Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamartwianie się to moja specjalność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamartwianie się to moja specjalność. Pokaż wszystkie posty
28 mar 2016
Święta??
A wszystko zaczęło się w Wielki piątek..
...serio - "wielki". Wybrany, bo wolny (bez zwalniania się w pracy i tak dalej).
Bo właśnie diagnozujemy Ogrzyka dla endokrynologa. Zachciało mi się akurat zrobić badania wtedy..
Pobieranie krwi bolało wszystkich (mimo plasterka przeciwbólowego) - ale może wreszcie dowiemy się czegoś więcej?
A wieczorem wysypało Ogrzyka i sobie zagorączkował...
Myślałam - emocje, przecież. Moja krew!
Daliśmy sobie na wstrzymanie, a Ogrzykowi - jak zwykle: aerius, wapno, zyrtek...
Przeszło.
I wtedy - Święta wielkanocne...
...a dzieci kiedy niby wybierają najlepszy moment na prawdziwe chorowanie?
Tak!
Łikędy, święta wszelakie, no przesz dni wolne od pracy, tak?...
Tak!
Żeby trudniej było, ale za to jakie przeżycia!
Ogrzyka wysypało wcześniej, w tygodniu jakoś...
I tak było codziennie, przez cały tydzień! Rano super, a po 17-ej wysypuje i generalnie niefajnie jest.
Dzisiaj - niedziela - odwiedzamy ostry dyżur. A co! Dobrze, że na osiedlu - niedaleko! Gorączki nie ma, wysypki brak! Ale - kontynuować leczenie. I tak trzymać.
A teraz - jest tuż po północy - Ogrzyk wysypany na czerwono, gorączka i totalnie duupa blada.
Lany Poniedziałek mamy znowu zorganizowany?!
Oby NIE! Plizz.
***
Na koniec akcent wesoły ...
... Niedziela.
Oglądamy film "Asterix na olimpiadzie".
Finałowa scena.
Dwoje bohaterów (chyba głównych) zmierza romantycznie do siebie...ustami gotowymi do kontaktu.
I wtedy Ogrzyk mówi z obrzydzeniem (chyba?):
- Zaraz się pocałują ... FUUJ!- zasłaniając sobie oczy
..a my (dorośli) z konsternacji w śmiech!
4 lut 2013
I tak źle – i tak niedobrze
Po tak długiej przerwie od żłobka Młody dużo płakał, pisałam już. Opiekunka zasugerowała, żeby dać mu jakąś rzecz, która go uspokaja. Ma podusię, swojego ukochanego "jasia" (którego, zresztą wołał przez dwa dni, zrozpaczony, że nikt nie wie o co mu chodzi) więc w piątek zabrał go ze sobą na salę. Kiedy odbierałam Ogrzyka, wszystko było fajnie, ponoć już nie płakał, tylko, że … Opiekunka otworzyła szeroko drzwi do sali, dzieci właśnie robiły „pociąg” do piosenki „jedzie pociąg z daleka” i świetnie się bawiły, ale nie było między nimi Ogrzyka (chociaż uwielbia zabawy w kółko i wszelkie zabawy z muzyką i tańcem, że o ciuchci nie wspomnę!). Zawołany Szymek wyszedł gdzieś z końca sali. Dzisiaj sytuacja powtórzyła się – dzieci bawiły się na środku, a mój Ogrzyk wyszedł gdzieś z jakiegoś kąta ze swoim ukochanym jasiem. Akurat trafiłam na jedną z jego ulubionych cioć (na szczęście chociaż jedna z nich wróciła), więc nie wytrzymałam i zapytałam, czy się czasem nie izoluje przez tego jaśka. To co usłyszałam rozwaliło mnie. Odkąd ma jasia nic go nie interesuje – nie bawi się ani z dziećmi ani sam, nie interesują go zabawy, tańce, zajęcia, nawet posiłki! Dzisiaj „ciocia” musiała go prawie siłą zaprowadzić na obiad, żeby zjadł cokolwiek. Dodała jeszcze, że bardzo się zmienił po tej ostatniej nieobecności, że dawniej lubił się bawić ze wszystkimi, zaczepiał dzieci, bawił się zabawkami i chętnie dawał się wciągać we wspólne zajęcia. Teraz nic go nie interesuje. No, i jak się tu nie załamać?!
Jutro robimy eksperyment i wracamy do sytuacji, że jasiek zostaje w szafce w szatni (na wszelki wypadek). Nic innego nie przychodzi nam na razie do głowy. Zobaczymy co będzie się działo.
Etykiety:
Sajmonek,
zamartwianie się to moja specjalność,
żłobek
1 lut 2013
Żyję
I chyba już czas odkurzyć bloga, pajęczyny pozdejmować, wreszcie coś skrobnąć w tym nowym roku. Tak, Aniu, mamo T. masz rację - Wielkanoc za rogiem… ;-)
Co do postanowień noworocznych mam jedno – być lepszą matką! Bo kiepsko mi idzie i mam tego pełną świadomość. :-(
Postanowiłam sobie, po pierwsze, nie wrzeszczeć na Ogrzyka. Któregoś razu naczytałam się w necie o krzywdzie jaką robią dziecku nasze wrzaski, oraz mądrych rad jak tego nie robić i wróciłam do domu pełna dobrych chęci. I zapału. Umiem, chcę, potrafię!
Wytrzymałam… do wieczornej kąpieli.
Myję Ogrzyka (bo teraz on decyduje kto, co i kiedy!), a Mały ma tyle ciekawych zajęć podczas kąpieli – myje kafelki, zalewa podłogę wodą z prysznica, robi porządek w moich szamponach, żelach i innych buteleczkach stojących na półce przy wannie „mama, to nie tu! To tu, a to fe!” (i wrzuca na przykład mój balsam do zlewu). W pewnym momencie Młody ciągnie za sznurek suszarki (mama a to to?). Jeden z prętów suszarki spada (mało nie uderza go w głowę) a przy okazji spada do wanny wysuszona zawartość.
Podnoszę głos - Co robisz?! I jak mam na Ciebie nie krzyczeć?! Może mi powiesz bo ja nie wiem!
I słyszę małego mądrali spokojną odpowiedź – Teś niemiem. ;-)
Jak uśpić mojego Ogrzyka? Chrapać lub udawać chrapanie! Mój Szreku jest Miszczem usypiania, jak łatwo się domyśleć. Tyle, że on nie musi tego chrapania udawać! Zasypia pierwszy i daje dobry przykład. :-)
Znowu kołowrót - my w pracy, a Młody pierwszy raz po trzytygodniowej przerwie w żłobku. Zobaczymy jak będzie i ile dni wytrzyma (bez choroby). W styczniu chodził całe trzy dni! Czwartego miał już katar, a za chwilę gorączkę. Najgorsze, że po każdej przerwie musi przyzwyczajać się od nowa, a do tego zmieniły mu się „ciocie” (urlop? choroba?) i kilka dzieciaków jest nowych (w tym jeden straszny agresor i łobuziak o słodkim imieniu Mateuszek. Widziałam go w akcji w szatni jak atakował kolegę. Nie wiem czy to temperament czy niektóre dzieci tak mają). Tak więc wróciliśmy do punktu wyjścia, do ryków i płaczu porannego, do błagalnego: ”mama ja TU!” (czyli, że chce zostać w domu) i „ja nie do cioci Asi”(każda ciocia w żłobku to dla Małego „Asia”). Chociaż przy odbieraniu go ze żłobka jest już oki, jest zadowolony i ożywiony. I napiszę to, choć zabrzmi okropnie – Młody zasypia cudownie szybko i wcześnie, kiedy chodzi do żłobka! Pada już przed 20-tą. ;-)
A ja jestem dzikusem bez energii. Mam chyba jakąś depresję. Bo żadna chandra, ani dół nie trwają tak długo. Może to hormony? Albo SKS (starość, qwa, starość)? Walczę ze sobą, swoją płaczliwością i rozmemłaniem, bezsilnością i słabością, ale na razie przegrywam. Najgorsze jest, że – tak jak mój syn ma obniżoną odporność na wszelkie bakcyle – ja mam znacznie obniżoną odporność na wszelkie trudności i złośliwości jakie mnie spotykają. Szreku stuka się w głowę i nie może zrozumieć, po co się tym wszystkim aż tak przejmuję. Ja też, w sumie, nie rozumiem i chyba właśnie na tym polega problem. Jak to było w Seksmisji? „Zdrowy organizm żyje i działa, dopiero chory zastanawia się nad sobą”. Coś w tym jest.
Jeszcze powalczę. Może pogoda się zmieni na jaśniejszą i będzie lepiej? Jeśli nie, poszukam pomocy u lekarza. Bo nie chcę tak żyć. Muszę być w formie. Psychicznej zwłaszcza. Dla Ogrzyka! Nie może mieć takiej matki. Mam być dla Niego wsparciem!
Na razie, doraźnie, pomogły ciepłe słowa pocieszenia i rękaw do wypłakania (dzięki Kobieto!). Wytarłam łzy, chcę wierzyć, że nie jest tak źle, jak myślę i nie jestem największą ciapą we Wszechświecie, a to co uwiera – jakoś się ułoży. Oby!
I powtarzam sobie cichutko/nieśmiało – „bo twardym trzeba być…”
Z ostatniej chwili. Ogrzyk został ugryziony w żłobku przez inne dziecko. Opiekunka zameldowała przy odbiorze Szymka. Ma "pięknie" odciśniętą całą malutką szczękę. Przez chwilkę mnie to nawet rozbawiło, ale potem przyszła refleksja… Szymek, nie jest agresywny, co nie zmienia faktu, że był już (i zapewne będzie, niestety) atakowany przez bardziej agresywne dzieci. Panikować? Szreku, oczywiście, ma już wyjście z sytuacji: będzie uczył Ogrzyka się bronić (prawie chciał go zapisać na krav magę haha!). Wyśmiałam go i przypomniałam, że Ogrzyk ma dopiero 3 lata i nie ma co uczyć go agresji! Ale, nie ukrywam, lecę na googla poszukać, poczytać, co robić, jak pomóc, jak się zachowywać.
Dżizaas, jak ja NIC nie wiem o życiu!
Co do postanowień noworocznych mam jedno – być lepszą matką! Bo kiepsko mi idzie i mam tego pełną świadomość. :-(
Postanowiłam sobie, po pierwsze, nie wrzeszczeć na Ogrzyka. Któregoś razu naczytałam się w necie o krzywdzie jaką robią dziecku nasze wrzaski, oraz mądrych rad jak tego nie robić i wróciłam do domu pełna dobrych chęci. I zapału. Umiem, chcę, potrafię!
Wytrzymałam… do wieczornej kąpieli.
Myję Ogrzyka (bo teraz on decyduje kto, co i kiedy!), a Mały ma tyle ciekawych zajęć podczas kąpieli – myje kafelki, zalewa podłogę wodą z prysznica, robi porządek w moich szamponach, żelach i innych buteleczkach stojących na półce przy wannie „mama, to nie tu! To tu, a to fe!” (i wrzuca na przykład mój balsam do zlewu). W pewnym momencie Młody ciągnie za sznurek suszarki (mama a to to?). Jeden z prętów suszarki spada (mało nie uderza go w głowę) a przy okazji spada do wanny wysuszona zawartość.
Podnoszę głos - Co robisz?! I jak mam na Ciebie nie krzyczeć?! Może mi powiesz bo ja nie wiem!
I słyszę małego mądrali spokojną odpowiedź – Teś niemiem. ;-)
Jak uśpić mojego Ogrzyka? Chrapać lub udawać chrapanie! Mój Szreku jest Miszczem usypiania, jak łatwo się domyśleć. Tyle, że on nie musi tego chrapania udawać! Zasypia pierwszy i daje dobry przykład. :-)
Znowu kołowrót - my w pracy, a Młody pierwszy raz po trzytygodniowej przerwie w żłobku. Zobaczymy jak będzie i ile dni wytrzyma (bez choroby). W styczniu chodził całe trzy dni! Czwartego miał już katar, a za chwilę gorączkę. Najgorsze, że po każdej przerwie musi przyzwyczajać się od nowa, a do tego zmieniły mu się „ciocie” (urlop? choroba?) i kilka dzieciaków jest nowych (w tym jeden straszny agresor i łobuziak o słodkim imieniu Mateuszek. Widziałam go w akcji w szatni jak atakował kolegę. Nie wiem czy to temperament czy niektóre dzieci tak mają). Tak więc wróciliśmy do punktu wyjścia, do ryków i płaczu porannego, do błagalnego: ”mama ja TU!” (czyli, że chce zostać w domu) i „ja nie do cioci Asi”(każda ciocia w żłobku to dla Małego „Asia”). Chociaż przy odbieraniu go ze żłobka jest już oki, jest zadowolony i ożywiony. I napiszę to, choć zabrzmi okropnie – Młody zasypia cudownie szybko i wcześnie, kiedy chodzi do żłobka! Pada już przed 20-tą. ;-)
A ja jestem dzikusem bez energii. Mam chyba jakąś depresję. Bo żadna chandra, ani dół nie trwają tak długo. Może to hormony? Albo SKS (starość, qwa, starość)? Walczę ze sobą, swoją płaczliwością i rozmemłaniem, bezsilnością i słabością, ale na razie przegrywam. Najgorsze jest, że – tak jak mój syn ma obniżoną odporność na wszelkie bakcyle – ja mam znacznie obniżoną odporność na wszelkie trudności i złośliwości jakie mnie spotykają. Szreku stuka się w głowę i nie może zrozumieć, po co się tym wszystkim aż tak przejmuję. Ja też, w sumie, nie rozumiem i chyba właśnie na tym polega problem. Jak to było w Seksmisji? „Zdrowy organizm żyje i działa, dopiero chory zastanawia się nad sobą”. Coś w tym jest.
Jeszcze powalczę. Może pogoda się zmieni na jaśniejszą i będzie lepiej? Jeśli nie, poszukam pomocy u lekarza. Bo nie chcę tak żyć. Muszę być w formie. Psychicznej zwłaszcza. Dla Ogrzyka! Nie może mieć takiej matki. Mam być dla Niego wsparciem!
Na razie, doraźnie, pomogły ciepłe słowa pocieszenia i rękaw do wypłakania (dzięki Kobieto!). Wytarłam łzy, chcę wierzyć, że nie jest tak źle, jak myślę i nie jestem największą ciapą we Wszechświecie, a to co uwiera – jakoś się ułoży. Oby!
I powtarzam sobie cichutko/nieśmiało – „bo twardym trzeba być…”
Z ostatniej chwili. Ogrzyk został ugryziony w żłobku przez inne dziecko. Opiekunka zameldowała przy odbiorze Szymka. Ma "pięknie" odciśniętą całą malutką szczękę. Przez chwilkę mnie to nawet rozbawiło, ale potem przyszła refleksja… Szymek, nie jest agresywny, co nie zmienia faktu, że był już (i zapewne będzie, niestety) atakowany przez bardziej agresywne dzieci. Panikować? Szreku, oczywiście, ma już wyjście z sytuacji: będzie uczył Ogrzyka się bronić (prawie chciał go zapisać na krav magę haha!). Wyśmiałam go i przypomniałam, że Ogrzyk ma dopiero 3 lata i nie ma co uczyć go agresji! Ale, nie ukrywam, lecę na googla poszukać, poczytać, co robić, jak pomóc, jak się zachowywać.
Dżizaas, jak ja NIC nie wiem o życiu!
9 gru 2012
Sajmon i …
- i żłobek – chyba mu nie służy. Ze względów zdrowotnych, ale emocjonalnych trochę też. Płacze (lub marudzi - zależy kto go odprowadza) kiedy idzie do żłobka, popłakuje raz czy dwa razy w trakcie dnia, choć potem trudno go stamtąd wyszarpnąć. Biega po korytarzu, wspina się na piętro - szaleje. Panie go bardzo lubią, bo jest grzeczny i sam sobie organizuje czas wolny od wspólnych zajęć. Tylko co z tego, skoro jest w tym żłobku trzy do sześciu dni na miesiąc?! No, i trochę zmienił się pod wpływem (szoku) rozłąki i innych dzieci. Nauczył się wymuszać wszystko krzykiem i histerycznym płaczem (chociaż to pewnie taki etap), chce decydować co ubierze, co będzie jadł, kto go będzie usypiał, mył, karmił, w ogóle daje do zrozumienia, że on fam! (sam), panikuje kiedy mu znikam w pokoju obok, zrobił się przylepą-pieszczochem i najchętniej spędzałby czas w naszych ramionach, chce rządzić! Albo będzie tak jak on chce, albo wcale.
- i elektronika - uwielbia miłością absolutną! radio, Tv, każdy sprzęt grający i oczywiście telefony! Niestety, nie umiemy go oduczyć dotykania przedłużaczy i listew, czyli sprzętu bezpośrednio podłączonego do kontaktu. Nic nie pomaga - tłumaczenie, czytanie książeczek, krzyki i dawanie po łapach, nic! A wracając do telefonów - u Szreka w telefonie (dotykowy) potrafi nie tylko obejrzeć sobie zdjęcia czy nagrane filmiki, ale także wejść w youtube i wyszukać bajki typu Reksio, Pat i Mat (Sąsiedzi) czy Tomek i przyjaciele. Ostatnio też się bawił telefonem. Ja byłam już w pracy, a Szreku się szykował. W pewnym momencie Szreku zauważył, że Młody wystukuje ciąg jakichś cyferek, ale się nie przejął, bo tak długiego numeru nie połączy z żadnym abonentem przecież... Po chwili zadzwonił telefon. Szreku odebrał i usłyszał – „Tu pogotowie! Zadzwoniło do nas dziecko, rozumiem, że jest zostawione bez opieki więc wysyłam karetkę i policję!” Na szczęście nie wysłał, ale Szreku dostał zjebki (zasłużone absolutnie, chociaż on sam uważa inaczej) i ma nauczkę, że Młody jest nieobliczalny.
- i muzyka - ostatnio hit absolutny "Gangnam style". Kiedy Sajmon tylko toto usłyszy, przerywa każdą zabawę, porzuca zabawki i zaczyna tańczyć. A ostatnio nawet próbuje śpiewać - najlepiej wychodzi mu "hej!"
- i kota – skomplikowany związek, szorstka czułość podszyta zazdrością. O nas oczywiście. Potrafi być dla niej niemiły, próbuje ją kopnąć, gania ją i krzyczy przy niej wymachując rękami (kota nie lubi tego, więc ucieka), ale z drugiej strony pilnuje, żeby dać jej jeść (citek miau! jeśś jeśś), a najchętniej sam próbuje ją karmić. Kota, jak się zapomni, ociera się o niego i coraz mniej daje mu po łapach. Zresztą Sajmonek jest i tak przygotowany i w bliższych z Kiką kontaktach chowa dłonie pod pachy, tak na wszelki wypadek, o!
- i mowa - czyli, cytując Słowackiego: „…aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…” – wiele, wiele nowości w temacie! Nareszcie! I chcemy więcej. Chociaż już teraz (dla mnie!) Sajmonkowe gadanie jest zrozumiałe i oczywiste. Jedziemy autem, ja prowadzę, Sajmon z tyłu w foteliku. Słyszę zza pleców: „mama, a to to?” Ale co? – pytam „to! To to?” I tak całą drogę! A dalej – fam (sam), juf (już), dziuja (dziura), kedy baba bedzie tu? Niektóre wyrazy (czasem całe zdania!) wyskakują z niego ot, tak - jakby od niechcenia, jakby TAM gdzieś były i czekały sobie na wywołanie. Ale generalnie są to ciągle pojedyncze wyrazy i ciągle preferuje swoją mowę...
- i choroby - sporo tego było od września. I za każdym razem (poza jednym przypadkiem!) brał antybiotyk. Jak pisałam, wracał do żłobka na trzy dni i zaczynało się od nowa. Niestety, nasza doktorka leczy wszystko (od kataru po wirusy) antybiotykami, a ja nie jestem aż tak odważna czy doświadczona, żeby ryzykować samodzielne leczenie domowymi sposobami. Efekt był taki, że ostatnia choroba była bardzo ciężka, z wysoką gorączką (ponad 39,5), której nie dawało się zbić przez kilka dni. Młody bardzo był cienki, gorączka zamieniała go w piszczącego i jęczącego biedaczka, odmawiał przyjmowania leków i picia, a ja panikowałam, bo nie wiedziałam czy to wszystko nie skończy się czasem w szpitalu. Tym razem to ja siedziałam z nim w domu. Babcia nie dałaby rady, a w końcu dziecko jest ważniejsze niż atmosfera w pracy (bo kierownica się wyraźnie na mnie obraziła, że ją ze wszystkim zostawiłam samą. Ojej! Masakra!). Nawet doktorka zaniepokoiła się i skierowała go na badania krwi. Na szczęście wszystko w normie, ale zadecydowałam, że teraz zostanie do końca roku w domu. Niech odpocznie od bakcyli i leków. A w nowym roku - zobaczymy. Chciałabym, żeby wrócił do żłobka, bo i tak nie ma innego wyjścia i do przedszkola będzie musiał iść. Z drugiej strony, chciałabym, żeby posiedział w domu – z dala od bakcyli/wirusów/antybiotyków… Ale to zależy od babci – mojej mamy. A tu jest problem, bo z moją mamą jest źle… Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, tak jest! Symptomy przemawiają nawet do takiego ignoranta jak ja i wiem, że jest bardzo, bardzo źle! No, i moje sny… można się śmiać, ale są bardzo złowieszcze, wiem to i czuję.
Tak czy owak, jest jak jest i oby jak najdłużej nie było gorzej!
27 cze 2012
Wszystkiego po trochu
Szybko, bo „szkoda wkładu i składu” – jak mawiał mój znajomy, milczek i informatyk zresztą. Wrzucam zanim się rozmyślę.
*Szymek dostał się do żłobka. To sukces, bo żłobek jest jeden na spore osiedle i szanse były skromne. Udało się. Od września zaczyna się rewolucja w naszym domu – Miś do żłobka, a ja do pracy.
Nadejszła wiekopomna chwila, pora by oddać Go światu. ;-)
Dziwne uczucie – teraz jest całym moim światem, a już za chwilę obcy ludzie będą patrzeć na jego postępy, będą brać udział w jego rozwoju, będą mieć na niego wpływ. Potem koleżanki, koledzy, sympatie i antypatie, pierwsze miłości, sukcesy i porażki, całe życie!
Wiem, panikuję i jak zwykle martwię się na zapas. ;-)
**Powrót do pracy też napawa mnie lękiem. Podczas kolejnej rozmowy z dyrką wyczułam jej lekkie rozczarowanie, że już wracam i do tego na cały etat. No, tak – naprzyjmowała sporo osób na zastępstwa i może teraz niechętnie przyjmuje powrót „starych” pracownic. Tak jest chyba w moim przypadku, bo kiedy po dłuższej rozmowie, zwodzeniu mnie i kręceniu (nie wiem gdzie Cię dam, zgłoś się w sierpniu, może wtedy coś będę wiedzieć, teraz nie wiem nic) zapytałam w końcu wprost, czy jest dla mnie miejsce, czy nie i czy będę mogła wrócić, odpowiedziała: „no, wiesz, ja cię przyjąć muszę!”. Zabrzmiało to jak – „nie chcę, ale muszę”. I wszystko mi opadło, bo nie oczekiwałam fanfar, powitalnej imprezy i kwiatków, ale po 20-tu latach pracy, sumiennej, lojalnej, zaangażowanej (jak sobie przypomnę przestawianie mebli, sprzątanie po malowaniu, organizowanie imprez, a zwłaszcza nagród dla dzieci we własnym zakresie – za darmo, za „dziękuję”, bo na nic kasy nie było, to mi jeszcze smutniej), nie spodziewałam się, że zostanę tak potraktowana. Czy to kara za to, że ośmieliłam się zajść w ciążę i zniknąć z pracy? To, że nie ma ludzi niezastąpionych, wiem nie od dzisiaj. Mogło się też skończyć wypowiedzeniem, jak u moich koleżanek w innych firmach. Ja to wszystko wiem/rozumiem, ale i tak mi przykro. I coraz mniej mi się chce wracać do pracy. I już. :-((
***Wakacje w „szrekowie” w tym roku odwołane. Szreku urlop wziął, ale wykorzystał go na intensywne (na granicy paniki) szukanie pracy. Jego obecna firma ma zostać przejęta przez inną, większą…z Wrocławia. Kilku osobom może nawet zaproponują przeprowadzkę, ale nie Szrekowi. Informatyków wszak u nas dostatek. Nawet z takim doświadczeniem i wiedzą jaką posiada Szreku. Zresztą i tak nie widzę naszej przeprowadzki… Dobrze, że zapobiegliwie zaczął rozsyłać CV już w grudniu (bo wróbelki coś ćwierkały…). I pomijam fakt prawdomówności i liczenia się z ludźmi przez „państwo-tfu!-prezesostwo”, które obiecało, że pierwsze zmiany nastąpią po wakacjach, więc spoko i luzik, a jak tylko Szreku poszedł na urlop, sypnęło pierwszymi wypowiedzeniami. Nic to. Urlop minął i tak nie najgorzej – byliśmy z Młodym na basenie, kilka razy na wsi u drugiej babci (Szymek uwielbia tam być!), oglądaliśmy mecze, czas mijał miło i leniwie, a Szymek napawał się stałą obecnością tatusia. Ogrzyca też się napala… napawała. ;-))
Do pracy wracał przekonany, że na powitanie po urlopie dostanie pismo z podziękowaniem za dalszą współpracę. Tak się nie stało i na szczęście odezwały się dwie firmy, do których aplikował. Na szczęście. Oby się udało już od lipca!
****Ogrzyk chyba przechodzi jakiś kolejny skok rozwojowy, napór testosteronowy (jest coś takiego?), wyrzynanie trzonowców, albo jakąś inną cholerę. No, nie da się z nim wytrzymać, jak nie przymierzając z jego matką podczas PMS-u! Na porządku dziennym jest „nie-e, nie-e!” razy pierdylion, rzucanie w złości (i zabawie) zabawkami (tymi dużymi i ciężkimi też), histerie i tupanie nogami, niespokojne noce, rzadkie kupy, wymuszanie rykiem tego, co chce i rosnąca frustracja, że go nie rozumiemy (bo ciągle gada po swojemu). Potrafi szarpać na sobie ciuch, który mu się nie podoba, lub mu nie pasuje, trzaskać drzwiami (mi przed nosem lub za mną, zamykając mnie z hukiem w łazience – nauczył się to robić mimo gumowych ochraniaczy). A poza tym, coraz lepiej tańczy (uwielbiam te jego wygibasy z coraz bardziej skomplikowanymi ruchami rąk, zwanymi przeze mnie „grzebaniem w sianie”), ciągle grymasi przy jedzeniu (tylko naleśniki, pomidorowa, pulpety w sosie pomidorowym z makaronem, jogurty i mleko), kiedy się uderzy przybiega do mnie krzycząc: „mama, mamama!”, potrafi się przytulić (chociaż bardzo rzadko) i kilka razy, znienacka pogłaskał mnie po policzku (snif-snif). Ma już swoje poczucie humoru, a jak się zaczyna śmiać - świat jaśnieje! I coraz bardziej Go kocham! A jego nerwy przetrwamy. Nie pierwsze to i nie ostatnie przecież!
*****Euro nie komentuję. Podoba mi się wszystko, poza zbyt szybkim końcem udziału naszej drużyny. Chcieli dobrze – wyszło jak zwykle. Szkoda.
******I na koniec …
Mamy ze Szrekiem od wczoraj czarny kryzys. A poszło o taką pierdołę (jak dla mnie), że szok. :-((
Kilka babeczek ze studiów zorganizowało „zlot czarownic” w Warszawie. Nie widziałam ich ponad trzy lata, bo kiedy one imprezowały po odebraniu dyplomów, ja już leżałam grzecznie z Ogrzykiem w brzuchu (tak na wszelki wypadek). Trudno było zorganizować taki zlot w jednym czasie, bo kobitki przyjadą z różnych części Polski, a dwie z nich będą jechać całą noc, żeby się z nami spotkać i potem wracać całą noc z niedzieli na poniedziałek! Mówiłam jakieś dwa tygodnie temu o tym spotkaniu Szrekowi – przytaknął, przyjął do wiadomości, zaakceptował. Tak to wyglądało dla mnie. A wczoraj okazało się, że tak był zajęty sobą i szukaniem pracy (czemu się nie dziwię! Tylko mi przykro), że nie przyjął do wiadomości mojego nocowania w W-wie. I się zaczęło! Nawtykał mi, że to nie spotkanie, tylko nie wiadomo co, bo po spotkaniu to się wraca do domu! I na nic się zdało tłumaczenie, że większość kobiet przybędzie świeżym popołudniem, że i tak będzie mało czasu na pogaduchy, że nie chcę sama wracać wieczorem do domu, że… Żadne, no żadne moje argumenty nie trafiały. Wbił mnie w podłogę i poczucie winy tekstami, że uciekam, że się zrywam jak z więzienia, jak z łańcucha, i to jego: „Jedź sobie! No, jedź! Ale mnie się to nie podoba i już! I nie oczekuję potem opowieści i sprawozdań! I ja też sobie pojadę gdzieś na łikend!”. Oprócz szoku, że tak to widzi i tak go to złości, odebrał mi też całą radość, która fantastycznie smyrała mnie od kilku dni.
No, i mam dylemat:
Pojechać? Z wyrzutami sumienia, że zostawiam dziecko dla imprezy i spotkania z koleżankami? Co ze mnie za matka? Zostawić nadundanego, fukającego Szreka, porzucić go nieomal?! Na cały dzień i NOC?! Wracać sama wieczorem?
Zostać? I nie zapomnieć tego Szrekowi nigdy? I sama być nadęta i obrażona przez najbliższe tygodnie? I utwierdzić Szreka w przekonaniu, że ja mogę rezygnować ze wszystkiego, z każdej przyjemności, z każdego spotkania, bo on tego oczekuje?
Tak bardzo go przyzwyczaiłam, że jestem, że to mój obowiązek i niczego nie chcę/nie potrzebuję, że trudno mu zrozumieć, że mogę chcieć troszkę się rozerwać/oderwać/odpocząć?? Zatęsknić nawet?
A może matce dzieciom już nie wypada?
Mam mętlik w głowie i strasznie mi źle. :-((
*Szymek dostał się do żłobka. To sukces, bo żłobek jest jeden na spore osiedle i szanse były skromne. Udało się. Od września zaczyna się rewolucja w naszym domu – Miś do żłobka, a ja do pracy.
Nadejszła wiekopomna chwila, pora by oddać Go światu. ;-)
Dziwne uczucie – teraz jest całym moim światem, a już za chwilę obcy ludzie będą patrzeć na jego postępy, będą brać udział w jego rozwoju, będą mieć na niego wpływ. Potem koleżanki, koledzy, sympatie i antypatie, pierwsze miłości, sukcesy i porażki, całe życie!
Wiem, panikuję i jak zwykle martwię się na zapas. ;-)
**Powrót do pracy też napawa mnie lękiem. Podczas kolejnej rozmowy z dyrką wyczułam jej lekkie rozczarowanie, że już wracam i do tego na cały etat. No, tak – naprzyjmowała sporo osób na zastępstwa i może teraz niechętnie przyjmuje powrót „starych” pracownic. Tak jest chyba w moim przypadku, bo kiedy po dłuższej rozmowie, zwodzeniu mnie i kręceniu (nie wiem gdzie Cię dam, zgłoś się w sierpniu, może wtedy coś będę wiedzieć, teraz nie wiem nic) zapytałam w końcu wprost, czy jest dla mnie miejsce, czy nie i czy będę mogła wrócić, odpowiedziała: „no, wiesz, ja cię przyjąć muszę!”. Zabrzmiało to jak – „nie chcę, ale muszę”. I wszystko mi opadło, bo nie oczekiwałam fanfar, powitalnej imprezy i kwiatków, ale po 20-tu latach pracy, sumiennej, lojalnej, zaangażowanej (jak sobie przypomnę przestawianie mebli, sprzątanie po malowaniu, organizowanie imprez, a zwłaszcza nagród dla dzieci we własnym zakresie – za darmo, za „dziękuję”, bo na nic kasy nie było, to mi jeszcze smutniej), nie spodziewałam się, że zostanę tak potraktowana. Czy to kara za to, że ośmieliłam się zajść w ciążę i zniknąć z pracy? To, że nie ma ludzi niezastąpionych, wiem nie od dzisiaj. Mogło się też skończyć wypowiedzeniem, jak u moich koleżanek w innych firmach. Ja to wszystko wiem/rozumiem, ale i tak mi przykro. I coraz mniej mi się chce wracać do pracy. I już. :-((
***Wakacje w „szrekowie” w tym roku odwołane. Szreku urlop wziął, ale wykorzystał go na intensywne (na granicy paniki) szukanie pracy. Jego obecna firma ma zostać przejęta przez inną, większą…z Wrocławia. Kilku osobom może nawet zaproponują przeprowadzkę, ale nie Szrekowi. Informatyków wszak u nas dostatek. Nawet z takim doświadczeniem i wiedzą jaką posiada Szreku. Zresztą i tak nie widzę naszej przeprowadzki… Dobrze, że zapobiegliwie zaczął rozsyłać CV już w grudniu (bo wróbelki coś ćwierkały…). I pomijam fakt prawdomówności i liczenia się z ludźmi przez „państwo-tfu!-prezesostwo”, które obiecało, że pierwsze zmiany nastąpią po wakacjach, więc spoko i luzik, a jak tylko Szreku poszedł na urlop, sypnęło pierwszymi wypowiedzeniami. Nic to. Urlop minął i tak nie najgorzej – byliśmy z Młodym na basenie, kilka razy na wsi u drugiej babci (Szymek uwielbia tam być!), oglądaliśmy mecze, czas mijał miło i leniwie, a Szymek napawał się stałą obecnością tatusia. Ogrzyca też się napala… napawała. ;-))
Do pracy wracał przekonany, że na powitanie po urlopie dostanie pismo z podziękowaniem za dalszą współpracę. Tak się nie stało i na szczęście odezwały się dwie firmy, do których aplikował. Na szczęście. Oby się udało już od lipca!
****Ogrzyk chyba przechodzi jakiś kolejny skok rozwojowy, napór testosteronowy (jest coś takiego?), wyrzynanie trzonowców, albo jakąś inną cholerę. No, nie da się z nim wytrzymać, jak nie przymierzając z jego matką podczas PMS-u! Na porządku dziennym jest „nie-e, nie-e!” razy pierdylion, rzucanie w złości (i zabawie) zabawkami (tymi dużymi i ciężkimi też), histerie i tupanie nogami, niespokojne noce, rzadkie kupy, wymuszanie rykiem tego, co chce i rosnąca frustracja, że go nie rozumiemy (bo ciągle gada po swojemu). Potrafi szarpać na sobie ciuch, który mu się nie podoba, lub mu nie pasuje, trzaskać drzwiami (mi przed nosem lub za mną, zamykając mnie z hukiem w łazience – nauczył się to robić mimo gumowych ochraniaczy). A poza tym, coraz lepiej tańczy (uwielbiam te jego wygibasy z coraz bardziej skomplikowanymi ruchami rąk, zwanymi przeze mnie „grzebaniem w sianie”), ciągle grymasi przy jedzeniu (tylko naleśniki, pomidorowa, pulpety w sosie pomidorowym z makaronem, jogurty i mleko), kiedy się uderzy przybiega do mnie krzycząc: „mama, mamama!”, potrafi się przytulić (chociaż bardzo rzadko) i kilka razy, znienacka pogłaskał mnie po policzku (snif-snif). Ma już swoje poczucie humoru, a jak się zaczyna śmiać - świat jaśnieje! I coraz bardziej Go kocham! A jego nerwy przetrwamy. Nie pierwsze to i nie ostatnie przecież!
*****Euro nie komentuję. Podoba mi się wszystko, poza zbyt szybkim końcem udziału naszej drużyny. Chcieli dobrze – wyszło jak zwykle. Szkoda.
******I na koniec …
Mamy ze Szrekiem od wczoraj czarny kryzys. A poszło o taką pierdołę (jak dla mnie), że szok. :-((
Kilka babeczek ze studiów zorganizowało „zlot czarownic” w Warszawie. Nie widziałam ich ponad trzy lata, bo kiedy one imprezowały po odebraniu dyplomów, ja już leżałam grzecznie z Ogrzykiem w brzuchu (tak na wszelki wypadek). Trudno było zorganizować taki zlot w jednym czasie, bo kobitki przyjadą z różnych części Polski, a dwie z nich będą jechać całą noc, żeby się z nami spotkać i potem wracać całą noc z niedzieli na poniedziałek! Mówiłam jakieś dwa tygodnie temu o tym spotkaniu Szrekowi – przytaknął, przyjął do wiadomości, zaakceptował. Tak to wyglądało dla mnie. A wczoraj okazało się, że tak był zajęty sobą i szukaniem pracy (czemu się nie dziwię! Tylko mi przykro), że nie przyjął do wiadomości mojego nocowania w W-wie. I się zaczęło! Nawtykał mi, że to nie spotkanie, tylko nie wiadomo co, bo po spotkaniu to się wraca do domu! I na nic się zdało tłumaczenie, że większość kobiet przybędzie świeżym popołudniem, że i tak będzie mało czasu na pogaduchy, że nie chcę sama wracać wieczorem do domu, że… Żadne, no żadne moje argumenty nie trafiały. Wbił mnie w podłogę i poczucie winy tekstami, że uciekam, że się zrywam jak z więzienia, jak z łańcucha, i to jego: „Jedź sobie! No, jedź! Ale mnie się to nie podoba i już! I nie oczekuję potem opowieści i sprawozdań! I ja też sobie pojadę gdzieś na łikend!”. Oprócz szoku, że tak to widzi i tak go to złości, odebrał mi też całą radość, która fantastycznie smyrała mnie od kilku dni.
No, i mam dylemat:
Pojechać? Z wyrzutami sumienia, że zostawiam dziecko dla imprezy i spotkania z koleżankami? Co ze mnie za matka? Zostawić nadundanego, fukającego Szreka, porzucić go nieomal?! Na cały dzień i NOC?! Wracać sama wieczorem?
Zostać? I nie zapomnieć tego Szrekowi nigdy? I sama być nadęta i obrażona przez najbliższe tygodnie? I utwierdzić Szreka w przekonaniu, że ja mogę rezygnować ze wszystkiego, z każdej przyjemności, z każdego spotkania, bo on tego oczekuje?
Tak bardzo go przyzwyczaiłam, że jestem, że to mój obowiązek i niczego nie chcę/nie potrzebuję, że trudno mu zrozumieć, że mogę chcieć troszkę się rozerwać/oderwać/odpocząć?? Zatęsknić nawet?
A może matce dzieciom już nie wypada?
Mam mętlik w głowie i strasznie mi źle. :-((
26 mar 2011
Sex ...
… w wielkim mieście ...
Na TVN-ie ;-))
Serial oglądałam bardzo rzadko (z różnych względów) i teraz żałuję!
Ale nie o tym teraz/dziś, oki?
Dziś przysiadłam przed TV (rzadkość nad rzadkościami od roku i trochę) z drinkiem (no, doobra – to już czwarty!) … i wciągnęło mnie.
Zahipnotyzowało!
Obejrzałam do końca! Nie zasnęłam!!! Mimo długaśnych reklam!
I – choć tego nie rozumiem, bo nie potrzebuję – podobało mi się! Serio-serio! Jak mało co ostatnio! Twarze bohaterek! Autentyczne jakieś! Te problemy i wątpliwości … Komplikacje. Obawy!
Wzruszyłam się, uśmiechnęłam, kilka razy roześmiałam (szczerze!)… i wzruszyłam do łez! Co najmniej wielokrotnie!
Bo-ponieważ! Stara jestem! ;-)) i terudno!
I do tego podobał mi się każdy wątek! Niesamowite!
Miotam się i męczę, frustruję i znęcam nad sobą...
I tak w kółko… od jakiegoś czasu …
Nie dzisiaj... Nie napiszę już ani słowa osso-się-rosschozi…. Nie tym razem.
W tym temacie już raz odkryłam swoje karty, powiedziałam PRAWDĘ, ujawniłam swoją słabość, a potem cierpiałam jeszcze bardziej. Nic z tego.
Wracając do głównego wątku: film PODOBAŁ mi się BARDZO!
A cała reszta niech będzie milczeniem.
Przynajmniej dzisiaj … jeszcze przez chwilę. ;-)
To pisałam ja - stara, szaro-nudna, gruba Fjona…
Na TVN-ie ;-))
Serial oglądałam bardzo rzadko (z różnych względów) i teraz żałuję!
Ale nie o tym teraz/dziś, oki?
Dziś przysiadłam przed TV (rzadkość nad rzadkościami od roku i trochę) z drinkiem (no, doobra – to już czwarty!) … i wciągnęło mnie.
Zahipnotyzowało!
Obejrzałam do końca! Nie zasnęłam!!! Mimo długaśnych reklam!
I – choć tego nie rozumiem, bo nie potrzebuję – podobało mi się! Serio-serio! Jak mało co ostatnio! Twarze bohaterek! Autentyczne jakieś! Te problemy i wątpliwości … Komplikacje. Obawy!
Wzruszyłam się, uśmiechnęłam, kilka razy roześmiałam (szczerze!)… i wzruszyłam do łez! Co najmniej wielokrotnie!
Bo-ponieważ! Stara jestem! ;-)) i terudno!
I do tego podobał mi się każdy wątek! Niesamowite!
Miotam się i męczę, frustruję i znęcam nad sobą...
I tak w kółko… od jakiegoś czasu …
Nie dzisiaj... Nie napiszę już ani słowa osso-się-rosschozi…. Nie tym razem.
W tym temacie już raz odkryłam swoje karty, powiedziałam PRAWDĘ, ujawniłam swoją słabość, a potem cierpiałam jeszcze bardziej. Nic z tego.
Wracając do głównego wątku: film PODOBAŁ mi się BARDZO!
A cała reszta niech będzie milczeniem.
Przynajmniej dzisiaj … jeszcze przez chwilę. ;-)
To pisałam ja - stara, szaro-nudna, gruba Fjona…
Etykiety:
film,
Fjona na skraju,
zamartwianie się to moja specjalność
25 maj 2010
Myśli moje, niewesołe
Myśli mnie nachodzą niewesołe jakieś ...
Myślę stanowczo za dużo, wiem.
I martwię się stanowczo za wcześnie.
Ale to wszystko przez ostatnie wydarzenia i spotkanie z koleżankami z pracy.
Było miło i sympatycznie, pośmiałyśmy się, a ja się troszkę zresetowałam i wywietrzyłam głowę, ale … No, właśnie – zawsze jakieś „ale”. Wszystko było fajnie, poza rozmową o moich planach na najbliższą przyszłość – czytaj: powrót do pracy czy wychowawczy? Pytanie padło z ust koleżanki (i to nie mojej kierowniczki), a ja jakoś nie miałam ochoty jej odpowiadać. Po pierwsze dlatego, że jest okropną pleciugą i wścibusem (wszystko musi wiedzieć, wyśledzić, wyniuchać i koniecznie podać dalej!), a po drugie – jej to nie powinno obchodzić. W każdym razie, kiedy nie usłyszały mojego zdecydowanego: „wracam do pracy!” – zaczęła się jakaś dziwna rozmowa. Powiedziałam (średnio szczerze), że jeszcze nie wiem, że to zależy i w ogóle. A one zaczęły dociekać – dlaczego?! No, bo przecież babcia może się zająć wnukiem, prawda?! A ja dziwnie się poczułam, w opozycji i do tego tłumacząc się sama nie wiem czemu. Nie muszę nikomu tłumaczyć (i nie chce mi się!) czy moja mama może zająć się wnukiem i dlaczego nie bardzo. Zastanowiło mnie jedno – czułam pewnego rodzaju nacisk (choć trudno to wytłumaczyć), a potem zdziwienie (może nawet rozczarowanie) kiedy delikatnie dałam do zrozumienia, że może jednak zostanę w domu, do roku czasu… Pozostał niesmak i niezadowolenie. Niesmak z powodu nacisków i zdziwienia koleżanek, że nie pragnę wrócić natychmiast do pracy i to wysoko unosząc kolana, że wymagają/oczekują od każdej babci tego, że zajmie się wnukiem, a każda matka o niczym innym nie myśli tylko kiedy wreszcie wróci do ukochanej firmy. A niezadowolenie - z siebie, że tłumaczyłam się za matkę. A nie musiałam z dwóch (co najmniej!) powodów – po primo, bo takie czasy nastały, że żadna babcia nie ma w obowiązkach opieki nad wnukami, bo jedne pracują, inne używają życia, a jeszcze inne zwyczajnie nie chcą lub nie mogą, a po secundo, bo nie każdy ma full wypas z babciami bijącymi się o opiekę nad wnukami! Moja matka jest jaka jest i się nie zmieni. I tak oszalała na punkcie Szymka! Bardziej niż kiedykolwiek bym się po niej spodziewała! I przybiega codziennie i gada do niego i śmieje się jak mała dziewczynka, kiedy się do niej uśmiechnie albo zagada… I co z tego, że jest babcią „na chwilkę”, że przychodzi na 2-4 godziny, że nie można do końca jej zaufać i zostawić jej Młodego na cały dzień. Nie oczekuję tego, a cieszy mnie fakt, że pomimo wszystko aż tak bardzo się stara. Jak na nią i jej możliwości to sporo! A największą dla niej karą obecnie jest nie dopuścić jej do wnusia.
Ale wracając do koleżanek z pracy i ich oczekiwań …
Narasta we mnie pytanie bowiem – a do czego, do cholery, niby mam się spieszyć?
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić Ogrzyka w żłobku!! Nie teraz! Moja pensja jest na tyle gówniana, że szkoda słów, a na pewno wysiłku! Kariery żadnej nie zrobię … A jak wrócę to i tak nie do dotychczasowego miejsca pracy. Dyrka dała dziewczynom na zastępstwo kobitkę, która wiekowo i pod każdym innym względem bardziej do nich pasuje. Nie raz już słyszałam, że ach, jak im wesoło, jak się pośmiały, albo – ach, jak dobrze im się pracuje i ile zrobiły, się napracowały!! No tak, ja raczej jestem mróweczka – usiądę, po cichu i szybko zrobię swoją pracę. Pośmiać się, pogadać ze mną można, ale nie zawsze (a udawać, zmuszać się i wysilać nie umiem, nie lubię i już) i do tego mojej żmudnej pracy nie widać, bo się nie umiem zareklamować i głośno chwalić. A z drugiej strony – kobitka, która tu przyszła na zastępstwo też nie da się stąd zabrać. A bo jej tu źle?? Do domu rzut beretem, dziewczyny normalne, w pracy spokój i fajna atmosfera … Żyć nie umierać. No i Dyrka ma tendencję do zmian więc na pewno wykorzysta sytuację, żeby zamieszać i mnie rzucić na nowy grunt…. A sprawdzi czy se poradzę, znowu. A co?!
Na pół etatu wracać się nie opłaca, bo za takie parę groszy więcej będzie trzepania przy szykowaniu, a potem jechania i wracania niż to wszystko warte.
No, więc do czego mam się spieszyć?
Dziwię się tylko zdziwieniu, a może nawet rozczarowaniu, moich koleżanek. Zupełnie jakby w dzisiejszych czasach nie wypadało mieć w planach wychowawczego. Nie rozumiem.
W każdym razie plan mam taki, żeby do pracy się nie spieszyć, niech Ogrzyk skończy rok, a potem się zobaczy. Tyle plan! A życie i tak zweryfikuje – jak zwykle – moje plany! Najprędzej wrócę z podkulonym ogonem i nosem na kwintę jeśli zarżną nas braki finansowe. Moja kasa jest gówniana, ale jest! A jak zniknie te parę groszy przy naszych obecnych (rosnących!!) wydatkach, opłatach i kredycie – może być masakra! I to będzie najsilniejsza i najsmutniejsza motywacja do szybkiego powrotu. A do tego u Szreka w pracy straszny syf się robi i też nie wiadomo co będzie dalej. Szreku ma nowego kierownika, który kilka dni temu, z dnia na dzień, zwolnił kolegę z działu i natychmiast miał kogoś na jego miejsce. Czy ma już kolejnego „swojego” na miejsce Szreka? A w tej firmie jest zwyczaj pozbywania się pracowników z dnia na dzień! Ot, tak! Pracujesz cały dzień, a na kilka minut przed wyjściem do domu – zonk! Pakuj się i adieu! Szreku szuka pracy, rozsyła cv, ale i tak strach zagląda nam w oczy.
Takie to niewesołe myśli dręczą mnie od tygodnia.
Martwię się na zapas?
Pewnie tak.
Ale jak tu się nie martwić?
Myślę stanowczo za dużo, wiem.
I martwię się stanowczo za wcześnie.
Ale to wszystko przez ostatnie wydarzenia i spotkanie z koleżankami z pracy.
Było miło i sympatycznie, pośmiałyśmy się, a ja się troszkę zresetowałam i wywietrzyłam głowę, ale … No, właśnie – zawsze jakieś „ale”. Wszystko było fajnie, poza rozmową o moich planach na najbliższą przyszłość – czytaj: powrót do pracy czy wychowawczy? Pytanie padło z ust koleżanki (i to nie mojej kierowniczki), a ja jakoś nie miałam ochoty jej odpowiadać. Po pierwsze dlatego, że jest okropną pleciugą i wścibusem (wszystko musi wiedzieć, wyśledzić, wyniuchać i koniecznie podać dalej!), a po drugie – jej to nie powinno obchodzić. W każdym razie, kiedy nie usłyszały mojego zdecydowanego: „wracam do pracy!” – zaczęła się jakaś dziwna rozmowa. Powiedziałam (średnio szczerze), że jeszcze nie wiem, że to zależy i w ogóle. A one zaczęły dociekać – dlaczego?! No, bo przecież babcia może się zająć wnukiem, prawda?! A ja dziwnie się poczułam, w opozycji i do tego tłumacząc się sama nie wiem czemu. Nie muszę nikomu tłumaczyć (i nie chce mi się!) czy moja mama może zająć się wnukiem i dlaczego nie bardzo. Zastanowiło mnie jedno – czułam pewnego rodzaju nacisk (choć trudno to wytłumaczyć), a potem zdziwienie (może nawet rozczarowanie) kiedy delikatnie dałam do zrozumienia, że może jednak zostanę w domu, do roku czasu… Pozostał niesmak i niezadowolenie. Niesmak z powodu nacisków i zdziwienia koleżanek, że nie pragnę wrócić natychmiast do pracy i to wysoko unosząc kolana, że wymagają/oczekują od każdej babci tego, że zajmie się wnukiem, a każda matka o niczym innym nie myśli tylko kiedy wreszcie wróci do ukochanej firmy. A niezadowolenie - z siebie, że tłumaczyłam się za matkę. A nie musiałam z dwóch (co najmniej!) powodów – po primo, bo takie czasy nastały, że żadna babcia nie ma w obowiązkach opieki nad wnukami, bo jedne pracują, inne używają życia, a jeszcze inne zwyczajnie nie chcą lub nie mogą, a po secundo, bo nie każdy ma full wypas z babciami bijącymi się o opiekę nad wnukami! Moja matka jest jaka jest i się nie zmieni. I tak oszalała na punkcie Szymka! Bardziej niż kiedykolwiek bym się po niej spodziewała! I przybiega codziennie i gada do niego i śmieje się jak mała dziewczynka, kiedy się do niej uśmiechnie albo zagada… I co z tego, że jest babcią „na chwilkę”, że przychodzi na 2-4 godziny, że nie można do końca jej zaufać i zostawić jej Młodego na cały dzień. Nie oczekuję tego, a cieszy mnie fakt, że pomimo wszystko aż tak bardzo się stara. Jak na nią i jej możliwości to sporo! A największą dla niej karą obecnie jest nie dopuścić jej do wnusia.
Ale wracając do koleżanek z pracy i ich oczekiwań …
Narasta we mnie pytanie bowiem – a do czego, do cholery, niby mam się spieszyć?
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić Ogrzyka w żłobku!! Nie teraz! Moja pensja jest na tyle gówniana, że szkoda słów, a na pewno wysiłku! Kariery żadnej nie zrobię … A jak wrócę to i tak nie do dotychczasowego miejsca pracy. Dyrka dała dziewczynom na zastępstwo kobitkę, która wiekowo i pod każdym innym względem bardziej do nich pasuje. Nie raz już słyszałam, że ach, jak im wesoło, jak się pośmiały, albo – ach, jak dobrze im się pracuje i ile zrobiły, się napracowały!! No tak, ja raczej jestem mróweczka – usiądę, po cichu i szybko zrobię swoją pracę. Pośmiać się, pogadać ze mną można, ale nie zawsze (a udawać, zmuszać się i wysilać nie umiem, nie lubię i już) i do tego mojej żmudnej pracy nie widać, bo się nie umiem zareklamować i głośno chwalić. A z drugiej strony – kobitka, która tu przyszła na zastępstwo też nie da się stąd zabrać. A bo jej tu źle?? Do domu rzut beretem, dziewczyny normalne, w pracy spokój i fajna atmosfera … Żyć nie umierać. No i Dyrka ma tendencję do zmian więc na pewno wykorzysta sytuację, żeby zamieszać i mnie rzucić na nowy grunt…. A sprawdzi czy se poradzę, znowu. A co?!
Na pół etatu wracać się nie opłaca, bo za takie parę groszy więcej będzie trzepania przy szykowaniu, a potem jechania i wracania niż to wszystko warte.
No, więc do czego mam się spieszyć?
Dziwię się tylko zdziwieniu, a może nawet rozczarowaniu, moich koleżanek. Zupełnie jakby w dzisiejszych czasach nie wypadało mieć w planach wychowawczego. Nie rozumiem.
W każdym razie plan mam taki, żeby do pracy się nie spieszyć, niech Ogrzyk skończy rok, a potem się zobaczy. Tyle plan! A życie i tak zweryfikuje – jak zwykle – moje plany! Najprędzej wrócę z podkulonym ogonem i nosem na kwintę jeśli zarżną nas braki finansowe. Moja kasa jest gówniana, ale jest! A jak zniknie te parę groszy przy naszych obecnych (rosnących!!) wydatkach, opłatach i kredycie – może być masakra! I to będzie najsilniejsza i najsmutniejsza motywacja do szybkiego powrotu. A do tego u Szreka w pracy straszny syf się robi i też nie wiadomo co będzie dalej. Szreku ma nowego kierownika, który kilka dni temu, z dnia na dzień, zwolnił kolegę z działu i natychmiast miał kogoś na jego miejsce. Czy ma już kolejnego „swojego” na miejsce Szreka? A w tej firmie jest zwyczaj pozbywania się pracowników z dnia na dzień! Ot, tak! Pracujesz cały dzień, a na kilka minut przed wyjściem do domu – zonk! Pakuj się i adieu! Szreku szuka pracy, rozsyła cv, ale i tak strach zagląda nam w oczy.
Takie to niewesołe myśli dręczą mnie od tygodnia.
Martwię się na zapas?
Pewnie tak.
Ale jak tu się nie martwić?
Subskrybuj:
Posty (Atom)