakowało przez ostatnie miesiące?!…A w poradni, pani doktor „pocieszyła” mnie, że nie jest źle, ale może niestety być tak, że po ciąży cukrowy problem się nie cofnie i będę musiała już zawsze się tak prowadzić… No bo dosyć wcześnie te problemy się pojawiły więc mam jakieś predyspozycje, a do tego nadciśnienie - ewidentnie zaniedbania sprzed ciąży teraz uwidaczniają się jak w soczewce. Ciąża stała się katalizatorem. Ale dotarło także do mnie, że dzięki ciąży i pilnowaniu pewnych rzeczy być może uniknęłam poważniejszych problemów zdrowotnych, które dopadłyby mnie ze zdwojoną siłą w najbliższej przyszłości. I nie wiadomo jak by się one dla mnie skończyły. Chociaż nie powiem – przeważała złość i pretensje do siebie o tak lekceważące podejście do zdrowia i o tak lekkomyślne szafowanie nim. Czasu nie cofnę, młodsza też już nie będę, ale mam wielką nadzieję, że moje zaniedbania nie zaszkodzą teraz Szymkowi! A dietę i całą resztę przyjmuję jako nauczkę i pokutę – a masz!
Potem była jeszcze wizyta u ginki. Wydaje się, że wszystko w porządku tylko swędzenie brzucha ją zaniepokoiło i mam sprawdzić wątrobę. Poza tym mam bakterie w moczu więc przepisała mi furagin.
Wieczorem, kiedy wróciłam do domu po tym długim i stresującym dniu, Szymek się rozbudził i dał takiego czadu, że aż książka, którą opierałam na brzuchu podskakiwała.
No, już dawno i z taką siłą nie dokazywał!
I to było wspaniałym zakończeniem tego ciężkiego dnia :-))
zdziwienie pierwsze
Odwiedził nas bliski znajomy. I jakież było jego zdziwienie kiedy Szreku pochwalił się, że wybraliśmy już imię dla Ogrzyka. Stwierdził, że oni mieli też kilka typów dla swojego synka, ale kiedy się urodził i oni go zobaczyli – wybrali zupełnie inne imię. Stwierdził, żebyśmy się nie spieszyli, bo dziecko trzeba zobaczyć i dopiero wtedy dopasować imię….Może. Ale co będzie jeśli my naszego synka zobaczymy i żadne imię nie „przemówi” do nas? To już wolę sytuację kiedy mamy imię wybrane, a po porodzie spodoba nam się (albo „dopasuje” do synka) inne. Jeśli tak się stanie, to zmienimy decyzję. I już.
zdziwienie drugie
W nocy z soboty na niedzielę przeżyłam mało przyjemne zdziwienie kiedy to przy przeciąganiu się dostałam skurczu łydki. Po raz pierwszy w życiu. Do tej pory tylko o skurczach słyszałam, a teraz miałam wątpliwą okazję przeżycia tego na własnej łydce. Nie polecam. Znaczy się dawkę magnezu, zapewne trzeba będzie zwiększyć.
…i trzecie
Koleżanka przyniosła mi worek ciuszków dla dziecka. Dla mnie super, bo z kasą bardzo krucho, a zakupów i tak przed nami sporo. I kiedy tak siedziałam i przeglądałam te wszystkie malutkie śliczności, dotarło do mnie z ogromnym zdziwieniem, jak bardzo malutki będzie Szymuś w pierwszych tygodniach życia. I zaraz po zdziwieniu dopadł mnie strach – jak ja sobie poradzę? I ten strach jakoś nie maleje…a raczej sobie rośnie. Już kolejna osoba mówi/uprzedza, że najgorszy szok to pierwsze dwa, trzy tygodnie kiedy dziecko malutkie, a człowiek taki nieporadny, bez wprawy, a wszystko takie nowe i trudne…Nawet już, oczywiście, miałam sen tematyczny, a mianowicie synek był już w domu (całkiem spory, jak kilkumiesięczne dziecko), a ja nie umiałam założyć mu pampersa i przy obracaniu nim ciągle o coś tym biednym dzieckiem zahaczałam i zawadzałam, aż miał siniaki i ciągle płakał. Koszmar.
…a także czwarte
Na wizycie u diabetologa okazało się, że dieta jest zbyt drastyczna. Schudłam przez ten tydzień kolejny kilogram. Gdyby nie ciąża byłby to dla mnie powód do dumy i niezły doping. Ale! Ale jestem w ciąży i do tego cały tydzień chodziłam wściekła i głodna. I było mi źle bez słodkiego. Jak jechałam do poradni miałam takiego doła, że płacz czaił się gdzieś za rogiem. Jeden impuls i by poszło! Na szczęście jechałam autem pożyczonym od brata (fajne autko i świetnie się prowadzi), a że się fajnie jechało i super muzyczka grała – odprężyłam się i jak wysiadałam pod szpitalem było mi już prawie dobrze. Jak to się stało, że zapomniałam ile dla mnie znaczy muzyka i jak bardzo mi jej brakowało przez ostatnie miesiące?!…A w poradni, pani doktor „pocieszyła” mnie, że nie jest źle, ale może niestety być tak, że po ciąży cukrowy problem się nie cofnie i będę musiała już zawsze się tak prowadzić… No bo dosyć wcześnie te problemy się pojawiły więc mam jakieś predyspozycje, a do tego nadciśnienie - ewidentnie zaniedbania sprzed ciąży teraz uwidaczniają się jak w soczewce. Ciąża stała się katalizatorem. Ale dotarło także do mnie, że dzięki ciąży i pilnowaniu pewnych rzeczy być może uniknęłam poważniejszych problemów zdrowotnych, które dopadłyby mnie ze zdwojoną siłą w najbliższej przyszłości. I nie wiadomo jak by się one dla mnie skończyły. Chociaż nie powiem – przeważała złość i pretensje do siebie o tak lekceważące podejście do zdrowia i o tak lekkomyślne szafowanie nim. Czasu nie cofnę, młodsza też już nie będę, ale mam wielką nadzieję, że moje zaniedbania nie zaszkodzą teraz Szymkowi! A dietę i całą resztę przyjmuję jako nauczkę i pokutę – a masz!
Potem była jeszcze wizyta u ginki. Wydaje się, że wszystko w porządku tylko swędzenie brzucha ją zaniepokoiło i mam sprawdzić wątrobę. Poza tym mam bakterie w moczu więc przepisała mi furagin.
Wieczorem, kiedy wróciłam do domu po tym długim i stresującym dniu, Szymek się rozbudził i dał takiego czadu, że aż książka, którą opierałam na brzuchu podskakiwała.
No, już dawno i z taką siłą nie dokazywał!
I to było wspaniałym zakończeniem tego ciężkiego dnia :-))
26 lis 2009
Słodki problem i Mały sportowiec
Wizyta u diabetologa za mną.
Tak jak myślałam – niektóre normy są przekroczone więc w rozpoznaniu napisała: cukrzyca ciążowa. I wszystko jasne. :-(
Najdziwniejsze, że w ciągu tego tygodnia schudłam pół kilograma, a doktorka ucieszyła się, że dieta działa. Jaka dieta? Ja nie byłam na żadnej diecie.
Za to teraz będę.
Zero cukru i słodyczy pod żadną postacią, zamiast trzech sporych posiłków 5-6 małych, dużo warzyw i niektórych owoców, ograniczenie węglowodanów i mało tłuszczów. To tak w skrócie.
Na razie, przy tych ograniczeniach, jestem głodna…ale myślę/mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaję. Zwłaszcza do gorzkiej herbaty - blee. Już dawno miałam przejść na taki system jedzeniowy, bo chciałam schudnąć, ale ciągle nie miałam wystarczająco dużo czasu, ochoty i silnej woli. Zresztą w pracy bardzo trudno robić sobie przerwę śniadaniową (nawet bardzo krótką) co 2,5-3 godz.
Teraz motywacja jest bardzo silna - nie robię tego dla siebie tylko dla Szymka.
Oczywiście dalej mierzę cukier 4xdziennie i w następny wtorek kolejna wizyta. Mam nadzieję, że dieta i moja mobilizacja/determinacja, żeby trzymać się z daleka od słodyczy przyniosą oczekiwany skutek i nie będzie potrzeby na dalsze ingerencje lekowe. Zwłaszcza, że jedyną opcją w takim wypadku jest insulina…
Ostatnio niepokoił mnie fakt małej aktywności Szymka.
Wczoraj, kiedy położyłam się wieczorem, Mały troszkę się rozruszał. Kopał to tu, to tam (a jego kopniaczki są już konkretne!), a także kilka razy zmienił pozycję wypychając mi skórę na brzuchu po jednej stronie. Jak bym miała Obcego w brzuchu hihi. Chciałam, żeby Szreku też to poczuł. Uprzedziłam go tylko, żeby był cierpliwy, bo Szymek ze mną bawi się w chowanego i kopie dopiero kiedy zabieram rękę. Jakież było moje zdziwienie kiedy Szreku położył mi dłoń na brzuchu, a TAM od razu zaczęły się figle-migle. Mały zaczął szaleć tak, że aż się przestraszyłam. Kopał tak, jak do tej pory mu się nie zdarzyło, aż ojcu ręka podskakiwała, a dla większego efektu – wiercił się i rozpychał tworząc twarde wypukłości prosto w dłoń Szreka. Zaczęłam się śmiać, że te dzikie popisy to chyba specjalnie dla papy, bo ani wcześniej, ani później nie harcował aż tak dynamicznie. ;-))
Szymek jest coraz większy i cięższy, a jego ruchy i kopniaki coraz konkretniejsze. Już dotarło do mnie i nie mam żadnych wątpliwości, że jestem w ciąży – czuję to mocno i wyraźnie.
Mam nadzieję, że synek rozwija się prawidłowo i jest zdrowy.
Reszta nie ma znaczenia :-))
Tak jak myślałam – niektóre normy są przekroczone więc w rozpoznaniu napisała: cukrzyca ciążowa. I wszystko jasne. :-(
Najdziwniejsze, że w ciągu tego tygodnia schudłam pół kilograma, a doktorka ucieszyła się, że dieta działa. Jaka dieta? Ja nie byłam na żadnej diecie.
Za to teraz będę.
Zero cukru i słodyczy pod żadną postacią, zamiast trzech sporych posiłków 5-6 małych, dużo warzyw i niektórych owoców, ograniczenie węglowodanów i mało tłuszczów. To tak w skrócie.
Na razie, przy tych ograniczeniach, jestem głodna…ale myślę/mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaję. Zwłaszcza do gorzkiej herbaty - blee. Już dawno miałam przejść na taki system jedzeniowy, bo chciałam schudnąć, ale ciągle nie miałam wystarczająco dużo czasu, ochoty i silnej woli. Zresztą w pracy bardzo trudno robić sobie przerwę śniadaniową (nawet bardzo krótką) co 2,5-3 godz.
Teraz motywacja jest bardzo silna - nie robię tego dla siebie tylko dla Szymka.
Oczywiście dalej mierzę cukier 4xdziennie i w następny wtorek kolejna wizyta. Mam nadzieję, że dieta i moja mobilizacja/determinacja, żeby trzymać się z daleka od słodyczy przyniosą oczekiwany skutek i nie będzie potrzeby na dalsze ingerencje lekowe. Zwłaszcza, że jedyną opcją w takim wypadku jest insulina…
Ostatnio niepokoił mnie fakt małej aktywności Szymka.
Wczoraj, kiedy położyłam się wieczorem, Mały troszkę się rozruszał. Kopał to tu, to tam (a jego kopniaczki są już konkretne!), a także kilka razy zmienił pozycję wypychając mi skórę na brzuchu po jednej stronie. Jak bym miała Obcego w brzuchu hihi. Chciałam, żeby Szreku też to poczuł. Uprzedziłam go tylko, żeby był cierpliwy, bo Szymek ze mną bawi się w chowanego i kopie dopiero kiedy zabieram rękę. Jakież było moje zdziwienie kiedy Szreku położył mi dłoń na brzuchu, a TAM od razu zaczęły się figle-migle. Mały zaczął szaleć tak, że aż się przestraszyłam. Kopał tak, jak do tej pory mu się nie zdarzyło, aż ojcu ręka podskakiwała, a dla większego efektu – wiercił się i rozpychał tworząc twarde wypukłości prosto w dłoń Szreka. Zaczęłam się śmiać, że te dzikie popisy to chyba specjalnie dla papy, bo ani wcześniej, ani później nie harcował aż tak dynamicznie. ;-))
Szymek jest coraz większy i cięższy, a jego ruchy i kopniaki coraz konkretniejsze. Już dotarło do mnie i nie mam żadnych wątpliwości, że jestem w ciąży – czuję to mocno i wyraźnie.
Mam nadzieję, że synek rozwija się prawidłowo i jest zdrowy.
Reszta nie ma znaczenia :-))
23 lis 2009
Masakra jakaś no! :-((
Czyli będzie marudzenie o fizjologii i ciążowych dolegliwościach.
No, sory, ale mi się uleje...
Zacznę od lżejszego czyli od słodkiej sprawy.
Mierzę cukier. Cztery razy dziennie kłuję się po paluchach, a ponieważ nie mam wprawy (że nie wspomnę o niedawnym panicznym strachu przed igłą) zdarza się, że muszę się ukłuć znowu.
A czasami jeszcze raz. :-(
No i wyniki nie są zadowalające. Znalazłam w necie normy dla ciężarówek – na jednej stronie, że godzinę po jedzeniu norma to 120, na innej, że 140. Tak czy owak, wyniki na czczo nie są złe, ale po jedzeniu często przekroczone.
Idę do diabetyczki na kontrolę we wtorek. Oby tylko skończyło się na diecie! Oby to wystarczyło i, żeby poziom cukru zaczął spadać!
Druga sprawa to dolegliwość (ponoć) typowa dla ciężarówek – zaparcia!
To co przeżyłam w piątek i sobotę mogę skwitować tylko – MASAKRA JAKAŚ!!!
Dwa dni pod rząd miałam prawie porody. Tak mnie męczyło, tyle mnie to „zajęcie” kosztowało wysiłku, że potem bolało mnie całe podwozie. Całe! Zaczęłam się nawet martwić czy przez to parcie nie zrobiłam sobie tam jakiegoś „kuku”…i czy Ogrzyka nie uszkodziłam tak bardzo gniotąc brzuch…Sobotę do południa przepłakałam – choć tak bardzo sobie obiecałam, że nie będę tego robić mojemu synkowi.
W końcu, spanikowana, zadzwoniłam do ginki, ale ona (tak przewrażliwiona w innych sytuacjach) stwierdziła, żeby na razie nie panikować, że na pewno nic się nie dzieje.
Uspokoiła mnie trochę i jedyne co jeszcze budziło moje obawy to brak ruchliwości Małego. Dopiero późnym popołudniem nareszcie dał znak/sygnał i kamień spadł mi z serca.
Dzisiaj trochę bardziej puka i się wierci. Super!
Mam pić specjalny syrop, Lactulosum, który ma pomóc. Oby! Zobaczymy.
A co do imienia dla Ogrzyka – na dzień dzisiejszy zdecydowaliśmy, że będzie Szymon.
Synuś Szymuś.
I tym optymistycznym akcentem ... :-))
No, sory, ale mi się uleje...
Zacznę od lżejszego czyli od słodkiej sprawy.
Mierzę cukier. Cztery razy dziennie kłuję się po paluchach, a ponieważ nie mam wprawy (że nie wspomnę o niedawnym panicznym strachu przed igłą) zdarza się, że muszę się ukłuć znowu.
A czasami jeszcze raz. :-(
No i wyniki nie są zadowalające. Znalazłam w necie normy dla ciężarówek – na jednej stronie, że godzinę po jedzeniu norma to 120, na innej, że 140. Tak czy owak, wyniki na czczo nie są złe, ale po jedzeniu często przekroczone.
Idę do diabetyczki na kontrolę we wtorek. Oby tylko skończyło się na diecie! Oby to wystarczyło i, żeby poziom cukru zaczął spadać!
Druga sprawa to dolegliwość (ponoć) typowa dla ciężarówek – zaparcia!
To co przeżyłam w piątek i sobotę mogę skwitować tylko – MASAKRA JAKAŚ!!!
Dwa dni pod rząd miałam prawie porody. Tak mnie męczyło, tyle mnie to „zajęcie” kosztowało wysiłku, że potem bolało mnie całe podwozie. Całe! Zaczęłam się nawet martwić czy przez to parcie nie zrobiłam sobie tam jakiegoś „kuku”…i czy Ogrzyka nie uszkodziłam tak bardzo gniotąc brzuch…Sobotę do południa przepłakałam – choć tak bardzo sobie obiecałam, że nie będę tego robić mojemu synkowi.
W końcu, spanikowana, zadzwoniłam do ginki, ale ona (tak przewrażliwiona w innych sytuacjach) stwierdziła, żeby na razie nie panikować, że na pewno nic się nie dzieje.
Uspokoiła mnie trochę i jedyne co jeszcze budziło moje obawy to brak ruchliwości Małego. Dopiero późnym popołudniem nareszcie dał znak/sygnał i kamień spadł mi z serca.
Dzisiaj trochę bardziej puka i się wierci. Super!
Mam pić specjalny syrop, Lactulosum, który ma pomóc. Oby! Zobaczymy.
A co do imienia dla Ogrzyka – na dzień dzisiejszy zdecydowaliśmy, że będzie Szymon.
Synuś Szymuś.
I tym optymistycznym akcentem ... :-))
18 lis 2009
Niepokojąca CISZA oraz wizyta w poradni
Ale zacznę od ciszy jaka nastąpiła w moich kontaktach z Ogrzykiem. A raczej w Jego ze mną…
Wczoraj znowu trochę stwardniał mi brzuch, a konkretnie jego górna część, ten pas pod żebrami. A ponieważ dzisiaj jest podobnie i nie wiem czy wynika to z faktu, że Ogrzyk się wyraźnie przemieścił do góry czy powód jest inny, na wszelki wypadek zadzwonię jutro do ginki.
Wracając do ciszy…
Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że brzuch twardniał w ciągu dnia, ale Ogrzyk się do mnie „nie odzywał”. Ani wiercenia, ani wędrowania, ani pukania… Nawet przy szybkim chodzeniu nie czułam Małego. I jak sobie to uświadomiłam, to strasznie mi ten fakt zaczął przeszkadzać i jakoś tak dziwnie mi się zrobiło. Pusto i niewyraźnie... :-(
No, co będę dużo gadać – stęskniłam się za sygnałami od Ogrzyka.
I przestraszyłam się troszkę też.
No, bo żeby tak nawet stuknięcia po położeniu się wieczorem?! Jak to?
Nie wytrzymałam i zaczęłam pukać, a potem (wstyd się przyznać) posunęłam się nawet do potarmoszenia brzucha w celu (p)obudzenia Maluszka, żeby dał choć jeden znak/sygnał. Oczywiście natychmiast wkroczył papa Szrek („co mu robisz?! Daj mu spokój!”), ale i tak udało się – było jedno, słabe puknięcie i wybrzuszenie.
Dzisiaj w ciągu dnia znowu cisza (chyba, że były znaki ale słabiutkie) i dopiero po wyjściu z poradni – pojawiło się moje ulubione wiercenie i wyraźne wałkowanie. Ulżyło mi, ale i tak zamierzam jutro i ten fakt skonsultować z ginką. Nie wiem jaka aktywność Maluszka jest normą, a co powinno budzić niepokój i stąd, oczywiście, niewielki stres. Ech, Ogrzyku nie strasz mnie!
Byłam dzisiaj w poradni diabetologicznej. W poczekalni same ciężarówki. I trochę nas było.
Pani doktor na widok moich wyników nie panikowała. Przekroczenie normy cukru było niewielkie i na razie moja wizyta traktowana jest jako kontrolna. Ale, niestety, całkiem bezboleśnie się nie obejdzie…Dostałam glukometr i mam się cztery razy dziennie nakłuwać. Brr! Nie lubię, nie lubię! :-((
Ale jak trzeba, to trzeba. I tak na razie tylko kłucie bez diety. Może w przyszłym tygodniu na kontroli okaże się, że wszystko oki? Oby!
Dziś po kolacji kujnęłam się pierwszy raz. Auć! Ale wynik w normie, co dla mnie najważniejsze.
Sprawa imienia dla naszego Ogrzyka ciągle otwarta. Do listy wybranych przeze mnie, Szreku dołączył trzy imiona, które podobały się jemu. Selekcja zaczęła się więc od nowa. ;-))
Ale na placu boju zostały już tylko dwa imiona. Oba się nam podobają i dlatego wybór jest taki trudny. Ale nie spieszymy się. W końcu imię jest na całe życie, a jeszcze mamy trochę czasu.
Oswajamy się, wsłuchujemy i czekamy.
Może już jutro jedno z nich przemówi do nas bardziej?
Zobaczymy ;-))
Wczoraj znowu trochę stwardniał mi brzuch, a konkretnie jego górna część, ten pas pod żebrami. A ponieważ dzisiaj jest podobnie i nie wiem czy wynika to z faktu, że Ogrzyk się wyraźnie przemieścił do góry czy powód jest inny, na wszelki wypadek zadzwonię jutro do ginki.
Wracając do ciszy…
Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że brzuch twardniał w ciągu dnia, ale Ogrzyk się do mnie „nie odzywał”. Ani wiercenia, ani wędrowania, ani pukania… Nawet przy szybkim chodzeniu nie czułam Małego. I jak sobie to uświadomiłam, to strasznie mi ten fakt zaczął przeszkadzać i jakoś tak dziwnie mi się zrobiło. Pusto i niewyraźnie... :-(
No, co będę dużo gadać – stęskniłam się za sygnałami od Ogrzyka.
I przestraszyłam się troszkę też.
No, bo żeby tak nawet stuknięcia po położeniu się wieczorem?! Jak to?
Nie wytrzymałam i zaczęłam pukać, a potem (wstyd się przyznać) posunęłam się nawet do potarmoszenia brzucha w celu (p)obudzenia Maluszka, żeby dał choć jeden znak/sygnał. Oczywiście natychmiast wkroczył papa Szrek („co mu robisz?! Daj mu spokój!”), ale i tak udało się – było jedno, słabe puknięcie i wybrzuszenie.
Dzisiaj w ciągu dnia znowu cisza (chyba, że były znaki ale słabiutkie) i dopiero po wyjściu z poradni – pojawiło się moje ulubione wiercenie i wyraźne wałkowanie. Ulżyło mi, ale i tak zamierzam jutro i ten fakt skonsultować z ginką. Nie wiem jaka aktywność Maluszka jest normą, a co powinno budzić niepokój i stąd, oczywiście, niewielki stres. Ech, Ogrzyku nie strasz mnie!
Byłam dzisiaj w poradni diabetologicznej. W poczekalni same ciężarówki. I trochę nas było.
Pani doktor na widok moich wyników nie panikowała. Przekroczenie normy cukru było niewielkie i na razie moja wizyta traktowana jest jako kontrolna. Ale, niestety, całkiem bezboleśnie się nie obejdzie…Dostałam glukometr i mam się cztery razy dziennie nakłuwać. Brr! Nie lubię, nie lubię! :-((
Ale jak trzeba, to trzeba. I tak na razie tylko kłucie bez diety. Może w przyszłym tygodniu na kontroli okaże się, że wszystko oki? Oby!
Dziś po kolacji kujnęłam się pierwszy raz. Auć! Ale wynik w normie, co dla mnie najważniejsze.
Sprawa imienia dla naszego Ogrzyka ciągle otwarta. Do listy wybranych przeze mnie, Szreku dołączył trzy imiona, które podobały się jemu. Selekcja zaczęła się więc od nowa. ;-))
Ale na placu boju zostały już tylko dwa imiona. Oba się nam podobają i dlatego wybór jest taki trudny. Ale nie spieszymy się. W końcu imię jest na całe życie, a jeszcze mamy trochę czasu.
Oswajamy się, wsłuchujemy i czekamy.
Może już jutro jedno z nich przemówi do nas bardziej?
Zobaczymy ;-))
11 lis 2009
Wiemy już! Wiemy!! :-))
...czyli już po usg i wszystko jasne!
Będziemy mieli Małego Ogrzyka! :-)))
Syna!
Chłopaczka!
Co prawda kosztowało nas to usg 200 zł (chociaż przysługiwało mi na NFZ ze względu na wiek), ale oczywiście zabrakło już punktów czy innych dupereli - jak zwykle u nas w kraju pod koniec roku. Lekarz zaproponował, że mogę podzwonić po innych przychodniach i popytać czy gdzieś są jeszcze wolne, darmowe wizyty, ale nie chcieliśmy już czekać. O, nie! I tak się naczekaliśmy! Trudno.
Ale warto było wydać każdą złotówkę, a jak trzeba będzie to do końca miesiąca możemy jeść suchy chleb dla konia! :-)))
Poprosiliśmy o nagranie (oczywiście - no problem!), a także o wiadomość co TAM ma - jeśli uda się coś wyśledzić. Udało się od razu! Doktorek nawet zdjęcie w przybliżeniu dla Szreka zrobił! Ech, Ci mężczyźni... ;-))
Co dla mnie najważniejsze - wszystko inne jest w najlepszym porządku.
Ogrzyk został obejrzany, pomierzony, posłuchaliśmy serduszka, a nawet przez chwilę oglądaliśmy Maluszka na 3D. Szkoda tylko, że pępowina zasłoniła część buźki Ogrzyka. Ale za to dwa razy spojrzał prosto "w obiektyw" ;-))
Jedyne, na co lekarz zwrócił uwagę i co go zaniepokoiło, to łożysko, które umocowane jest jakoś tak (nie pamiętam dokładnie sformułowania), że podczas porodu trzeba będzie na to uważać ze względu na możliwe krwawienia (?!). Ale to w tej chwili nie jest żadnym problemem.
Następne oglądanie w 28 tygodniu.
A teraz my głowimy się jakie imię będzie pasowało do naszego Ogrzyka - Igor? Rysiek? Robert czy Artur?
Osiołkowi w żłobie dano...
A imię to bardzo ważna rzecz. Moje dwa ulubione męskie imiona, niestety, są już zajęte (Szreku, mój brat, nasz najlepszy przyjaciel, synek naszych najbliższych znajomych...).
Ale nic to - wybierzemy inne, które będzie pasować do naszego Maluszka.
A może zrobić głosowanie on line? hihi.
Odprężyłam się i jest mi teraz tak lekko i dobrze!
Życzę sobie, żeby każde kolejne badanie i usg wychodziło tak dobrze jak dzisiejsze!
I tym optymistycznym akcentem...z radosnym puknięciem od Ogrzyka - dobranoc!
p.s. Aaaa! Zapomniałam o kilku detalach. Ogrzyk waży ok 443 g! A w trakcie oglądania pokazał nam palec...Na szczęście doktorek dopatrzył się, że nie był to palec środkowy tylko wskazujący. ;-))
Będziemy mieli Małego Ogrzyka! :-)))
Syna!
Chłopaczka!
Co prawda kosztowało nas to usg 200 zł (chociaż przysługiwało mi na NFZ ze względu na wiek), ale oczywiście zabrakło już punktów czy innych dupereli - jak zwykle u nas w kraju pod koniec roku. Lekarz zaproponował, że mogę podzwonić po innych przychodniach i popytać czy gdzieś są jeszcze wolne, darmowe wizyty, ale nie chcieliśmy już czekać. O, nie! I tak się naczekaliśmy! Trudno.
Ale warto było wydać każdą złotówkę, a jak trzeba będzie to do końca miesiąca możemy jeść suchy chleb dla konia! :-)))
Poprosiliśmy o nagranie (oczywiście - no problem!), a także o wiadomość co TAM ma - jeśli uda się coś wyśledzić. Udało się od razu! Doktorek nawet zdjęcie w przybliżeniu dla Szreka zrobił! Ech, Ci mężczyźni... ;-))
Co dla mnie najważniejsze - wszystko inne jest w najlepszym porządku.
Ogrzyk został obejrzany, pomierzony, posłuchaliśmy serduszka, a nawet przez chwilę oglądaliśmy Maluszka na 3D. Szkoda tylko, że pępowina zasłoniła część buźki Ogrzyka. Ale za to dwa razy spojrzał prosto "w obiektyw" ;-))
Jedyne, na co lekarz zwrócił uwagę i co go zaniepokoiło, to łożysko, które umocowane jest jakoś tak (nie pamiętam dokładnie sformułowania), że podczas porodu trzeba będzie na to uważać ze względu na możliwe krwawienia (?!). Ale to w tej chwili nie jest żadnym problemem.
Następne oglądanie w 28 tygodniu.
A teraz my głowimy się jakie imię będzie pasowało do naszego Ogrzyka - Igor? Rysiek? Robert czy Artur?
Osiołkowi w żłobie dano...
A imię to bardzo ważna rzecz. Moje dwa ulubione męskie imiona, niestety, są już zajęte (Szreku, mój brat, nasz najlepszy przyjaciel, synek naszych najbliższych znajomych...).
Ale nic to - wybierzemy inne, które będzie pasować do naszego Maluszka.
A może zrobić głosowanie on line? hihi.
Odprężyłam się i jest mi teraz tak lekko i dobrze!
Życzę sobie, żeby każde kolejne badanie i usg wychodziło tak dobrze jak dzisiejsze!
I tym optymistycznym akcentem...z radosnym puknięciem od Ogrzyka - dobranoc!
p.s. Aaaa! Zapomniałam o kilku detalach. Ogrzyk waży ok 443 g! A w trakcie oglądania pokazał nam palec...Na szczęście doktorek dopatrzył się, że nie był to palec środkowy tylko wskazujący. ;-))
10 lis 2009
Czkawka?
Nad ranem obudziły mnie kujnięcia – ewidentny znak, że Maluszkowi nie wygodnie. Przewróciłam się na drugi bok i wtedy poczułam jakieś drżenie/trzęsienie w brzuchu. Już miałam się przestraszyć, kiedy zorientowałam się, że są one bardzo rytmiczne. I wtedy przypomniało mi się, że gdzieś czytałam (na suwaczku?), że takie szybkie ruchy w brzuchu to czkawka Maluszka. Moja krew! ;-)) Ja też od zawsze jestem czkawkowa-panienka. Nawet kiedy byłam w brzuchu u mamy już zdarzały mi się czkawki. No, bo jeśli to nie była czkawka, to co wyprawiało dzisiaj moje dziecko??
Byliśmy ze Szrekiem w hurtowni, żeby rozejrzeć się w mebelkach, wózkach i innych rzeczach, których zakup czeka nas niebawem. Chodziłam między tymi wszystkimi kolorowymi słodkościami, dotykałam i cieszyłam oko, nieraz wzruszenie odejmowało mi mowę (hormony szalały!) i tylko dwie sprawy przerażały – CENY (!!!) i decyzje, które trzeba będzie niebawem podejmować.
Ceny są masakryczne! Nawet nie próbuję podliczać ile, tak na szybko, będziemy potrzebować kasy na podstawowe zakupy i….skąd, do diabła, ją weźmiemy?! Już wiemy, że wózek kupimy używany, bo nowy to koszt zaczynający się od 1 tys. w górę! Niestety nie uda się oszczędzić na ciuszkach czy innych rzeczach praktycznie jednorazowego użytku, bo dziecko tak szybko wyrasta, bo znajomi, którzy niedawno zostali rodzicami już porozdawali ciuszki po swoich pociechach – tyle jest dookoła ciężarówek.
No, nic – nie ma co biadolić! Trzeba zacisnąć pasa i skrobać kasę na wyprawkę dla Maluszka!
I tu wracamy do sprawy DECYZJI! Ileż ich jeszcze przed nami! Od takiej niby prostej (ale jakże ważnej!) jak IMIĘ, poprzez decyzję, które łóżeczko wybrać, jaką pościel (taki wybór i wszystko takie cudowne!) no i w końcu wózek…
Wiem, że koniec końców damy sobie radę (jak ze wszystkim do tej pory) ale i tak, jak o tym pomyślę, to czuję zawrót głowy.
Jutro jedziemy na usg. Mam wielką nadzieję, że wszystko z dzieckiem oki! A przy okazji może Maluszek pokaże co tam ma? Już się nie mogę doczekać jutra!
p.s. Martwi mnie to, że coś mnie próbuje "brać". Do kataru już się przyzwyczaiłam, bo go mam od początku ciąży, ale teraz dochodzi jeszcze jakieś smyranie w gardle i uchu, a to nie wróży niczego dobrego. :-( A kysz! Poszły won ode mnie zarazki!
Kładę się do wyrka wygrzać stare kości ;-))
Byliśmy ze Szrekiem w hurtowni, żeby rozejrzeć się w mebelkach, wózkach i innych rzeczach, których zakup czeka nas niebawem. Chodziłam między tymi wszystkimi kolorowymi słodkościami, dotykałam i cieszyłam oko, nieraz wzruszenie odejmowało mi mowę (hormony szalały!) i tylko dwie sprawy przerażały – CENY (!!!) i decyzje, które trzeba będzie niebawem podejmować.
Ceny są masakryczne! Nawet nie próbuję podliczać ile, tak na szybko, będziemy potrzebować kasy na podstawowe zakupy i….skąd, do diabła, ją weźmiemy?! Już wiemy, że wózek kupimy używany, bo nowy to koszt zaczynający się od 1 tys. w górę! Niestety nie uda się oszczędzić na ciuszkach czy innych rzeczach praktycznie jednorazowego użytku, bo dziecko tak szybko wyrasta, bo znajomi, którzy niedawno zostali rodzicami już porozdawali ciuszki po swoich pociechach – tyle jest dookoła ciężarówek.
No, nic – nie ma co biadolić! Trzeba zacisnąć pasa i skrobać kasę na wyprawkę dla Maluszka!
I tu wracamy do sprawy DECYZJI! Ileż ich jeszcze przed nami! Od takiej niby prostej (ale jakże ważnej!) jak IMIĘ, poprzez decyzję, które łóżeczko wybrać, jaką pościel (taki wybór i wszystko takie cudowne!) no i w końcu wózek…
Wiem, że koniec końców damy sobie radę (jak ze wszystkim do tej pory) ale i tak, jak o tym pomyślę, to czuję zawrót głowy.
Jutro jedziemy na usg. Mam wielką nadzieję, że wszystko z dzieckiem oki! A przy okazji może Maluszek pokaże co tam ma? Już się nie mogę doczekać jutra!
p.s. Martwi mnie to, że coś mnie próbuje "brać". Do kataru już się przyzwyczaiłam, bo go mam od początku ciąży, ale teraz dochodzi jeszcze jakieś smyranie w gardle i uchu, a to nie wróży niczego dobrego. :-( A kysz! Poszły won ode mnie zarazki!
Kładę się do wyrka wygrzać stare kości ;-))
5 lis 2009
Po wizycie, irytujące przesądy i Maluszek fikający koziołki ;-)
Wizyta u Ginki za mną.
Wieści i dobre i takie sobie. Bóle i twardnienie brzucha na razie nie groźne, bo wszystko wygląda oki. Opisała mi mniej więcej na czym polega różnica między stwardnieniem, a przekręcaniem się/wierceniem Maluszka. To drugie występuje u mnie znacznie częściej. ;-))
Ciśnienie, chociaż fika, mam mierzyć i obserwować, a na razie dawki nie podnosimy. Tak samo z obniżonym hormonem fT3. Włączyła mi dodatkowo jod zamiast podnosić dawkę euthyroxu. Słabnącą krew, chociaż jeszcze w normie, mam podreperować witaminami. No i jeszcze luteina na razie zostaje, ale po tygodniu zmniejszam dawkę do 2x1. Posłuchałyśmy pulsu dziecka i kopniaczków, które słychać było głośno i wyraźnie. ;-)
A z wieści takich sobie – obciążenie glukozą wykazało podniesioną wartość po 2 godz. Norma jest do 140, a ja miałam 142. To niewiele więcej, ale i tak poleciła mi kontakt z przychodnią diabetologiczną. No to idę, bo trzeba pilnować, żeby cukier nie rósł. Ginka powiedziała, że zapewne dostanę dietę…I co ja zrobię z moimi ciągotami na słodkie?! :-( Jestem pewna, że to będzie zakaz numero uno – zero słodkiego.
Nic to! Mam nadzieję, że wyniki usg wyjdą prawidłowo, a reszta jest bez znaczenia. Oby z Maluszkiem było wszystko w porządku! Poza tym mam, jak zwykle, do niej dzwonić i meldować co i jak.
Szreku wrócił wczoraj z pracy zbulwersowany. Chwila rozmowy z koleżankami doprowadziła go do białej furii. Rozmawiali o zwierzętach i Szreku wspomniał coś o naszej kocie. Któraś z koleżanek (a wszystkie młode, około 30-tki!) przypomniała sobie, że przecież u nas jest dziecko w drodze, a jej znajomej jak była w ciąży lekarz kazał natychmiast pozbyć się dwóch kotów (!!), z którymi do tej pory żyli. „I zrobiła to, bo kot w domu zagraża kobiecie w ciąży! Bo koty choroby roznoszą!” Cytat oryginalny. Szeku oburzony wdał się w dyskusję, ale został zakrzyczany, bo okazało się, że wszystkie koleżanki o tym słyszały i wszystkie zrobiłyby tak samo, bo wierzą, że koty to samo zło, a zachowanie większej higieny i ostrożności to za mało! Niewiedza, mity i niechęć do kotów powoduje przekazywanie takich bzdur i okrutnie krzywdzących opinii. Miałam już dwa razy sprawdzaną toksoplazmozę i wynik jest ujemny. Szkoda, że lekarz, który tak lekko, bezdusznie i kategorycznie kazał pacjentce pozbyć się zwierzaków z domu (jak niepotrzebnej rzeczy, jak śmiecia!) nie ostrzegł jej, że głównym źródłem zakażenia tokso są odchody kocie, ale najczęściej można zarazić się przez zjedzenie surowego lub źle dogotowanego mięsa! Moja ginka kazała tylko jak najrzadziej dotykać kuwety…i już! Zapewne jeszcze raz każe mi zrobić test na tokso, ale jestem więcej niż pewna, że wyniki będą ujemne – tak jak do tej pory. Szkoda, że lekarze (nakazujący pozbycia się kotów) nie zwracają uwagi na to, że większe zagrożenie dla ciężarówki stwarzają znajomi (i nieznajomi) przeziębieni lub chorzy, a także syfy, które producenci pakują nam do jedzenia. Zwracam ostatnio większą uwagę na etykiety kupowanych produktów i podsumuję jednym słowem: masakra! Większość wraca na półkę. Nie będę mojemu dziecku już w okresie prenatalnym serwować tych wszystkich E, glutaminianu sodu i innych takich „ulepszaczy”.
A co do Ogrzyka.
Ostatnio moje dziecko tak „zaszalało”, że myślałam, że zrobiło sobie imprezkę hihi. Przez chwilę zastanawiałam się nawet czy nie ma butów na obcasie i… rogów! Hahaha. Smyranie i pukanie to przy fikaniu koziołków pikuś! Moje Ogrzę tak potrafi się przepychać, wypinać, a może nawet przeciągać, że aż brzuchol zmienia kształt. ;-)) No i potrafi już zmusić mnie do zmiany pozycji, kiedy coś mu nie pasuje. Obudziłam się dzisiaj w nocy na prawym boku z bolesnym kłuciem w dole brzucha. Trochę przestraszona usiadłam, ale kłucie nasiliło się. Kiedy wstałam i pokołysałam biodrami – ból minął jak ręką odjął. I potem do rana było już spokojnie i bez sensacji. Zrozumiałam, że dziecko nie lubi jak leżę na prawym boku. Nie lubi też jak próbuję za szybko chodzić. A ciężko mi się przestawić, bo ja zawsze szybko chodziłam i zawsze i wszędzie się spieszyłam. Teraz już nie pospieszę. Kiedy tylko wrzucam „czwarty bieg”, brzuch napina się i czuję jakby Młode w środku zapierało się. Wiem jak dziwnie to brzmi, ale tak czuję.
No, i czyż to nie jest już mały terrorysta?
Wieści i dobre i takie sobie. Bóle i twardnienie brzucha na razie nie groźne, bo wszystko wygląda oki. Opisała mi mniej więcej na czym polega różnica między stwardnieniem, a przekręcaniem się/wierceniem Maluszka. To drugie występuje u mnie znacznie częściej. ;-))
Ciśnienie, chociaż fika, mam mierzyć i obserwować, a na razie dawki nie podnosimy. Tak samo z obniżonym hormonem fT3. Włączyła mi dodatkowo jod zamiast podnosić dawkę euthyroxu. Słabnącą krew, chociaż jeszcze w normie, mam podreperować witaminami. No i jeszcze luteina na razie zostaje, ale po tygodniu zmniejszam dawkę do 2x1. Posłuchałyśmy pulsu dziecka i kopniaczków, które słychać było głośno i wyraźnie. ;-)
A z wieści takich sobie – obciążenie glukozą wykazało podniesioną wartość po 2 godz. Norma jest do 140, a ja miałam 142. To niewiele więcej, ale i tak poleciła mi kontakt z przychodnią diabetologiczną. No to idę, bo trzeba pilnować, żeby cukier nie rósł. Ginka powiedziała, że zapewne dostanę dietę…I co ja zrobię z moimi ciągotami na słodkie?! :-( Jestem pewna, że to będzie zakaz numero uno – zero słodkiego.
Nic to! Mam nadzieję, że wyniki usg wyjdą prawidłowo, a reszta jest bez znaczenia. Oby z Maluszkiem było wszystko w porządku! Poza tym mam, jak zwykle, do niej dzwonić i meldować co i jak.
Szreku wrócił wczoraj z pracy zbulwersowany. Chwila rozmowy z koleżankami doprowadziła go do białej furii. Rozmawiali o zwierzętach i Szreku wspomniał coś o naszej kocie. Któraś z koleżanek (a wszystkie młode, około 30-tki!) przypomniała sobie, że przecież u nas jest dziecko w drodze, a jej znajomej jak była w ciąży lekarz kazał natychmiast pozbyć się dwóch kotów (!!), z którymi do tej pory żyli. „I zrobiła to, bo kot w domu zagraża kobiecie w ciąży! Bo koty choroby roznoszą!” Cytat oryginalny. Szeku oburzony wdał się w dyskusję, ale został zakrzyczany, bo okazało się, że wszystkie koleżanki o tym słyszały i wszystkie zrobiłyby tak samo, bo wierzą, że koty to samo zło, a zachowanie większej higieny i ostrożności to za mało! Niewiedza, mity i niechęć do kotów powoduje przekazywanie takich bzdur i okrutnie krzywdzących opinii. Miałam już dwa razy sprawdzaną toksoplazmozę i wynik jest ujemny. Szkoda, że lekarz, który tak lekko, bezdusznie i kategorycznie kazał pacjentce pozbyć się zwierzaków z domu (jak niepotrzebnej rzeczy, jak śmiecia!) nie ostrzegł jej, że głównym źródłem zakażenia tokso są odchody kocie, ale najczęściej można zarazić się przez zjedzenie surowego lub źle dogotowanego mięsa! Moja ginka kazała tylko jak najrzadziej dotykać kuwety…i już! Zapewne jeszcze raz każe mi zrobić test na tokso, ale jestem więcej niż pewna, że wyniki będą ujemne – tak jak do tej pory. Szkoda, że lekarze (nakazujący pozbycia się kotów) nie zwracają uwagi na to, że większe zagrożenie dla ciężarówki stwarzają znajomi (i nieznajomi) przeziębieni lub chorzy, a także syfy, które producenci pakują nam do jedzenia. Zwracam ostatnio większą uwagę na etykiety kupowanych produktów i podsumuję jednym słowem: masakra! Większość wraca na półkę. Nie będę mojemu dziecku już w okresie prenatalnym serwować tych wszystkich E, glutaminianu sodu i innych takich „ulepszaczy”.
A co do Ogrzyka.
Ostatnio moje dziecko tak „zaszalało”, że myślałam, że zrobiło sobie imprezkę hihi. Przez chwilę zastanawiałam się nawet czy nie ma butów na obcasie i… rogów! Hahaha. Smyranie i pukanie to przy fikaniu koziołków pikuś! Moje Ogrzę tak potrafi się przepychać, wypinać, a może nawet przeciągać, że aż brzuchol zmienia kształt. ;-)) No i potrafi już zmusić mnie do zmiany pozycji, kiedy coś mu nie pasuje. Obudziłam się dzisiaj w nocy na prawym boku z bolesnym kłuciem w dole brzucha. Trochę przestraszona usiadłam, ale kłucie nasiliło się. Kiedy wstałam i pokołysałam biodrami – ból minął jak ręką odjął. I potem do rana było już spokojnie i bez sensacji. Zrozumiałam, że dziecko nie lubi jak leżę na prawym boku. Nie lubi też jak próbuję za szybko chodzić. A ciężko mi się przestawić, bo ja zawsze szybko chodziłam i zawsze i wszędzie się spieszyłam. Teraz już nie pospieszę. Kiedy tylko wrzucam „czwarty bieg”, brzuch napina się i czuję jakby Młode w środku zapierało się. Wiem jak dziwnie to brzmi, ale tak czuję.
No, i czyż to nie jest już mały terrorysta?
3 lis 2009
Smyr-smyr...
Do wędrowania po brzuchu, do przepychania i uciskania – dołączyło przedwczoraj wyraźne smyr-smyr. ;-))
Już kilka dni temu poczułam coś podobnego, ale nie uwierzyłam, że to już TO. A tu przedwczoraj, kiedy leżałam wieczorem na wznak, w moim brzuchu znowu Małe zaczęło swoją wędrówkę i zmianę pozycji. Kiedy położyłam dłoń na brzuchu, poczułam od środka wyraźne smyr-smyr. Takie prawie puk-puk. Uczucie niesamowite! :-)) Taki znak tylko dla mnie od Małego Człowieczka we mnie. Szreku macał mnie potem po brzuchu, ale już Ogrzę się nie odezwało. Trudno. Może następnym razem. ;-)
Moja ciąża wyzwala w Szreku groźnego bulteriera spuszczonego ze smyczy, psa pasterskiego pilnującego swojego stada i bodyguarda w jednym. Prawie warczy na ludzi, którzy przechodzą za blisko mnie (bo mogą popchnąć, potrącić!) chociaż nie czuję się zagrożona, a w większości przypadków o „zagrożeniu” dowiaduję się po fakcie, kiedy widzę minę Szreka i pytam co się stało. Zabawne uczucie, zwłaszcza, że nie czuję się krucha czy delikatna. Wręcz odwrotnie – coraz bardziej masywna. Ale to miłe, że budzę w Nim takie (nad)opiekuńcze uczucia. ;-))
* * *
Nie lubię początku listopada.
Przygnębia mnie i przytłacza. Irytuje obserwowanym dookoła szaleństwem zakupowym (znicze – koniecznie największe, wiązanki i kwiaty – najdroższe), zamieszaniem i korkami na drogach, a potem walką o miejsce parkingowe pod cmentarzem. Gubi się w tym wszystkim najważniejsze – pamięć i zadumę nad tymi, którzy odeszli. Przez to zamieszanie i pogoń nie ma czasu na zatrzymanie się na chwilkę, powspominanie, zastanowienie się nad upływającym czasem, nad tym, co dla nas w życiu jest najważniejsze.
Mimo tego, że moje odczucia i coroczne zamieszanie nie zmieniły się – w tym roku było zupełnie inaczej. Spokojniej, lepiej i nie było poprzedniego przygnębienia.
Nie wiem - czy to pogoda, czy mój stan, czy obie sprawy jednocześnie, ale łikend zaliczam do przyjemniejszych od dłuższego czasu. Może wpływ na samopoczucie miał też fakt, że rozłożyliśmy wizyty na cmentarzach na dwa dni. Dziadków i braci (mamy) odwiedziliśmy w sobotę, a do ojca pojechaliśmy na spokojnie w niedzielę.
Pogoda wyjątkowo w tym roku dopisała i pomimo zimna, było pięknie i słonecznie.
Przyjemnie było tak iść, grzać się w promieniach jesiennego słońca, oglądać groby pokryte dywanem złotych liści, kwiatów i zniczy, dźwigać przed sobą brzuchol z Ogrzykiem w środku i wsłuchiwać się w siebie, w swoje myśli…
A dzisiaj?
A dzisiaj przedostatni dzień 20 tygodnia.
Brzuch trochę pobolewał przez ostatnie kilka dni, ale jutro idę na wizytę więc o wszystko wypytam ginkę. Zwłaszcza o to, jak odróżnić twardnienie od zwykłego przemieszczania się i wałkowania mojego Ogrzyka. No i sprawdzimy czy u Małej Istotki wszystko w porządku.
A za tydzień drugie usg genetyczne. Jak to szybko leci....
Już kilka dni temu poczułam coś podobnego, ale nie uwierzyłam, że to już TO. A tu przedwczoraj, kiedy leżałam wieczorem na wznak, w moim brzuchu znowu Małe zaczęło swoją wędrówkę i zmianę pozycji. Kiedy położyłam dłoń na brzuchu, poczułam od środka wyraźne smyr-smyr. Takie prawie puk-puk. Uczucie niesamowite! :-)) Taki znak tylko dla mnie od Małego Człowieczka we mnie. Szreku macał mnie potem po brzuchu, ale już Ogrzę się nie odezwało. Trudno. Może następnym razem. ;-)
Moja ciąża wyzwala w Szreku groźnego bulteriera spuszczonego ze smyczy, psa pasterskiego pilnującego swojego stada i bodyguarda w jednym. Prawie warczy na ludzi, którzy przechodzą za blisko mnie (bo mogą popchnąć, potrącić!) chociaż nie czuję się zagrożona, a w większości przypadków o „zagrożeniu” dowiaduję się po fakcie, kiedy widzę minę Szreka i pytam co się stało. Zabawne uczucie, zwłaszcza, że nie czuję się krucha czy delikatna. Wręcz odwrotnie – coraz bardziej masywna. Ale to miłe, że budzę w Nim takie (nad)opiekuńcze uczucia. ;-))
* * *
Nie lubię początku listopada.
Przygnębia mnie i przytłacza. Irytuje obserwowanym dookoła szaleństwem zakupowym (znicze – koniecznie największe, wiązanki i kwiaty – najdroższe), zamieszaniem i korkami na drogach, a potem walką o miejsce parkingowe pod cmentarzem. Gubi się w tym wszystkim najważniejsze – pamięć i zadumę nad tymi, którzy odeszli. Przez to zamieszanie i pogoń nie ma czasu na zatrzymanie się na chwilkę, powspominanie, zastanowienie się nad upływającym czasem, nad tym, co dla nas w życiu jest najważniejsze.
Mimo tego, że moje odczucia i coroczne zamieszanie nie zmieniły się – w tym roku było zupełnie inaczej. Spokojniej, lepiej i nie było poprzedniego przygnębienia.
Nie wiem - czy to pogoda, czy mój stan, czy obie sprawy jednocześnie, ale łikend zaliczam do przyjemniejszych od dłuższego czasu. Może wpływ na samopoczucie miał też fakt, że rozłożyliśmy wizyty na cmentarzach na dwa dni. Dziadków i braci (mamy) odwiedziliśmy w sobotę, a do ojca pojechaliśmy na spokojnie w niedzielę.
Pogoda wyjątkowo w tym roku dopisała i pomimo zimna, było pięknie i słonecznie.
Przyjemnie było tak iść, grzać się w promieniach jesiennego słońca, oglądać groby pokryte dywanem złotych liści, kwiatów i zniczy, dźwigać przed sobą brzuchol z Ogrzykiem w środku i wsłuchiwać się w siebie, w swoje myśli…
A dzisiaj?
A dzisiaj przedostatni dzień 20 tygodnia.
Brzuch trochę pobolewał przez ostatnie kilka dni, ale jutro idę na wizytę więc o wszystko wypytam ginkę. Zwłaszcza o to, jak odróżnić twardnienie od zwykłego przemieszczania się i wałkowania mojego Ogrzyka. No i sprawdzimy czy u Małej Istotki wszystko w porządku.
A za tydzień drugie usg genetyczne. Jak to szybko leci....
Subskrybuj:
Posty (Atom)