Miała być optymistyczna notka…
Miała…
Za długo zbierałam się z jej napisaniem i już jest nieaktualna. Szit!
Po wizycie kontrolnej z Ogrzykiem u okulisty wszystko mi opadło.
A wizyta miała być ostatnią u tej pani doktor, bo liczy sobie za wizytę niczym profesor za wizytę w domu.
Diagnoza: astygmatyzm, nadwzroczność, nierówne źrenice (to ostatnie sama zauważyłam i to był powód kontroli)… :-((
Za miesiąc, po kolejnej kontroli, jeśli astygmatyzm się potwierdzi – Miś będzie nosił okulary!
Już to widzę!
I tyle.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fjona zestrachana bardzo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fjona zestrachana bardzo. Pokaż wszystkie posty
21 lut 2011
22 gru 2010
Sobotni wieczór
Moje urodziny
Siedzieliśmy ze Szrekiem przy winku, rozmawialiśmy o tym i owym.
Potem on musiał coś sprawdzić do pracy, to i ja odpaliłam laktopa.
Zaczęłam pisać.
Moja notka miała wyglądać tak:
…„Co mam
Oprócz urodzin dzisiaj?
Mam skończone 40 lat, sporą nawagę i totalnie zryty beret!
Mam cudnego, kochanego, wspaniałego, mądrego SYNA! Mały wielki CUD, w który nawet dzisiaj trudno mi uwierzyć.
Mam fajnego męża, który jednak czasem wnerwia mnie tak, że … ! No, wnerwia mnie! I na dziś wystarczy
Mam super Brata-Zrytego-Bereta!
Zwariowaną kocią wariatę, która wzbogaca i urozmaica nam życie”…
Chciałam jeszcze coś napisać, ale Ogrzyk obudził się z płaczem.
Nie było to nic nadzwyczajnego – od pewnego czasu budził się kilkakrotnie w nocy z płaczem lub jękami, rzucał się przez sen, był niespokojny… ząbkowanie! :-/
Ale od dwóch/trzech tygodni obserwowałam go z rosnącym niepokojem i czekałam na jakieś przesilenie, na kryzys… To ciągłe furkotanie (w pleckach? gardle?), odkasływanie – za długo to trwało.
A więc Mały obudził się z płaczem, po chwili snu sytuacja powtórzyła się. Poszłam się położyć, a przy okazji mieć na niego oko. Nie spałam. Gdzieś tak po północy obudził nas krzyk i dziwne bulgotanie. Ogrzyk dławił się katarem. Był przerażony nie mniej niż my! Decyzja była prosta – rano wzywam lekarza.
Pani doktor osłuchała, opukała, zajrzała do gardła, uszu i stwierdziła zapalenie oskrzeli! A we mnie się wszystko zapadło! Spodziewałam się czegoś poważnego, bo to już tyle trwało, a do tego przez ostatnie dwa dni stan Misia się wyraźnie pogorszył – był mega marudny, miał gorszy apetyt i w ogóle widać było, że mu źle.
Oczywiście antybiotyk – tym razem, przerażona i gnębiona wyrzutami sumienia, nie dyskutowałam.
Zdenerwowała się kiedy powiedziałam, że osłuchiwało go kilku lekarzy (o profesorze, który badał go ze dwa dni wcześniej nie wspomniałam!) i NIC nie słyszało, wszystko było w porządku! Nastraszyła nas jeszcze między-miąższowym zapaleniem płuc, kazała zrobić rtg klatki piersiowej, szarpnęła kasę większą niż profesor i sobie poszła.
Resztę dnia przeryczałam, a Szreku chodził koło mnie i sarkał, żebym przestała, bo straszę Misia. A poza tym bacznie obserwowałam Małego, walczyliśmy z nim, żeby ściągnąć mu katar, kombinowaliśmy jak tu podać leki, żeby łyknął i nie wypluł, z bólem wsłuchiwaliśmy się w jego marudzenie, że o rozpaczliwych i rozdzierających – „Mmaaamaa! Maaamaa!” – nie wspomnę. Jednym słowem masakra!
Kolejne dwa dni upłynęły na podawaniu leków, walce z katarem i oczywiście na bacznej obserwacji Misia. Pojawiła się częsta i rzadka kupa – efekt leków. Chyba nawet czasem coś Misia pobolewało (brzuszek?) bo zaczynał płakać bez powodu i bardzo żałośnie. Ciężkie to były dni.
Miałam wyznaczoną na jutro wizytę kontrolną u mojego pediatry – tak, skuliłam uszy po sobie i zdecydowałam iść znowu do niej, niech obejrzy, posłucha… W końcu prawie dwa miesiące temu przepisała antybiotyk i może już dawno Misio byłby zdrowy!
Ale dzisiaj nastąpiło kolejne przesilenie... :-((
Widać było, że jest mu gorzej – zasapany, nosek całkiem zapchany (pomimo częstego czyszczenia), marud wielki, rozgrzany i spocony jakiś, ale pić nie chciał, a do tego w ciągu godziny zrobił trzy bardzo rzadkie kupale! Wpadłam w panikę.
Zadzwoniłam do poradni-kazali przyjechać.
Taxi, walka przy ubieraniu Małego (byłam mokruteńka-jak zwykle!), targanie super ciężkiego i niewygodnego fotelika (z ciężką i marudzącą zawartością), brnięcie po zapadającym się śniegu i wreszcie – jesteśmy!
Po badaniu doktorka zmieniła antybiotyk (bo nie pomaga, a mija 3-cia doba i do tego biegunka!), odstawiła ohydny syrop pulneo (Szymuś odetchnął z ulgą!), wypytała o biegunkę, wymioty, apetyt itepe. Okazało się, że nie jest tak źle jak myślałam (uff!!), a po chwili Misio już gadał coś do niej po swojemu, zrzucał karty innych pacjentów z biurka i w ogóle rozrabiał i prezentował się jako okaz zdrowia! ;-))
Myślę, że ostatni tydzień kosztował mnie (emocjonalnie) kilka lat życia! (Muszę więc o siebie zadbać, zmienić dietę i robić codziennie 25 brzuszków więcej… hahaha! Taki głupi żarcik!)
Czego nauczyła mnie ta historia (która się jeszcze nie zakończyła hepi-endem!)?
- że trzeba zaufać JEDNEMU lekarzowi (chociaż dzisiaj o to trudno) i się go trzymać
- żeby nie ufać za bardzo i w ciemno wielkim profesorom – oni również mogą coś przeoczyć i zlekceważyć
- że, choć wydaję się sobie twarda – jestem takie mietkie, ciepłe kluchy! A w sytuacji kryzysowej tracę panowanie nad sobą i wpadam w panikę!
- że, choć jestem słaba i nie mogę dźwigać – jeśli sprawa dotyczy mojego Ogrzyka następuje we mnie absolutnie totalna mobilizacja i wstępują we mnie siły, o których do tej pory nie miałam pojęcia
- że jednak nie lubię grudnia, choć to mój miesiąc
- że może za stara jestem na to wszystko?
Siedzieliśmy ze Szrekiem przy winku, rozmawialiśmy o tym i owym.
Potem on musiał coś sprawdzić do pracy, to i ja odpaliłam laktopa.
Zaczęłam pisać.
Moja notka miała wyglądać tak:
…„Co mam
Oprócz urodzin dzisiaj?
Mam skończone 40 lat, sporą nawagę i totalnie zryty beret!
Mam cudnego, kochanego, wspaniałego, mądrego SYNA! Mały wielki CUD, w który nawet dzisiaj trudno mi uwierzyć.
Mam fajnego męża, który jednak czasem wnerwia mnie tak, że … ! No, wnerwia mnie! I na dziś wystarczy
Mam super Brata-Zrytego-Bereta!
Zwariowaną kocią wariatę, która wzbogaca i urozmaica nam życie”…
Chciałam jeszcze coś napisać, ale Ogrzyk obudził się z płaczem.
Nie było to nic nadzwyczajnego – od pewnego czasu budził się kilkakrotnie w nocy z płaczem lub jękami, rzucał się przez sen, był niespokojny… ząbkowanie! :-/
Ale od dwóch/trzech tygodni obserwowałam go z rosnącym niepokojem i czekałam na jakieś przesilenie, na kryzys… To ciągłe furkotanie (w pleckach? gardle?), odkasływanie – za długo to trwało.
A więc Mały obudził się z płaczem, po chwili snu sytuacja powtórzyła się. Poszłam się położyć, a przy okazji mieć na niego oko. Nie spałam. Gdzieś tak po północy obudził nas krzyk i dziwne bulgotanie. Ogrzyk dławił się katarem. Był przerażony nie mniej niż my! Decyzja była prosta – rano wzywam lekarza.
Pani doktor osłuchała, opukała, zajrzała do gardła, uszu i stwierdziła zapalenie oskrzeli! A we mnie się wszystko zapadło! Spodziewałam się czegoś poważnego, bo to już tyle trwało, a do tego przez ostatnie dwa dni stan Misia się wyraźnie pogorszył – był mega marudny, miał gorszy apetyt i w ogóle widać było, że mu źle.
Oczywiście antybiotyk – tym razem, przerażona i gnębiona wyrzutami sumienia, nie dyskutowałam.
Zdenerwowała się kiedy powiedziałam, że osłuchiwało go kilku lekarzy (o profesorze, który badał go ze dwa dni wcześniej nie wspomniałam!) i NIC nie słyszało, wszystko było w porządku! Nastraszyła nas jeszcze między-miąższowym zapaleniem płuc, kazała zrobić rtg klatki piersiowej, szarpnęła kasę większą niż profesor i sobie poszła.
Resztę dnia przeryczałam, a Szreku chodził koło mnie i sarkał, żebym przestała, bo straszę Misia. A poza tym bacznie obserwowałam Małego, walczyliśmy z nim, żeby ściągnąć mu katar, kombinowaliśmy jak tu podać leki, żeby łyknął i nie wypluł, z bólem wsłuchiwaliśmy się w jego marudzenie, że o rozpaczliwych i rozdzierających – „Mmaaamaa! Maaamaa!” – nie wspomnę. Jednym słowem masakra!
Kolejne dwa dni upłynęły na podawaniu leków, walce z katarem i oczywiście na bacznej obserwacji Misia. Pojawiła się częsta i rzadka kupa – efekt leków. Chyba nawet czasem coś Misia pobolewało (brzuszek?) bo zaczynał płakać bez powodu i bardzo żałośnie. Ciężkie to były dni.
Miałam wyznaczoną na jutro wizytę kontrolną u mojego pediatry – tak, skuliłam uszy po sobie i zdecydowałam iść znowu do niej, niech obejrzy, posłucha… W końcu prawie dwa miesiące temu przepisała antybiotyk i może już dawno Misio byłby zdrowy!
Ale dzisiaj nastąpiło kolejne przesilenie... :-((
Widać było, że jest mu gorzej – zasapany, nosek całkiem zapchany (pomimo częstego czyszczenia), marud wielki, rozgrzany i spocony jakiś, ale pić nie chciał, a do tego w ciągu godziny zrobił trzy bardzo rzadkie kupale! Wpadłam w panikę.
Zadzwoniłam do poradni-kazali przyjechać.
Taxi, walka przy ubieraniu Małego (byłam mokruteńka-jak zwykle!), targanie super ciężkiego i niewygodnego fotelika (z ciężką i marudzącą zawartością), brnięcie po zapadającym się śniegu i wreszcie – jesteśmy!
Po badaniu doktorka zmieniła antybiotyk (bo nie pomaga, a mija 3-cia doba i do tego biegunka!), odstawiła ohydny syrop pulneo (Szymuś odetchnął z ulgą!), wypytała o biegunkę, wymioty, apetyt itepe. Okazało się, że nie jest tak źle jak myślałam (uff!!), a po chwili Misio już gadał coś do niej po swojemu, zrzucał karty innych pacjentów z biurka i w ogóle rozrabiał i prezentował się jako okaz zdrowia! ;-))
Myślę, że ostatni tydzień kosztował mnie (emocjonalnie) kilka lat życia! (Muszę więc o siebie zadbać, zmienić dietę i robić codziennie 25 brzuszków więcej… hahaha! Taki głupi żarcik!)
Czego nauczyła mnie ta historia (która się jeszcze nie zakończyła hepi-endem!)?
- że trzeba zaufać JEDNEMU lekarzowi (chociaż dzisiaj o to trudno) i się go trzymać
- żeby nie ufać za bardzo i w ciemno wielkim profesorom – oni również mogą coś przeoczyć i zlekceważyć
- że, choć wydaję się sobie twarda – jestem takie mietkie, ciepłe kluchy! A w sytuacji kryzysowej tracę panowanie nad sobą i wpadam w panikę!
- że, choć jestem słaba i nie mogę dźwigać – jeśli sprawa dotyczy mojego Ogrzyka następuje we mnie absolutnie totalna mobilizacja i wstępują we mnie siły, o których do tej pory nie miałam pojęcia
- że jednak nie lubię grudnia, choć to mój miesiąc
- że może za stara jestem na to wszystko?
Etykiety:
Fjona zestrachana bardzo,
jednak nie lubię grudnia
29 paź 2010
Mały Ogrzyk był chory i leżał w łóżeczku ...
Dzwoniłam, pytałam, marudziłam, się zestresowałam... i czekamy.
Nadal...
wciąż...
Obserwujemy bez wspomagaczy. Na razie.
Mój strach rośnie, ale ja raczej panikara jestem więc...
A profesor w stylu Szreka - spookooojniee, luzik, poczekamy, poobserwujemy, nic się złego nie dzieje więc bez paniki!
Tak tylko facet potrafi!!!!!
No, to poobserwujemy jutro.
Dzisiaj po porannej sraczce umysłowej i totalnej panice (że o wyrzutach sumienia nie wspomnę!!), Ogrzyk miał się chyba nieźle. Zmienne nastroje Małego były skrajne, ale nie było masakry.
Dostałam w kość, nie powiem, ale to jest wliczone w status mamy.
Zaczynam się przyzwyczajać.
Proszę o kciuki za mojego małego Ogrzyka. Za Jego zdrowie!
Dziękuję! :-))
Nadal...
wciąż...
Obserwujemy bez wspomagaczy. Na razie.
Mój strach rośnie, ale ja raczej panikara jestem więc...
A profesor w stylu Szreka - spookooojniee, luzik, poczekamy, poobserwujemy, nic się złego nie dzieje więc bez paniki!
Tak tylko facet potrafi!!!!!
No, to poobserwujemy jutro.
Dzisiaj po porannej sraczce umysłowej i totalnej panice (że o wyrzutach sumienia nie wspomnę!!), Ogrzyk miał się chyba nieźle. Zmienne nastroje Małego były skrajne, ale nie było masakry.
Dostałam w kość, nie powiem, ale to jest wliczone w status mamy.
Zaczynam się przyzwyczajać.
Proszę o kciuki za mojego małego Ogrzyka. Za Jego zdrowie!
Dziękuję! :-))
Etykiety:
Fjona zestrachana bardzo,
Pan Kotek był chory,
Sajmonek
Subskrybuj:
Posty (Atom)