Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie Fjony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie Fjony. Pokaż wszystkie posty

17 cze 2016

Wyjazd Ogrzyka



Wieczór. 
Ogr usypia Ogrzyka, który dzisiaj wrócił z „zielonego przedszkola”. Nie było go 4 dni! Wierzyć mi się nie chce, że na tak długo pojechał gdzieś bez nas! Do tej pory nawet nie nocował bez nas poza domem. Nie było takiej okazji ani potrzeby. Moja mama zostawała z nim u nas, a kiedy jechali do teściowej – zawsze był tam Ogr. Nigdy nie zostawilibyśmy Ogrzyka samego z moją teściową, ale to już zupełnie inna historia.
A tu takie poważne wydarzenie...
Wielki krok naprzód. Prawdziwe „odpępnienie”.
Pierwsze wypuszczenie synka spod kurateli. Pierwsze poważne oddanie Ogrzyka światu, innemu, bardziej jego niż naszemu, w którym my już tak do końca nie podglądamy, nie uczestniczymy na każdym kroku. Oprócz typowego strachu o niego (o to, czy nie będzie za nami płakał, czy mu nie będzie źle, jak sobie poradzi, czy zostanie odpowiednio zaopiekowany), czułam zwykłą zazdrość, że wychowawczynie będą go oglądać w sytuacjach, w których ja chciałabym go zobaczyć: jak sobie radzi z rówieśnikami, jak się bawi, jak tańczy (ponoć jest rewelacyjnym tancerzem, ale przy nas się wstydzi).
Taak. Jak to mówił Pawlak w filmie „Sami swoi” – „nieuchronnie zmierza ku pełnoletniości”. Dociera do mnie boleśnie, że coraz więcej będzie takich chwil, że coraz dalej będzie mu do nas, a coraz bliżej do kolegów i koleżanek, że inni ludzie będą wkrótce dla niego równie ważni, albo i ważniejsi niż jego „starzy”…
A wyjazd się udał, dzieci wróciły zadowolone. Miały tyle atrakcji, że nie było czasu na tęsknotę czy nudę. Sama chętnie bym to wszystko zobaczyła i przeżyła.
I do tego wydaje mi się, że my, rodzice, bardziej przeżyliśmy ich wyjazd i nieobecność niż oni oddalenie! Tak pusto i cicho było w domu! Nawet kota była jakaś markotna. Nikt nie trajkotał od rana, nie jeździł po mieszkaniu na hulajnodze, nie hałasował sąsiadom generalnie…
Zaczęłam się zastanawiać, jak my żyliśmy kiedy nie było z nami Ogrzyka. :-) 
Fajnie, że mu się tam podobało, że dał radę i nie musieliśmy po niego jechać wcześniej.
Fajnie, że już wrócił, że już jest z nami.

21 wrz 2013

Pół roku milczenia...


Kiedy to minęło?? Potrzebowałam aż pół roku?
Od czego by tu...od czego zacząć po półrocznej przerwie? Od szybkiego skrótu? Jak szybkiego? I jak krótkiego?
No, dobra jakoś przymierzę się i naklikam co nieco. Bo potrzebuję znowu coś tu napisać. Choćby, że jestem, że się staram jakoś wykaraskać i postawić do pionu, że może wreszcie będzie lepiej.... bo nie było fajnie. Bo od marca działo się!
...choroba za chorobą i chorobą poganiała - jelitówka, infekcje (o różnym natężeniu), owsiki, reakcje alergiczne, raz za razem, coraz gorsze obturacyjne zapalenie oskrzeli (byliśmy o krok od szpitala), systematyczne i paniczne nocne jazdy do tzw. "świątecznej pomocy", wypisanie ze żłobka, podejrzenie celiakii (musimy ostatecznie zdiagnozować),dieta bez mąki pszennej, przed nami testy genetyczne...O naszych (Szreka i moich) chorobach nie piszę, bo to oczywiste, że we wszystkim towarzyszyliśmy Ogrzykowi (oprócz alergii na mąkę pszenną. chociaż nie sprawdzaliśmy ;-)).
Do tego syf w pracy i moja matka...
Potrzebowałam zmiany, bo czułam, że wariuję. Że - gdyby nie mój choleryczny, wysoko reaktywny charakter - depresja murowana!
Zaczęłam od małych kroczków.
Zmieniłam pediatrę, bo nasza była do dupy. Antybiotyk był najlepszym lekiem na całe zło -od kataru do swędzącej dupy. Teraz płacimy za każdą wizytę, pediatra ma 80 lat (tak, to nie żart!!), ale Ogrzyk od kilku miesięcy nie brał antybiotyku. Zaliczyliśmy już trzy (TRZY!!) infekcje Ogrzyka i wykaraskał się bez antybiotyku, inhalacji i sterydów. Ale bierze antyhistaminę. Nic to. Ważne, że działa.
Zaczęłam wreszcie podchodzić na większym luzie do kierowniczki i do pracy. Jest jak jest i tak jest dobrze! Ale jestem czujna, bo wiem, że powinnam. Z różnych względów. Najważniejszy to ten, że jej nie ufam, bo to typ z serii "słodka trucizna".
Zaczęłam wreszcie dbać o siebie, bo to ostatnia chwila. Ten punkt, akurat, ciągle jest jeszcze w fazie wdrażania. Ale walczę ze swoimi nawykami i lenistwem. Wiele muszę zmienić. Duużo wyrzeczeń przede mną.
Będzie bolało.
Ale chcę dać radę! Dla Ogrzyka, Szreka i mojego brata. I dla siebie, bo już sama siebie wq...wnerwiam przeokrutnie!
Na dziś to tyle.
Wracam i będę pisać, bo nie wyobrażam sobie już bez tego życia. Wiele w tym czasie przemyślałam i chyba wiem czego chcę i potrzebuję. A do papierowego, "ręcznego" pamiętnika powrotu nie widzę.
A więc do następnego...

4 lis 2012

Nie mam sił...


Serio, serio: nie mam!
Bo za szybko i zbyt intensywnie żyję.
Biegiem żyję ostatnio… i stresem.
Biegiem mijają mi dni. Nawet mój puls się dostosował i zapitala ponad 85-95 uderzeń na minutę. To niedobrze, bo ponoć najlepszy puls dla serca, to około 70 uderzeń na minutę. Wolniej serce bije – dłużej pożyjesz!
A stresuję się – jak zwykle – wszystkim!
Do tego „wszystkiego” doszły myśli o małej Karolce i jej rodzicach. Boże, jakie to niesprawiedliwe! My sobie żyjemy, pracujemy, wnerwiamy się na duperele, na Łobuziaka ogrzego, który jest nieznośny, marudzimy, cieszymy się… Ich życie wygląda i smakuje zupełnie inaczej. Dla nich każdy dzień ma znaczenie zupełnie inne, zupełnie inne mają problemy, coś innego ich cieszy i smuci…
I ten ból, kiedy patrzy się na cierpienie swojego dziecka. Nie chcę nawet próbować myśleć, że wiem jak to jest. Samo myślenie o nich boli. Bardzo.
Ale to nie chodzi o mój ból. Ktoś jest bardziej lub mniej wrażliwy i już.
A po drodze był 1.11 - mój nielubiany dzień.
Czytałam blogi o śmierci, o raku i o tym, że ten syf zabiera tak wspaniałe osoby (http://andzia-i-nieborak.blog.onet.pl/ i  http://chustka.blogspot.com/)!  Czy mi to coś daje? A musi? Przeżywam i już.

A u nas co?
A to:
- Ogrzyk jest ZNOWU chory! Gad-demyt! Chyba po raz czwarty od września. Moja mama praktycznie u nas mieszka. Nie to, żebym coś miała przeciwko – bardzo mi pomaga. Bardzo! Nigdy bym jej nie podejrzewała. Jaka jest, taka jest, ale staje na wysokości zadania i dla Ogrzyka jest najlepszą opiekunką ever! Nigdy bym nie zostawiła Ogrzyka pod opieką teściowej, na ten przykład. Noł-łej!
- w pracy u mła – oszty!- znaczy: napiszę później. Teraz nie jestem (ciągle) gotowa.
- ja – jestem tak zmęczona, że padam na ryj jak tylko usiądę. :-(( Tak, wiem – dziwnie to brzmi, ale tak jest. Ostatnio udało mi się usnąć (tak, gad-demyt!) na kilku filmach, przy czytaniu książki (nie, żeby nudna była! Robię/przeprowadzam ostrą selekcję) i czekając na uruchomienie się laktopa!
No, masakra!
Starość? Cukrzyca? (tfu tfu!).
Dlatego nie ma mnie TU, bo śpię tam. Żenuła! Ale, jak to mówią – starość nie radość… I do tego jestem świadoma swojej nieudolności i dezorganizacji. Logistycznie leżę na plecach i kwiczę! I ciągle nie umiem się organizować, zaplanować, ogarnąć jakoś.
- my – ze Szrekiem, znaczy się – nie chce mi się o tym gadać! I już nawet nie chce mi się coś mu tłumaczyć, rozmawiać… nie chce mi się! I już.

 Na dziś wystarczy. Ciąg dalszy nastąpi.
Może.
Jak znowu nie usnę przy uruchomianiu kal…laktopa… ;-))

11 paź 2012

Bądź lepszy, październiku!

- Sajmon przechorował większą część września. Gdyby nie moja mama, musiałabym iść na zwolnienie zanim wróciłam do pracy. Jaka jest, taka jest, ale bardzo pomogła i stanęła na wysokości zadania. Dwukrotnie. W ten sposób adaptacja żłobkowa nie trwała więcej niż 10 dni. Dobrze, że choć tyle. Zobaczymy jaki będzie październik, ale nie mam złudzeń i cudów nie oczekuję.
- Ogrzyk i tak skorzystał z tych dni w żłobku – coraz częściej słyszę „ja!”, kiedy próbuje samodzielnie coś zrobić, pije z kubka (zwykłego! żegnaj niekapku!), próbuje też samodzielnie jeść (tylko ciągle jest za mało cierpliwy albo za bardzo wygodny), włazi na meble i dosięga rzeczy, których nie powinien (z tego się akurat średnio cieszę), podskakuje mówiąc przy tym „hop!”, próbuje śpiewać (słodkie to!), gania kocicę (hmm, na tym polu czeka nas prawdziwa walka i przeprawa, bo jest bardzo niedelikatny), wszystko wymusza krzykiem i płaczem (w myśl zasady: maj-łej-or-no-łej)
- mówi coraz więcej, a przynajmniej próbuje: moja mama, mój tata, mama, tata i ja!, dapcije (dobrze), pada, citek (to do Kiki), bucia (picie), mama-Ania, tata-dziś (zamiast Krzyś), buba (kupa), boji (boli), tata, a to-to? (a co to?)
Rozrzuca zabawki. Tłumaczę mu, że jak przyjdzie tata, to będzie jak zwykle płacz przy sprzątaniu (bo tego akurat nie lubi – fajniejsze jest rozpirzanie zabawek po pokoju). Na to Ogrzyk, nie przerywając rozpierduchy – "Bach, bach! Tata: niuniu. Ja: uuu-aaa-uuu" (udając swój płacz, udawany zresztą). I dokładnie tak było. ;-))
Innym razem wchodzę do pokoju po powrocie z pracy i udaję szok na widok bałaganu (babcia zdążyła mi wcześniej naskarżyć). Pytam – kto tak nabałaganił?! Słyszę – ja! (nawet pokazuje na siebie paluszkiem). Pytam – a kto to wszystko posprząta? Słyszę – tata!    
- wrzesień był też masakryczny pod względem finansowym. Wiem: ile by się nie miało kasy -zawsze będzie za mało, ale i tak mnie wkurwia to, jak bardzo wszystko zdrożało, jak trzeba każdą złotówkę pilnować i jak na złość - wszystko się, kurwa, psuje, buty się niszczą, ciuchów praktycznie nie mam… i w kolejce ustawiają się sprawy do załatwienia na przedwczoraj …! Do tego dochodzą opłaty za żłobek, ciuchy…pierdylion ważnych wydatków :-(
- nerwy i ciągły stres spowodowały poważny spadek formy, zwłaszcza psychicznej. A co za tym idzie wysiada mi zdrowie. Głownie głowa i serce. W poniedziałek idę do kardiologa. Albo mam nerwicę (zaawansowaną ździebko) albo coś się spsuło w serduchu.
- i jeszcze my ze Szrekiem… bardzo ostatnio kryzysowo między nami, bardzo źle.
- powrót do pracy, a zwłaszcza moja „nowa” kierownica to zupełnie osobny temat dlatego o tym napiszę inną razą.
- a na koniec prawdziwa masakra, która mnie absolutnie zdołowała… Szreka brat cioteczny ma dwie córki – 4,5 i 2,3-latki. Młodsza dwa tygodnie temu osowiała, osłabła… Badanie krwi – ostra białaczka. Niesprawiedliwe! Niezrozumiałe. Bardzo bolesne. Walczą, a jedyne co ja mogę zrobić, to trzymać kciuki.

13 wrz 2012

Ciężkie jest życie bez neta!

Jest to szczególnie frustrujące, kiedy się mieszka pod jednym dachem z informatykiem, gad demyt! Cały tydzień czekałam na naprawę, ale jak wiadomo szewc bez butów i pod latarnią najciemniej! Udało się! Naklikał, postękał, pomyślał, podrapał się po głowie i ...naprawił! "Maj hiroł!", że zacytuję Kobietę ;-)
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!

Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć? 
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))

Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi. 
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!

8 sie 2012

To i owo

Spotkałam się z kumpelą ze studiów. 
Wyrwałam się z chaty, babcia została z małym Diabłem tasmańskim. Teraz mamy taki czas, że chcę tego diabełka zadusić kilka razy dziennie … wydzieram się na niego i tym samym moja samoocena pada na ryj. A kumpela zawsze na mnie pozytywnie działa, zawsze potrafi kilkoma celnymi słowami wstrząsnąć, zamieszać, dać kopa i postawić do pionu. I zrobić to wszystko delikatnie i z życzliwością. Bezinteresownie. Bez skrywanej satysfakcji. Z sympatią. Nie nazywam jej wielkimi słowami, przyjaciółką na ten przykład, ale chyba nie muszę. Ona się właśnie tak zachowuje. A co mnie dziwi niepomiernie, zawsze i ciągle? Jestem nauczona/przyzwyczajona, że to ja zawsze dla kogoś jestem, na dobre, a częściej na złe, na każde zawołanie, rozumiem, wspieram, pocieszam. Mnie (poza blogosferą) pocieszać nie ma komu, bo komu by się chciało? A zresztą mnie samej jakoś głupio zawracać innym głowy swoimi problemami… po co?! Każdy ma swojego robaka, co go gryzie, prawda?
Byłam, pomarudziłam (chociaż się nie dało, bo i tak na wesoło wyszło – z nią inaczej się nie da!), oderwałam się od rzeczywistości, zresetowałam się, pośmiałam (z siebie też!), przypomniałam sobie gdzie jestem, co osiągnęłam (czasem z wielkim wysiłkiem), co MAM! Złapałam oddech.

A w łikend byliśmy z Ogrzykiem na placu zabaw. Pogoda ładna i do tego niedziela, więc dzikie tłumy. Dzieciaki biegały, krzyczały, przepychały się – jednym słowem chaos! I w tym wszystkim nasz diabełek. Z niepokojem obserwowałam jego poczynania, a zwłaszcza, czy nie zostanie stratowany przez starsze i sporo wyższe dzieciaki. Ogrzyk obszedł tor przeszkód pełen podestów, schodków, mostków, zjeżdżalni i innych atrakcji, po czym utknął przy jednej ze ścianek. Była tam przymocowana tablica pełna klapek, które można było podnosić i opuszczać, a także przysuwać na boki. No, i tam Ogrzyka wmurowało! Uwielbia zabawki, w których coś się rusza, otwiera, przesuwa, naciska, a jeszcze lepiej jeśli do tego hałasuje lub chociaż gra muzyka. A tam były te ruchome elementy. Niestety, oprócz Ogrzyka, na placu zabaw była jeszcze spora gromada dzieci w wieku od kilku miesięcy (najmłodsza dziewczynka raczkowała) do lat kilkunastu i większość z nich, choćby z czystej ciekawości chciało też pobawić się właśnie przy tej tablicy. Boszsz! W Ogrzyka wstąpił już nie Diabeł tasmański, ale jakiś czort! Nie pozwalał dotykać, jego głośne „nie-e, nene, nie-e!” było słychać, jak tylko jakiś dzieciak pojawiał się w zasięgu wzroku (czyli bez przerwy), a najgorsze było, kiedy do tablicy podeszła może roczna dziewczynka, która ledwie stała, a mój czort ją popchnął. Spojrzała na niego, tak, że serce mi mało nie pękło, a potem na swojego tatę, który stał tuż obok. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię. Skrzyczeliśmy go ze Szrekiem na wyścigi, a ja chciałam uciec! Potem już bez przerwy musieliśmy go strofować, a ja nakręcałam się coraz bardziej i odechciało mi się placów zabaw na długo. Nie spodziewałam się takiego zachowania…
Dzisiaj, na zimno i po przemyśleniu sytuacji, już tak nie panikuję. Sytuacja z maluszkiem ciągle mnie uwiera, ale przypomniało mi się ile razy starsze dzieci popychały, poganiały, czy przewracały Szymka, a ich rodzice czy dziadkowie nie reagowali w ogóle. A w końcu widać, że to jeszcze maluch, do tego mniejszy niż jego rówieśnicy. Cóż, dużo nauki przed Ogrzykiem. I przed nami ;-) Myślę, że już bardzo niedługo dostanie pierwsze lekcje. W końcu za miesiąc zaczyna się żłobek!    

Narzekania dziś nie uskutecznię. Wcale. Napomknę tylko od niechcenia, że masakruje mnie psychicznie moja waga (tonaż!) - ZNOWU drgnęła… nie w tym kierunku, którego bym sobie życzyła. Chyba się zgłoszę do jakiegoś programu   „30 kg mniej w dwa tygodnie” albo coś w tym stylu…

I na koniec – bardzo Wam dziękuję za opinie na temat szczepienia. Właściwie już byliśmy zdecydowani zaszczepić Małego, ale – o, dziwo! – nasza lekarka, odradziła nam. Stwierdziła, że ma już ponad dwa lata i pewnie miał już kontakt z menigo, poza tym nie jest z grupy ryzyka, nie ma więc sensu i szkoda pieniędzy. I już.

3 sie 2012

Mamuśki sonda - rada potrzebna od zaraz!

Znowu proszę o opinię...
Dobra-rada potrzebna teraz-zaraz-raptem-potem! :-)

Chodzi o opinie Mam na temat szczepienia przeciwko menigokokom.
Tak?
Nie?
Zaszczepiłyście czy odpuściłyście?

Waham się ... wahu - wah! Dać - nie dawać!
Dajcie znaka: "tak, nie, czemu tak i czemu nie".

Dziękuję i buziakuję ;-)

Jutro coś wrzucę. To groźba, nie obietnica ;-))

17 lip 2012

Jednym zdaniem…



tiaaa, wiem – tak się nie da ;-)

Nie piszę.
Wieczory skróciły mi się nagle do niecałych dwóch godzin. Młody Ogr szaleje i nie ma mowy, żeby poszedł spać przed 21.00 z minutami. Właściwie zasypia przed 22.00. 
Jeśli jeszcze mam siłę, żeby włączyć laktop, mam wybór – pisać, czy czytać (ulubione blogi). Najczęściej wygrywa opcja namber tu.   
A potem (tak, wiem – było to już jakiś czas temu!) upał spadł na nas niespodziewanie (w końcu to lipiec, gad demet!). 
Temperatury powyżej 30-tu stopni skutecznie wyłączyły mnie z życia. :-((
Teraz, dla odmiany, deszcze zatrzymują nas w domu…

Sprawa zlotu wyjaśniła się sama, niezbyt miło. Koleżanki (głównej organizatorki) brat stracił syna – młodzik 20-letni popełnił samobójstwo. Masakra!
I jeszcze jedna koleżanka też nie mogła przyjechać. Solidarnie zdecydowałyśmy, że odkładamy zlot, nie dane nam było widocznie się spotkać w tym terminie.
Tak czy owak – zlot odłożony (szkoda), konflikt zawieszony, Ogry pogodzone, ale… dla mnie to nie koniec.
I tak pojadę kiedy wyznaczymy następny termin.  O!

A Młody szaleje. Ma takie dni, że szok.
Zachowuje się nie jak Ogrzyk, ale jakiś Diabeł tasmański. Nie wiem, czy mamy jakieś wspólne korzenie, ale czasem mi na to wygląda. ;-))
Z nowego „słownictwa” Ogrzyka na uwagę zasługują:
- pata pata puu! – kiedy domaga się bajki (tak mówi papuga z jednej bajki)
- baja! – jak wyżej
- si-hu – czytaj: „siku” (co wcale nie oznacza, że woła na nocnik!) :-(
- uu-ła! – czytaj: „kupa” (jak wyżej). A wzięło się to stąd, że pewnego razu zmieniałam mu pieluchę. Kupa była wielka (sorki) to i ja byłam pod wrażeniem. Mój komentarz – „uu-ła!” synusiowi się spodobał bardzo. Wszedł kiedyś do mnie, kiedy byłam w łazience. Widzi, że siedzę, więc pyta: „Mama si-hu?”. Na moje: „nie”, Ogrzyk bez namysłu mówi: „uu-ła!” i wychodzi. ;-))      
Wchodzi pewnego dnia do kuchni. Na stoliku leżą jaka, bo miały być gotowane. A Ogrzyk mówi, wskazując na jajka: „mama jaja!” … ot, tak sobie!
Zaskakuje nas każdego dnia. A ja chcę i szykuję się na jeszcze!

I na koniec …
Kupiłam włoszczyznę. Biorę się za jej obieranie, a tu nagła, niespodziewana przyjemność …;-)))



10 maj 2012

Lista obecności



Odpowiedzi na Wasze pytania za chwilę. Są jeszcze w fazie tworzenia ;-)
Dziś popiszę coś, żeby nie zapomnieć jak to się robi i jak się wchodzi na bloga.
Tak ku pamięci.
Ogrzyk próbuje komunikacji werbalnej (dla ułatwienia dodam, że nawet w języku polskim). Ze składaniem wyrazów idzie mu na razie ciężko (coraz bardziej go to wnerwia) ale… ale ostatnio zaczyna bawić się z nami w sprawdzanie listy obecności.
Idziemy na spacer we trójkę. Ogrzyk idzie (lub jedzie w wózku) ale cały czas pyta, lub stwierdza – łatwo się zorientować po intonacji:
- Tata? – i pokazuje paluszkiem, żeby nie było wątpliwości
- Tak – radośnie wykrzykuje wezwany/wskazany
- Mama? – teraz moja kolej
- Tak – moja radość też jest wielka. W końcu, nareszcie nasz syn świadomie używa tych słów w stosunku do nas!
- Tata! – stwierdza stanowczo Ogrzyk
- Tak – raduje się przytakując rodzic
- Mama! – mały paluszek celuje w moim kierunku
- Tak, kochanie, mama.
A potem, jak na trzy-cztery, mówimy ze Szrekiem
- Szymek!
A Ogrzyk pokazuje na siebie palcem, albo klepie się po brzuszku ;-)
Po dłuższej chwili…
- Tata? – ciekawość Ogrzyka nie zna granic
- Tak – pada krótka odpowiedź
- Mama?
- Tak – j.w.
Jeszcze tak kilka razy...
I jeszcze mały eksperyment ;-)
- Tata? – paluszek wskazuje mijającego nas faceta
- Nie! – znowu widać ożywienie Ogra (lekko podszyte oburzeniem?)
- Tata! – paluszek odnajduje właściwy kierunek, a Ogr oddycha z ulgą
Zabawa jest wspaniała i emocjonująca do pierwszych stu pytań/stwierdzeń i odpowiedzi. Potem troszkę jakby odczuwamy znudzenie, zmęczenie odpowiedziami na te same pytania. Tak, wiem, jestem wyrodną matką, a do tego za chwilę będę miała dosyć odpowiedzi na inne pytania, nie koniecznie powtarzające się. A może właśnie powtarzające się? W każdym razie zaczęło się!      
Poza tym, mój syn to uparciuch i mały nerwus. Potrafi już zrobić niezłą scenę, kiedy nie dostaje tego, czego chce. I to natentychmiast! Trudno mi pohamować uśmiech, kiedy widzę małego aktora krzyczącego wrzeszczącego jakby go obdzierali ze skóry, szarpiącego na sobie bodziaka, wymachującego rączkami i tupiącego do tego. I chociaż nie umie jeszcze podskakiwać – w takiej furii podskakuje jak mała żabka!
Ciekawe jest jeszcze to, że wszelkie złości i łobuzerka zdarzają mu się, na razie, głównie w domu. Gdziekolwiek nie pójdziemy, wszyscy się zachwycają, że taki miły i grzeczny. Tiaaa, jasne. Ale niech mu tak zostanie.
Do tego bardzo potrzebuje towarzystwa, wielu osób, małych i dużych, młodych i starych – nie jest wybredny. Uwielbia swoją babcię Krysię, ale bardzo lubi też (jak się okazało) wyjazdy do drugiej babci na wieś. Tam zawsze jest tyle osób, tyle się dzieje, no i najważniejsze – jest sporo miejsca do biegania, odkrywania, kopania… Widziałam fajną scenkę z teściową w roli głównej. Kobieta ma słaby kontakt ze swoim wnukiem i to nie tylko dlatego, że rzadko przyjeżdżamy. Czymś byłam zajęta, ale oczywiście wzroku z Małego nie spuszczałam. W pewnej chwili Ogrzyk podchodzi do babci Jadzi, zadziera do góry głowę, coś jej tłumaczy po swojemu i pokazuje na bramę, a potem cap! ją za rękę i prowadzi w stronę furtki.
Mina teściowej – bezcenna! Pomyślałam, że Szymek umie sobie radzić!
W każdym razie tak bardzo lubi tam być, że nie ma czasu na południową drzemkę! Jest tam jeszcze prababcia Marysia (mama teściowej), która ma totalnego bzika na punkcie swoich prawnuków. I, o dziwo, Szymek bardzo pozytywnie na nią reaguje. Tylko ona może go tulić, kołysać i miętosić, a on nic! Co więcej, cieszy się!
Każdy jest, jaki jest, moja teściowa też, ale widzę teraz, że ograniczanie spotkań z rodziną nie miałoby sensu, bo on tego potrzebuje. Czuję, że będziemy często tam jeździć tego lata. Tym bardziej, że nie jedziemy nigdzie na wakacje…  :-((  Cóż...
     
Siedzę w kuchni i piszę. Ogrzyk jeszcze śpi.
Coraz częściej jednak zerkam za okno. Nadciągnęły chmury. Nie są ciemne i nie wyglądają groźnie, ale czuję, że niosą zapowiedź zmiany.
Będzie burza?

16 kwi 2012

Plusy ujemne i minusy dodatnie

Czyli podsumowanie
Sześć tygodni – trudnych, męczących, mało przyjemnych, intensywnych, nerwowych…

Minusy
- całkowity, totalny i absolutny brak czasu dla siebie. Nie wiedziałam, że to możliwe, a jednak! Zero czytania, oglądania TV, zero laktopa, bo ciągle coś do zrobienia przy kimś, bo sił i ochoty brak. Jestem pełna podziwu dla kobiet mających więcej niż jedno dziecko! Szacun! (że się tak wyrażę)
- podcieranie, podmywanie, przynieś wynieś – nie byłam już panią swojego czasu. Nie lubię generalnie i nie nadaję się! Chociaż w życiu nigdy nie wiadomo, co nas czeka, niestety.
- zbyt mało snu – dwie,trzy pobudki w czasie nocy, na zmianę babcia, Szymek, babcia. W sumie może ze trzy, cztery godziny snu w pierwszych dwóch tygodniach
- brak swobody – całkowity. Gość permanentny, nasze ze Szrekiem spięcia i mój totalny wkurw na niego. Może nie lubić swojej teściowej. Mnie też nie było fajnie, ale oczekiwałam od niego wsparcia, a przynajmniej nie wkurzania mnie bardziej. Skończyło się tygodniem cichych dni. Tygodniem! Sama byłam w szoku, że tyle wytrzymałam. Szreku chyba też. Dzień kobiet nas uratował, bo się zacięłam i ani-ani.
- ze stresu i ciągłego napięcia pochorowałam się. Moje ciało, mój organizm zawsze tak reaguje na długotrwały stres. Niestety choruję do dziś. To już prawie miesiąc! Dwa antybiotyki wybrane i nic! Laryngolog zaliczony – migdały do wycięcia. W tym wieku?! Sama nie wiem. Boję się. Ale czuję się fatalnie, coraz gorzej…

Plusy
- najbardziej zadowolony z zaistniałej sytuacji był Szymonek! Wstawał rano i nie oglądając się na wiecznie zaspanych rodziców – zabierał jaśka-przytulankę i biegł do babci. Oprócz babci, było tam jeszcze coś – TV! Tak, przywieźliśmy mamie TV. Plus – mogła swobodnie oglądać co chciała. Plus ujemny – TV był włączony praktycznie cały dzień. Ogrzyk był szczęśliwy, ja mniej. Chociaż muszę przyznać, że nie miał zapędów do przesiadywania i oglądania, ale mimo wszystko zerkał.
- mimo braku czasu dla Małego (a może dzięki temu) potrafił/nauczył się wymyślać sobie zabawy. Czasem bardzo psocił. Był w tym zadziwiająco kreatywny i twórczy. Czasem aż za bardzo.
- kiedy trzeba było (albo bardzo chcieliśmy) wyjść - babcia była na miejscu. Skorzystaliśmy z tego, a jakże! Dwa weekendy na pełnym luzie. ;-))
- kiedy chciałam/potrzebowałam się czymś zająć (od obiadu, poprzez pranie, sprzątanie aż do padnięcia na twarz – moja choroba) babcia była na miejscu
- ze stresu zaczęłam chorować i zaczęły się dziać ze mną dziwne rzeczy. Przestraszyłam się tak bardzo i poczułam tak mocno jakąś wewnętrzną potrzebę zrobienia czegoś dla siebie, i to natychmiast, że … zapisałam się na jogę! Ja i joga! To nie mój klimat, jestem zbyt energiczna na takie spokojne i powolne coś, ale co tam! Chwilowo mam przerwę ze względu na kolejny nawrót choroby, ale zamierzam kontynuować, zobaczymy.

Wrzucam ten wpis trochę poniewczasie i bez przekonania.
Było, minęło. Przeżyłam.
A poza tym, przeczytałam dzisiaj w Newsweeku artykuł „Tata, moje dziecko” autorstwa M. Święchowicz. Pozwolę sobie zacytować: ‘…role się odwróciły: teraz to oni karmią, myją i zmieniają pieluchy. Złoszczą się, a potem wstydzą. I nie mogą się pogodzić z tym, że muszą być rodzicami dla swoich rodziców…’
Dotarło do mnie, że co ja k… wiem! I kto wie, co mnie jeszcze czeka.

30 mar 2012

Wracam ... (?)

....

Już jakiś czas temu chciałam napisać o tym, że:
- przeczytałam książkę Manna&Materny „Podróże małe i duże” i co o niej sądzę
- zaszalałam i kupiłam książki (znowu!) chociaż to zbyt kosztowne… ale w Internecie było taniej, a chciałam je mieć! Szalona i nieodpowiedzialna. Wspomnienia Magdy Zawadzkiej i „Klara” Izabeli Kuny. Cóż, jestem w książkowym ciągu. Potrzebna interwencja- aaa, help! A kiedy je przeczytam? Tego nie wie nikt.
- poczułam wiosnę w starych kościach, bo one mają to do siebie, że dają znaka.
- bolą mnie zęby – znak-sygnał, że trzeba do dentysty(?!) A może zestresowana jestem? Tia, pewnie jedno i drugie jednocześnie
- chorowałam dość mocno i konkretnie – patrz jak wyżej! (na szczęście tylko ja chorowałam, nie zapodałam dalej - potwierdza to tezę o stresie)
- mamy za sobą bilans dwulatka i szczepienie przeciw pneumokokom – nie, no tutaj muszę skomentować i rozwinąć wypowiedź!
Bilans jest przereklamowany przez gazetki typu Mamo i tepe To, co tam nawypisywali, co się będzie działo, jakie padną pytania, na które trzeba być gotowym(!), co trzeba wiedzieć/pamiętać… dzisiaj chce mi się śmiać! Nie będę się nawet rozwlekać jak to się odbyło. Żenada – ot co! Moje skrupulatnie notowane pytania i wątpliwości (jak zwykle) traktowane były jak zawracanie gitary! Boszsz! Wymusiłam wręcz skierowanie do endokrynologa, bo chcę sprawdzić, czy mój Ogrzyk jest dziedzicznie (niestety!) przez matkę obciążony, czy może jest nadzieja na (choć niewielki) wpływ genów ojca. Oby!
No, i szczepionka! Szczelona w locie, na szybkiego, byle jak! Masakra! Ogrzyk wił się i telepał z igłą (ze strzykawką na końcu) wbitą w ramię… Pielęgniara wymyśliła, że damy radę na stojąco.. znaczy – ja na stojąco z Ogrzykiem na rękach, nie mając możliwości przytrzymania Go na spokojnie, bo pośpiech, bo następni, bo szybciej, a ona wbiła igłę i straciła kontrolę nad strzykawką... Nie miałam możliwości jakiejkolwiek reakcji, Mały szalał, pielęgniara panikowała… a potem Ogrzyk z gorączką (po raz pierwszy tak wysoką), odczynem na ramieniu – wielkim, spuchniętym i obolałym. :-((
Przeżyliśmy.
Ale niesmak pozostał.
Przyznaję żółtą kartkę za taką „obsługę” mojego syna! Małego dziecka w końcu!
- że u mnie jest jak jest, a ja nie narzekam, o niee!
I dlatego zamilkłam na tak długo.
Ale tak bardzo chce mi się już wrócić. Mogę?
... Ale to oznacza marudy i narzekanie (jess!). Co z całą pewnością nastąpi już bardzo wkrótce…(to obietnica i groźba)

….eee, co to ja chciałam…ten, więc chciała(by)m, ale nie napiszsz…
Jutro
Może pojutrze
Zbieram się w sobie, odbijam od dna, odpędzam wewnętrzne demony, strząsam mrok i złą energię.
Wracam.
Bo potrzebuję.
Bo tu jest mój kawałek podłogi.
Bo tęsknię.
Bardzo.

24 lut 2012

Karmo, Ty stara jędzo!

Dowalić, bo była chwila spokoju, tak? Bo można było odetchnąć po wielkich smutach i nerwach… A może to dla mojego dobra, żebym przestała się martwić, albo miała inne zmartwienie(a)?!
Miałam napisać o Ogrzyku, o zbliżających się urodzinach… miało być lajtowo.
Jeszcze wczoraj miało być tak:

„Z racji imprezy w przyszłym tygodniu, na której będzie tort z dwiema świeczkami, rozpoczęły się (szkoda, że tak późno!) dość intensywne treningi dmuchania. Albowiem dobrze by było, żeby obie świeczki zostały zdmuchnięte zanim tort się rozpuści, albo goście zasną, opcjonalnie pójdą do domu…
Cóż, powiem tak – na razie widoki są marne. Ogrzyk, owszem robi wspaniałą motorówkę ustami, robi się czerwony z wysiłku, jest opluty do pasa (ja też), jego nosek niebezpiecznie zbliża się do płomienia, ale świeczka ani drgnie i bezczelnie pali się dalej. Ostatnio Szreku robił za świecznik. Dziwne, ten niespotykanie spokojny i cierpliwy Ogr, w pewnym momencie zrobił się na twarzy bardziej purpurowy niż Ogrzyk, zgasił świeczkę, wytarł dłonie w koszulę, wstał i wyszedł. Po chwili wrócił i spokojnym tonem ogłosił chwilową kapitulację. A potem stwierdził, że zawsze możemy świeczki odpalić i trzymać w dłoniach w pewnej (sporej) odległości od tortu.
Dodam, że ćwiczenia w dmuchaniu z użyciem kawałka papieru również nie przynoszą odpowiedniego efektu.
Kobieta (z drugiej strony lustra) podpowiada gwizdek. ;-)) Myślałam też o sprzęcie do robienia baniek mydlanych, ale znając mojego Ogrzyka, jeszcze się okaże, że będzie mydliny wciągał lub łykał…
Trudno. Nie jest to problem spędzający mi sen z powiek. Zawsze można dmuchnąć razem z Ogrzykiem i po kłopocie”.

Miało być tak i się zesrało. :-(
Dzisiaj mama w drodze do mnie (do nas), przewróciła się i upadła tak niefortunnie, że coś jej chrupnęło w ramieniu. Kiedy ją zobaczyłam w drzwiach – taką malutką, skurczoną, obolałą, utytłaną w błocie i sino-koperkową – czułam, że to coś poważnego. Zadzwoniłam do Szreka, żeby wracał do domu (biedak, dopiero co dojechał do pracy!), bo nie wyobrażałam sobie (i całe moje szczęście!) wizyty na pogotowiu z obolałą (połamaną) matką i Prawie-Dwulatkiem-Niecierpliwym-Strasznie. Instynkt mnie czasem nawiedza i dobrze, że stało się to akurat dzisiaj, bo na pogotowiu spędziłyśmy prawie trzy godziny! Aaaa! No, żesz fak! Gdzie ta bieganina, lekarze żądni niesienia POMOCY i to natentychmiast, gdzie ta empatia i profesjonalizm rodem z seriali, ja się pytam?!
Nie opiszę tych prawie trzech godzin w poczekalni, bólu (mojej mamy), bezradności, nerwów i rosnącej frustracji (we mnie). Nie opiszę (szkoda nerwów), bo każdy, kto choć raz przeżył takie coś – wie o co chodzi. I tak bardzo chciałabym nie bluźnić, ale bezsilność i niemoc, a także chory system i lekceważenie cierpiących ludzi spowodowały, że miałam ochotę wyjebać cały ten przybytek w kosmos!
A u mamy skończyło się gipsem. Na pięć/sześć tygodni!
Od obojczyka do pasa!
Z unieruchomioną/przyklejoną do gorsetu z gipsu lewą ręką. Oczywiście, mama jest u nas. Nic sobie (ani przy sobie) nie zrobi. A wyjście do toalety to prawdziwe wyzwanie!
Mam więc teraz dwoje dzieci w domu – nieporadnych, zależnych ode mnie.
Pięć tygodni.
Szkoda, że nasze mieszkanie jest takie małe, że mamy dwa pokoje, a nie trzy!
Oj tak, wiem – dobrze, że w ogóle mamy mieszkanie i te dwa pokoje.
Babcia śpi u wnusia. Chociaż śpi, to za dużo napisane. Chcieliśmy odstąpić (zgodnie ze zwyczajem) nasz pokój, który przy okazji jest salonem i pokojem gościnnym. Nie zgodziła się. Nie chce robić zamieszania, nie chce robić kłopotu. Chciała spać w pokoju ze swoim ukochanym wnukiem.
Tylko, że nie śpi! Ciągle nie śpi, chociaż jest już dobrze po 23-ej. Ale dzielnie udawała, że śpi i nie jęczy, kiedy zaglądałam jakieś 20 min temu, co tam u nich. I pomyślałam, że trzeci pokój dzisiaj by się przydał, bo dawałby odrobinę komfortu i nam i naszemu gościowi.
I pomyślałam również, że trzeba mieć na względzie, że moja mama i teściowie nie będą już młodsi, a choroba czy wypadki chodzą po ludziach.
I pomyślałam także, że nadchodzi czas, kiedy to my będziemy opiekować się naszymi rodzicami.

Zajrzałam znowu do pokoju „dzieciowego”. Ogrzyk już wędruje po łóżeczku – śpi z głową w stronę drzwi. Rączka zwisa przez dziurę po wyjętych szczebelkach. Pewnie za jakieś pół godziny wstanie i przyjdzie do nas (mając prawie zamknięte oczy). Mały lunatyk. ;-)
Babcia fuka i robi „pfff-pfff” – nareszcie zasnęła (?). Może nawet chrapać jeśli chce – Ogrzyk jest przyzwyczajony. Dla niego to melodia do spania ;-) Jego tatuś takie mu właśnie śpiewa kołysanki przy usypianiu. Bo zasypia zawsze wcześniej niż synuś.
A ja jeszcze nie wiem czy będę spała. Jeszcze nie zdecydowałam. Szreku się śmieje z mojego zaglądania…upss. Poprawka – mama już nie śpi! Zaalarmowały mnie jęki. Mama zapomniała się, bo próbowała wstać do wc. Ciężki i sztywny pancerz zweryfikował jej zamiary.
Pięć tygodni...
Tak mi jej żal.

20 lut 2012

Nie mam pomysłu na tytuł

Ostatnie pogody nie rozpieszczają. Najpierw śnieg i ostry wiatr, teraz deszcz i topiący się śnieg. Przy takiej pogodzie Mały zostaje w chacie. :-( W związku z powyższym po południowej drzemce dopada go nuda i zaczyna się! Na początku niewinnie (oj, tam, to nic takiego, że w szafce kuchennej nie ma ani jednego garnka, a ja biegam po domu i szukam ich w zabawkach Młodego, pod stołem czy w innych interesujących miejscach, do tego są porysowane w środku kredkami), ale w miarę upływu czasu Ogrzyk zaczyna wymyślać i kombinować, a to oznacza kłopoty. Zaczyna się od biegania, hałasowania i wymyślania zabaw coraz bardziej „Zostaw! nie wolno!”. A potem zostaje już tylko kota. Kontakty między nimi to bardzo ciekawy temat obserwacji. Jak znajdę kiedyś chwilkę – muszę spisać, bo warto. ;-) Kiedy Ogrzyk się u nas pojawił, Kika, po początkowej obojętności z nutką zniecierpliwienia, poprzez fazę wychowywania Młodego przykładnym pacaniem łapką czy szczypaniem zębami (za wszystko i na wszelki wypadek), ewoluowała i obecnie łapa idzie w ruch w skrajnych przypadkach, za to coraz częściej nie reaguje na zaczepki, czy szorstką czułość Ogrzyka. To ja muszę wkraczać i bronić jej przed zakusami łobuziaka. Bo zabawy Ogrzyka bywają brutalne, choć sam nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. I znalazł metodę na unikanie łomotu od koty – chowa dłonie pod pachy i pcha się na Kikę głową. :-) A ona w głowę i twarz Ogrzyka nie bije. Nigdy. Za to rozczulają mnie jej przymrużone ślepia, kiedy z lubością wącha główkę Małego. Jest bezbronna, a do tego nieziemsko ciekawska i nie może wytrzymać, żeby się nie przyłączyć, kiedy Ogrzyk się bawi. Bo Młody bawi się bardzo atrakcyjnie (jak dla koty) – te wszystkie ruchome zabawki, kredki, piłeczki, wleczone po podłodze szaliki czy przewody. No, nie można obojętnie siedzieć, kiedy tyle ciekawego dzieje się koło Ogrzyka.
A nawet jeśli Kika nie idzie do Ogrzyka, on prędzej czy później idzie do niej.
I wpycha się do niej (prawie na nią siada) na fotel, albo siada obok niej na wersalce. Tak czy owak muszę być czujna i ich pilnować.

Tu przyłapałam ich jak oglądali śnieg padający za oknem ;-)

A tutaj Ogrzyk wepchnął się do koty na fotel :-)


Ogrzyk w przyszły piątek kończy dwa lata.
DWA LATA!
Jak szybko zleciało. Jest coraz fajniejszy, coraz bardziej kochany i bystry. Nie ma dnia, żeby nie zaskoczył mnie czymś nowym. Okazuje się, że ma już swoje poczucie humoru – jeśli coś go śmieszy, rechocze zaraźliwie. Nie ma możliwości, żebym nie śmiała się razem z nim! Ale są też sytuacje, kiedy to ja rechoczę, a On się przyłącza chociaż nie bardzo wie o co chodzi.
Tak było dzisiaj. Byliśmy w łazience. Młody (jak zwykle) robił przegląd w szafce pod zlewem (ma tam kilka ulubionych „zabawek”). Dzisiaj zaczął od czopków. Wyjął pudełko, potrząsnął nim (lubi jak coś grzechocze), po czym próbował je otworzyć. „Nie otwieraj, to lekarstwo. Nie bawimy się lekami” – powiedziałam. Spojrzał na mnie, po czym otworzył usta i pokazał palcem do środka (zawsze tak robi, kiedy chodzi o jedzenie i picie. Nie wiedziałam, że skojarzy leki z buzią). „Nie, Misiu, te lekarstwa nie są do buzi tylko do pupy” – powiedziałam szybko (i bezmyślnie, jak się miało okazać za chwilę). Grzecznie odłożył pudełko do szafki i wyjął następne (gumki). Oczywiście też musiał sprawdzić czy grzechocze jak się nim potrząśnie. „Odłóż to pudełeczko, to tatusia” – powiedziałam (nie wdając się w szczegóły). Ogrzyk spojrzał na mnie, zawahał się sekundę, po czym padło pytanie „Aa?” i jego mały paluszek powędrował w okolice pupy. Zakrztusiłam się ze śmiechu. Mały na wszelki wypadek przyłączył się.

A poza tym?
Złapałam mega-doła. Czuję się rozczarowana i rozżalona. Ale nie będę się roztkliwiać i wysmęcać. Poradzę sobie - tylko to potrwa. Na szczęście nie mam czasu na pierdoły – jest Ogrzyk. I całe moje szczęście, że jest. Myślę, główkuję, kombinuję co zrobić, żeby było dobrze dla Ogrzyka, żeby nie wrócić do pracy tylko po to, żeby moja (pff) pensja poszła na nianię.
A na razie wchodzę do blogosfery, ale rzadko piszę – wolę czytać, co u innych.
I czekam na słońce. Na wiosnę. Niech się zazieleni!

9 lut 2012

Stara, a naiwna i głupia

Czuję się rozczarowana.
Na własne życzenie, bo jestem naiwna, stara i głupia (jak w tytule). Marzenia marzeniami, a życie brutalnie je weryfikuje i nie zawsze jest to miły koncert życzeń.
Nie wiem czemu ubzdurałam sobie, że wrócę do pracy na swoich warunkach, albo może zgodnie ze swoimi wyobrażeniami.
W marzeniach, albowiem, widziałam siebie jak to wracam radośnie do pracy, ale na pół etatu (chociaż z moją żenującą pensją absolutnie się to nie opłaca), pracuję sobie efektywnie od 8-ej do 12-ej, odprowadzam Ogrzyka do żłobka i odbieram sama, daję radę szybko dojechać i wrócić z pracy, a potem wszyscy są szczęśliwi…
Dziwne, ale kiedy teraz to piszę (i czytam CO piszę!) już mi się chce rzucić jakimś sarkazmem pod swoim adresem. Naiwności kobieca!
Wybrałam się na rozmowę zwiadowczą z dyrką. Było miło, krótko i treściwie. Nie znam żadnych konkretów ani dat, więc rozmowa dotyczyła ogólnych planów. Dyrka sama zaproponowała powrót na pół etatu. Już chciałam bić brawo, krzyczeć „jessss!” i merdać ogonkiem, gdy wtem-raptem usłyszałam jak kończy zdanie: „trzy razy w tygodniu od 11-ej do 19-ej”. Zdziwiona i jeszcze nie do końca pojmująca, o co kaman i że helooł, zapytałam słabo czy nie dało by się od rana i codziennie. Odpowiedź była brutalna – „ale komu potrzebna osoba na parę godzin od rana? Kierowniczki (no, tak, bo to one są najważniejsze!) potrzebują pomocy przy czytelnikach, przy wypożyczaniu, do 19-ej. I zrobiło mi się przykro, bo moja kierowniczka mogła sobie pracować w godzinach 8-16 do skończenia 4 lat swojego synka. Przychodziła jak chciała i wychodziła kiedy chciała. I było to zaledwie 2,5 roku temu, kiedy jeszcze pracowałam. I jej syna odbierała babcia albo mąż, który miał nienormowany czas pracy. Ale „co wolno wojewodzie to nie tobie, smrodzie”…
A mój Misio co? Babcia odbierze go (albo nie - to zależy od wielu „jeśli”) ok. 16-ej, tata wróci ok. 18-ej (pod warunkiem, że nie będzie pracował w W-wie, bo wtedy dopiero ok. 20-ej), a mama będzie ok. 20-ej, czyli po kolacji akurat w porze kąpieli. Za marne kilkaset złotych. I nagle przestało mi się spieszyć do powrotu. Szreku ma na to, oczywiście-a-jakże, jedną radę: „szukaj pracy. Innej!” Ale nie chce mi się po raz kolejny, temu @#$& Szrekowi tłumaczyć, że po pierwsze nie mam już 20 lat, po drugie mam malutkie dziecko w domu (czytaj: choroby, zwolnienia, nieobecność), po trzecie nie mam 30-lat, w moim zawodzie tak się pracuje (2 x w tyg 8-16, 3 x w tyg 11-19), a na zmianę zawodu w moim wieku potrzeba odwagi i pomysłu na siebie. I dużo, dużo szczęścia, żeby znaleźć pracę. Tak, wiem – inne mamy mają gorzej, bo musiały oddać dużo młodsze dzieci do żłobków, bo musiały wyjeżdżać i zostawiały maluszki, bo to czy tamto. Tylko, co mnie obchodzą inni? Inni mają rodziców, na których mogą polegać i ufają im bezgranicznie. Mają teściów, którzy są na każde zawołanie i tak dalej.
Panikuję, oczywiście. I jak zwykle martwię się na zapas i dużo za wcześnie. Ale problem jest i trzeba wymyślić jak to wszystko zorganizować.
Nie rozwijam się dłużej, bo co tu dodać.
Idę po czekoladę.
Zasłodzę stresa, może złagodnieje.

3 lut 2012

Fjona Niedowiarka, bakcyle i szlaban

* * *
Muszę to z siebie wyrzucić.
Jest mi źle i strasznie przykro. :-((
Tragicznie!
I absolutnie nie czuję satysfakcji!
Ale kiedy zniknęła Madzia , pierwszą moją myślą było – ściema jakaś!
Nie uwierzyłam, chociaż generalnie taka naiwna jestem, że szok. Wierzę ludziom czasem aż za bardzo.
Tym razem jakoś mi się to wszystko nie składało w logiczną całość. Nie wiem skąd ta nieufność? Nie wiem czemu, ale pomyślałam – laska kłamie! To było pierwsze wrażenie, ale pod naporem tego co się działo w TV i oburzenia mojej matki, kiedy się z nią podzieliłam wątpliwościami – zmiękłam i uwierzyłam. Bo może faktycznie przesadzam i za dużo się naczytałam/nasłuchałam/naoglądałam?! Zaczęłam przeżywać i gorąco dopingowałam. Czarowałam: „Niech się znajdzie! Żywa! Niech ją znajdą, niech wróci do rodziny, do swojej MAMY!” Podziwiałam tych wszystkich, którzy z takim zaangażowaniem szukali, rozklejali plakaty, jeździli, podnosili stawkę nagrody… To bardzo wzruszające jakimi my, Polacy, jesteśmy wspaniałymi ludźmi! Jesteśmy mistrzami zrywów narodowych, prawda? WOŚP, akcje charytatywne, zrywy spontaniczne, kiedy potrzebna pomoc (na przykład teraz, podczas mrozów, szukanie i pomaganie bezdomnym)…
W przypadku Madzi zaangażowanie i pomoc bezowocne. Nie chcę napisać mocniej.
Dzisiaj rano radio i wiadomości zakończyły spekulacje. Zgasiły nadzieję. :-(
Mama Madzi pękła i przyznała się. Rozczarowanie. Oszustwo.
Nie oceniam (staram się! Tak bardzo się staram!) i bardzo żal mi tej dziewczyny.
To potworne i okropne.
Tylko, że już nie wierzę w kolejną wersję.
I te wszystkie pytania (bez odpowiedzi), które nie dają odpocząć zwiotczałym zwojom mózgowym…
Madzia upadła? Wypadła? Nawet jeśli to był tragiczny wypadek i zginęła na miejscu – zamiast pomocy, matka (czy na pewno ona?) wynosi i ukrywa/zakopuje/wyrzuca gdzieś swoje dziecko?!
Szok?!
Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, co teraz czuje rodzina, dziadkowie, przyjaciele…
I nie daje mi spokoju pytanie czy ojciec Madzi wiedział??
Dosyć!

Luty, ciągle zima, mróz.
Siedzimy już kilka dni w chacie i dostajemy pier… małpiego rozumu dostajemy.
Zwłaszcza Ogrzyk. :-(
A to wszystko przez jego matkę (starą i głupią Ogrzycę) i mróz.
Dobrze, że część odpowiedzialności można zrzucić na aurę! Ogrzyca albowiem, matka nieodpowiedzialna i bezmyślna, wielokrotnie udawała się była na zakupy ubrana, tak jakby, bardzo nieodpowiednio lub wkrótce po prysznicu (a kiedy Ogrzyca mokra - nie ma znaczenia ubiór), a że ona z tych słabowitych, a na świecie ZIMA, panie, to załapała się była zaraz (to taka duża bakteria) na katar z szansą na więcej! Jak nigdy! Albowiem, w całym swoim dłuuugim życiu, Ogrzyca nigdy (albo bardzo rzadko) nie miała okazji na coś więcej.
Tym razem surpraajz! Bonusik – katar zaprosił ból gardła i problem gotowy.
A potem sarkazm Szreka (No, i co tam, Fjono, przywlokłaś tym razem do chaty i masz zamiar podzielić się z bogu-ducha-winnymi współlokatorami?!), natrętne myśli przeplatane wyrzutami sumienia i czujne obserwacje Ogrzyka w celu określenia kiedy TO się zacznie/wykluje… Bo, kiedy się zacznie/wykluje u Szreka – Fjona będzie wiedziała pierwsza! No, bo przecież katar wystarczy!
Będzie nieszczęśliwy, upierdliwy, bardzo ciężko chory (Szreku, nie katar). Będzie masakra .
Nie trzeba było długo czekać.
Minęło czasu mało wiele, Ogrzyk kichnął-prychnął, zamarudził, nie okazał zainteresowania jedzeniem, a kulory na policzkach i spierzchnięte usta skłoniły, zachęciły nawet, do sięgnięcia po termometr ( 38,7°C na plusie! Nie mylić z aurą na zewnątrz!).
Na razie nie panikuję. Kontroluję temperaturę, kiedy fika za wysoko (pow. 38,7) zapodaję Nurofen, daję witaminę C i pilnuję, żeby pił.
Suchy kaszel ignoruję, bo występuje sporadycznie, a dziś odzyskał apetyt i troszkę humoru, więc wyluzowałam.
Odrobinę.
Ale temperatura zewnętrza nie zachęca do spacerów z zakatarzonym dzieciem.
Więc szlaban mamy. No, i nadal bardzo czujna jestem.

Pytanie i prośba o radę do bardziej doświadczonych mam:

1. Jak radzicie sobie z przeziębieniem (chyba początkiem i chyba niegroźnym!) u maluchów oprócz - czujności, Fridy (do noska), Nurofenu/Panadolu w pogotowiu gorączkowym, Nasivinu (jeśli potrzebny), mokrych ręczników na kaloryferze i witaminy C w kroplach??
Homeopatia?
Syropy?
Dopiero co chorowaliśmy na przełomie roku 2011/2012. Był antybiotyk i u mnie i u Ogrzyka.
Nie idę z Małym do lekarza na razie. Dobrze robię czy ryzykuję?

2. Jak zachęcić/zaciekawić bardzo upartego Ogrzyka do próbowania nowych potraw?! Głównie warzyw, ale nie tylko.
Nic na siłę się nie da z moim Szymkiem! A jak mu się coś nie spodoba, to nie i już! Zdejmuje śliniak, wstaje i wychodzi. Koniec! Dlatego boję się, że Młody je bardzo mało różnorodnie. Ostatnio babcia nasmażyła placków z jabłkami – bleee.
Jabłka – jess!
Naleśniki – jess!
Placki z jabłkami – bleee.
Twarożek, ser biały/żółty, warzywa (pomidor, rzodkiewka, ogórek, papryka i cała armia innych ponoć zdrowych rzeczy) –„ yyy?” Moja odpowiedź: „ ser biały/żółty … itepe”. Ogrzyk – mina odpowiednia, spojrzenie (sama nie wiem jakie) z jednoczesnym gestem ściągania śliniaka i Ogrzyka nie ma!
Koniec!

H E L P !

25 sty 2012

Pozytywnie

Noc. A właściwie bardzo wcześnie rano.
Budzi mnie dotyk – ni to głaskanie, ni naciskanie, takie masowanie twarzy, a konkretnie policzka, ust i nosa… mało delikatne czasem, no i ten policzek jakoś pod oko podjeżdża …
Myślę sobie: „Szrekowi się pewnie coś śni, albo się do mnie dobiera… też mu się zachciało o 2-ej w nocy! Tylko jakoś dziwnie zaczyna…” ;-)
Otwieram oczy i dotykam tego, co to mnie tak plaska po twarzy…
Ręka Szreka okazuje się … stopą Ogrzyka, który leży w poprzek na naszych poduszkach, z głową przy tatusiu, a nogami na mojej twarzy! ;-))

Kika doszła do siebie i znowu jest naszą kochaną wariatką. Wróciła też do swoich zwyczajów. Najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy Ogrzyk zasypia na południową drzemkę. Zaczyna biegać, warczeć, kopytkować po mieszkaniu (boszsz, nigdy nie myślałam, że kot może tak głośno tupać!), wpadać w zabawki (te plastikowe, grające, hałasujące), robić w nich rozpierduchę i wskakiwać z łomotem na meble (koniecznie i zupełnie przypadkowo coś z nich zrzucając przy okazji).
Ale wczoraj to tak dała czadu, że chociaż byłam wściekła na wariatkę – nie mogłam opanować śmiechu. Ukradła z szafki kiełkujący pęd ziemniaka i się nim bawiła; podrzucała, goniła, nosiła w mordce i miauczała przy tym (komiczny widok i dźwięki), wrzucała w zabawki, a potem go stamtąd wykopywała. Jednym słowem robiła sporo hałasu. Żeby ją powstrzymać, zabrałam jej go i wyrzuciłam daleko do przedpokoju. To się dopiero zaczęło! Jakby tylko na to czekała – dogoniła (z radosnym tupotem) i pięknie zaaportowała kiełka do moich stóp! Sytuacja powtórzyła się kilka razy, ale robiła przy tym tyle hałasu, że postanowiłam ją ignorować i udawać, że nie widzę podtykanej pod nogi łodygi ziemniaka. To był mój błąd ;-) Widząc moją obojętność, Kika postanowiła zmusić mnie do reakcji. Wskoczyła (z łodygą w zębach, ma się rozumieć) na wersalkę obok Ogrzyka, wepchnęła łodygę pod kocyk, którym był przykryty i zaczęła pod nim grzebać (pod kocykiem, nie Ogrzykiem), żeby ją wydostać. Jak łatwo się domyśleć - efekt osiągnęła natychmiastowy ;-) Wariatka kochana!

Dobre wieści! Zaliczyliśmy wizytę u neurologa, żeby w końcu sprawdzić nierówne źrenice u Ogrzyka. Pani doktor miała utrudnione zadanie w kwestii badania Ogrzyka, bo był w tym dniu całkowicie na NIE i już. I o wszystko wył i wszystko go wnerwiało. Też tak mam czasem. ;-) Ale najważniejsze - stwierdziła, że nie jest to w jego wypadku objaw żadnej niepokojącej choroby i nawet nie trzeba tej nierówności kontrolować ani diagnozować dalej. Najprawdopodobniej Ogrzyk miał jakieś zapalenie nerwu w oku i to spowodowało wolniejszą reakcję jednej źrenicy, albo wpływ na to ma fakt, że oko z większą źrenicą, to oczko astygmatyczne (a więc gorzej rozwinięte). Wyleciałam z gabinetu na skrzydłach.

Z tego szczęścia wybraliśmy się w końcu z Małym na kulki, czyli na plac zabaw z tymi wszystkimi basenami wypełnionymi kulkami, zjeżdżalniami, platformami do wspinania. Zastanawiałam się czy Ogrzykowi będzie się tam podobało, ale to, co tam wyrabiał przeszło moje najśmielsze oczekiwania! On szalał! Biegał, krzyczał coś do siebie, wszędzie właził, wspinał się, naśladował starsze dzieci i próbował się z nimi bawić, ledwie nas zauważał. A my ganialiśmy za nim jak wariaci hi hi. Nie wiem, kto był potem bardziej zmęczony – On czy my! Robiłam zdjęcia, ale nie wyszły, bo był w ciągłym ruchu, a do takich zdjęć przydałby się lepszy aparat, najlepiej z trybem sportowym – takim, który robi poklatkowe fotki. Nie spodziewałam się. Nie znałam z tej strony mojego Maluszka. Był taki szczęśliwy, wszystkiego ciekawy, energiczny, chętny do zabawy z innymi dziećmi. W pewnym momencie podszedł do 2,5-latki, przyglądał się jej przez chwilę, a potem dotknął jej sukienki na brzuchu (miała tam wyhaftowane kwiatki). Ładne kwiatki? – spytała rezolutna dziewczynka. Nie wiem czy mu się podobały, bo uwagę Ogrzyka przykuły teraz włosy dziewczynki zebrane w dwie kitki. Patrzył, dziwił się, w końcu wyciągnął rączkę, dotknął jednej z kitek i pogłaskał dziewczynkę po głowie. ;-))

i tym optymistycznym akcentem ... do następnego!

18 sty 2012

Wizje…

...ostatnio mam.
Nie, nie takie, co to po lekach, z powodu upojenia, albo z braku alkoholu we krwi.
Ale mam je, są i uprzykrzają mi życie (obok koszmarów sennych, oczywiście) . Tak, pewnie jak zwykle wyolbrzymiam i martwię się na zapas, ale cóż poradzić z tak zrytym beretem jak mój.
1. Pierwsza Ogrzykowa wizja
Nie wiem jak dzisiaj działam … siłą rozpędu chyba. Powieki na zapałki i te klimaty...
Albowiem/ponieważ noc była tak jakby nieprzespana. Nie pierwsza i nie ostatnia – wiem. Ale dzisiaj tak jakby wcale, a wczoraj bardzo niewiele.
A to z powodu ambicji Szreka, który postanowił, że rozpoczynamy akcję „odzysk wyrka”, czyli Ogrzyk śpi u siebie! Tiaaa, jasne! ;-))
Młody zasnął sobie, z niewielkimi tylko problemami, około 20-ej z minutami. Aż tu nagle, około 23-ej plaskanie bosych stóp zaanonsowało przybycie Młodego do naszego pokoju. Przygotowany był na zostanie/nocowanie, bo ze swoją jaśko-przytulanką pod pachą. ;-) Szreku wyniósł Ogrzyka, przewinął i napoił, po czym odłożył do łóżeczka prawie śpiącego (Ogrzyka śpiącego, nie łóżeczka!). Do pokoju wrócił zadowolony z siebie i swojej skuteczności po kilkunastu minutach. Po pół godzinie Ogrzyk był znowu u nas. Tym razem ja odniosłam Ogrzyka, utuliłam w łóżeczku, a kiedy zasnął wróciłam do siebie (zapamiętać: to, że się Ogrzyk nie rusza i ma zamknięte oczy NIE oznacza, że śpi!). Zanim jednak zdążyłam się dobrze umościć – Ogrzyk już wdrapywał się na nasze poduszki (z nieodzownym jaśkiem pod pachą). ;-) Żeby skrócić opowieść – historyja się powtarzała, nasz Bumerang wracał, my wynosiliśmy, On udawał, że śpi, a godziny mijały...
W końcu ok. 3-ej zasnął. My też położyliśmy się spać. O 4-ej obudził mnie tupot bosych stópek…
Poddałam się (Szreku już spał, narkoleptyk jeden!) i pozwoliłam Ogrzykowi położyć się między nami. Po kilku sekundach SPAŁ! ;-)
I wtedy pojawiła się moja wizja – dwóch bardzo dojrzałych Ogrów i śpiącego z nimi nastoletniego Ogrzyka. ;-))
2. Wizja Szrekowa
W pracy Szreka syf i sodomia z gomorią. W grudniu zwolniono kilka osób, a te, które miały pecha, dostały wypowiedzenie na tydzień przed Wigilią. Bo my takim rodzinnym i wierzącym narodem jesteśmy… Nie muszę wspominać, że mieliśmy pełne pampersy… Udało się. Udało? Atmosfera ciągle niejasna, wszyscy czekają w napięciu, nikt nic nie mówi, ale KAŻDY w wolnej chwili przegląda portale typu pracuj.pl. I żeby było śmieszniej – oficjalnie i na głos wymieniają się uwagami i komentują poszczególne oferty… Oferty w naszym mieście chwilowo się skończyły. Zostają te w Warszawce, bo tam rynek nie ma dna, a oferty końca! Tylko, że … no, Warszawka! Codzienne podróże i Szreku ok. 12-15 godzin poza domem. To już nie chodzi nawet o mnie tylko o Ogrzyka.
I moja wizja – Szreku bez pracy, ja na wychowawczym = Szreku jeździ do pracy daleko od domu. :-(( Mój brat jeździ tak od kilku lat. Wiem co o tym myśli i mówi. I wiem, dziś takie czasy, że trzeba czasem zacisnąć pośladki i nie marudzić, ale … Stracić kontakt z rodziną dla kasy? Żeby płacić rachunki i raty kredytu?!
3. Moja, pracowa - brrr
Mój powrót do pracy zbliża się wielkimi krokami. Muszę (chcę i potrzebuję!) spotkać się z Dyrką w celu omówienia kilku intrygujących mnie tematów. W grudniu, kiedy pytałam w sekretariacie o dyrekcję, powiedziano mi – jak to nic pilnego, to przełóż spotkanie na styczeń… luty. I co to, kurdę, ma być?! Może jeszcze kwiecień/maj?! Nie spieszy mi się, ale kilka spraw chciałabym omówić przed Wielkanocą! I te wszystkie pytania (moje!) co do powrotu – gdzie mnie Dyrka pchnie, do kogo (kierownice normalne są u nas towarem deficytowym!), czy będę mogła pracować na pół etatu i jak daleko będę musiała dojeżdżać do pracy… Wszystko ma znaczenie, bo chodzi o Ogrzyka!
Moja wizja – scenariusz najczarniejszy z czarnych – wracam do pracy, do Oddziału sporo oddalonego od domu, z niekorzystnym dojazdem (z przesiadkami), z kierownicą, która wychowała swoje pociechy wiele lat temu (albo nie miała ich wcale) i nie wie/nie pamięta jak to jest kiedy są w domu małe dzieci, które chorują i zaprzątają uwagę swoich starych do pełnoletniości… która sarka na każde zwolnienie i wcześniejsze (w razie konieczności) wyjścia z pracy…
Aaaaaa! Aa kyszsz!!

Muszę chyba zacząć pisać o Ogrzyku. O Nim i o kocicy, bo te tematy niosą ze sobą całą masę pozytywnych uczuć i energii, mimo poważnego niewyspania przecież! :-))

2 sty 2012

Pierwszy dzień roku - bez dźwięku/fonii

A to było tak -
Wiedziałam już, że imprezujemy sami więc się wyluzowałam – udawałam, że nie widzę focha Szreka, który zawsze tak ma jak się źle czuje (czill i równowaga – goosfraba). Starałam się nie zauważać rosnącego bajzlu w każdym zakątku, w którym pojawił się Ogrzyk. A niech tam, grunt, że lepiej się poczuł! Ignorowałam pojawiającą się chrypkę i coraz bardziej przykre kłucia i drapania w gardle – nie! Taka pierdoła nie zepsuje mi humoru! Przyszedł brat w nastroju do spania… zadzwonili znajomi, żeby się upewnić, czy aby objawy nam nie minęły i się jednak nie spotkamy. Słysząc moje seksowne chrypienie wymiękli. Czill! Mieliśmy nadmuchać balony, ale z góry było wiadomo, że kota się nimi zajmie i przetrwają około godziny. A ponieważ taki wybuchający balon (z naszymi bakcylami w środku) to bomba biologiczna – obyło się bez nich. Wieczór upływał miło i spokojnie, Szreku przy usypianiu Ogrzyka zasnął na godzinę, a my z bratem znieczulaliśmy się i odkażaliśmy. W końcu dołączył do nas Szreku i zachwycił się moim niskim, schrypniętym głosem – brzmiałam jak murzyńska wokalistka, tylko śmiech miałam jak diabeł tasmański (taka postać z kreskówki).
O północy obowiązkowy szampan na balkonie i huk wybuchów kolorowych fajerwerków. Oczywiście Ogrzyk się obudził i siedział z nami, dopóki całe szaleństwo za oknami nie ucichło.
... A potem zaniemówiłam...
Ot, tak zwyczajnie, nagle z mojego gardła zamiast seksownej chrypki wydobył się skrzeczący szept.
I tak mi zostało.
Pierwszy dzień roku powitałam bólem głowy, gardła i totalnym bezdźwiękiem. Co, dla niezorientowanego obserwatora, może wydawać się efektem ostrego balowania ze śpiewem do rana.
Mój szept za to bardzo podoba się Szrekowi. Obrzydliwy złośliwiec twierdzi, że nigdy u nas nie było tak cicho, i że mógłby się przyzwyczaić – pfff, jasne! Niech na to nie liczy! Gorzej, że teraz Ogrzyk już w ogóle mnie nie słucha, bo udaje, że mnie nie słyszy! Aż tak bardzo znowu nie musi udawać, niestety.
Oryginalny początek roku, nie ma co…

14 paź 2011

Nikt się nie dowie jako smakujesz – aż się zepsujesz (…)

Mama pod koniec przyszłego tygodnia idzie (wraca!) do szpitala na kolejną operację.
Tym razem będzie poważniejsza, rana większa, a mama wolniej będzie wracać do formy.
Ale będzie wiadomo, czy są przerzuty i konieczna jest chemia.
Nie myślę, nie zastanawiam się, nie prorokuję. Przynajmniej się staram … Boję się. Trochę inaczej niż za pierwszym razem.
I czekam, tak jak mama i brat.
I tak jak oni udaję, że się nie martwię.
Bo będzie dobrze, prawda? Musi być!

Zaniedbania (chroniczne i permanentne) mojego zdrowia wyłażą wszystkimi dziurami (jakkolwiek dziwnie to zabrzmiało).
Czego się nie tknę, nie sprawdzę – chore i do natychmiastowego leczenia!
- zaczęło się od nadgarstków - oba ponoć do operacji… zespół cieśni!
- potem sprawdziłam kolana - nic takiego! Trzeba tylko przez kilka miesięcy pobrać kolagen w celu uzupełnienia go w chrząstkach, żeby nie trzeszczało i nie bolało. Najlepiej suplement diety, „taki-a-taki”, którego miesięczny koszt to ok. 100-120 zł! Pryszcz! Co to dla mnie! ;-)
- okulistę zaliczyłam wcześniej – okulary do czytania … A może za chwilkę i do noszenia, bo widzę jakby gorzej nieco …
- ostatnio laryngolog – miałam sprawdzić przykre dolegliwości gardłowe, trwające od czasów sprzed ciąży(!), ale przy okazji i w ostatniej chwili przyplątał się jakiś syf przeokrutny więc była kumulacja! Nowy syf to infekcja wirusowa. Ale ciekawsze jest to, co sobie wcześniej wyhodowałam! Zapalenie błony śluzowej gardła z zanikającą śluzówką! Tadaam! Zdolna jestem niesłychanie. Doktor uspokajał, że brzmi gorzej niż powinno, ale leków wypisał 3 (trzy!) recepty, zapłaciłam za wizytę i leki (!!) jak za … nie wiem co! A! I oczywiście jeden z najdroższych leków mam brać przez co najmniej 3 miesiące! A lepiej brać go dłużej.
- w kolejce jest jeszcze dentysta… Z tym długo czekać nie trzeba! I się nie da! Zębiszcza same, i w najmniej odpowiedniej chwili, przypomną o sobie. Boleśnie! A wtedy nie ma zmiłuj! Znowu popłynie strumień setek złotych polskich na konto kolejnego lekarza. Bo Fjona, kurdę, hojna jest i lubi wspierać rozwój lokalnych gabinetów medycznych! A co?!

Swoim wirusowym syfem gardłowym, oczywiście, zaraziłam Ogrzyka! Bo się tak bardzo starałam, żeby tego nie zrobić i Młodemu oszczędzić! Zaczęło się od wyjątkowo (nawet jak na Niego) marudnego i nerwowego zachowania. Jeszcze nieświadoma, ot tak, chwyciłam termometr i – BANG! Temperatura 38,8! Klikałam (mam bezdotykowy termometr) ze 300 razy! Bez zmian! Niesamowita gorączka, jak na Ogrzyka, który ani po szczepieniach, ani przy chorobach nie przekraczał 38,5! Malutka panika, obserwacja i konsultacja telefoniczna z poradnią. Jeszcze do 14-ej jakoś się trzymał, zjadł kilka łyżek obiadu, jogurt, a po godzinie zażądał znowu jogurtu!! Potem jednak jak na zjeżdżalni ... wiuuu i z godziny na godzinę było coraz gorzej. Trochę kaszlał, mało spał (takim niespokojnym, przerywanym snem), markotniał i spowalniał, aż w końcu Szreku wrócił z pracy ... a Ogrzyka nie było!! Mały zawsze wita go w drzwiach, krzyczy coś po swojemu i "opowiada". Już tylko pro forma mierzenie temperatury - kolorki, zaszklone spojrzenie, spierzchnięte usta i marud-powolniaczek mówiły wszystko! Aaaaa - 39,8!! Samochód, nocna pomoc (szczęście że blisko) i zapalenie gardła. Miś straaasznie bidny, marudny, i taki jak nie on ... Ciężka to była noc. Budził się z płaczem, ale temperatura troszkę spadła! Został mu tylko (jak jego matce) upierdliwy i męczący suchy kaszel! Poza kaszlem jest oki. Ale ten kaszel … taki sam jak mój! Suchy, męczący, bezproduktywny i bezsensowny.
Boszsz!
Zdrowia dużo poproszę! Wór. Lepiej kilka worów od zaraz!
Dla siebie i całej rodziny!