Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ja. Pokaż wszystkie posty

20 lip 2009

Niedzielnie

Noga ozdrowiała, antybiotyki pomogły...Cieszę się, bo wyglądało to nieciekawie.
A poza tym?
Wakacje w pełni. Nasz urlop dopiero w drugiej połowie sierpnia, jest nawet nadzieja, że gdzieś wyjedziemy...
A do tego czasu?
Tyle miałam planów, co też będę robić po obronie...ech...
Niby mam o niebo więcej czasu, ale jakoś tak rozłazi się i przecieka między palcami.
A ja jak zwykle mam zrywy - coś bym robiła, sprzątała, kupowała...tylko, że przysiadam na chwilkę, a tu zapał mija. Czy to jeszcze zmęczenie czy już totalne lenistwo? Oto jest pytanie.

Najlepszym lekarstwem na stresy, najlepsza rozrywką i odskocznią jest Kika.
Z jednej strony ciągle rozrabia i wymyśla coraz to nowsze wygłupy, a z drugiej coraz częściej jej się zdarza wskakiwać na kolana czy ramiona i domagać się pieszczot.
Słodka ;-)) Daje nam dużo radości. Fajnie, że jest!
Najlepszym dla niej zajęciem jest wysiadywanie na balkonie i czekanie na żuczki majowe (tak się to chyba nazywa). Zaczyna się polowanie, a jak któregoś złapie zanosi go do domu i bawi się nim...a potem zjada, albo i nie. To jednak drapieżnik. ;-) Wyłapuje także wszelkie muchy z domu. Kiedy jakąś zobaczy robi taki raban, zwłaszcza jak nie może dosięgnąć, bo mucha siedzi na przykład na suficie albo lampie, że na ogół Szreku musi wkroczyć i ją podsadzić. Mam za darmo komedię! Ostatnio złapała pająka – brrr! Nienawidzę ich! Ale na przykład mrówki, szczypawka i taki długi, czarny robal jej nie smakowały. Mam tylko nadzieję, że nie zje kiedyś czegoś naprawdę niestrawnego, albo trującego...
Wesoło z nią mamy :-))

A jako bonusik - kilka fotek ;-))


Takiego robaczka upatrzyłam na jednej z wycieczek...



a tu Ludożerka na szafie, bo wyżej już nie można!


a'la kjujewna - właśnie upatrzyła muchę....zaraz się zacznie!! ;-))

... no i koszykarka jedna ;-)

15 lip 2009

No i - okazało się...

Zwłaszcza moim oczom się okazało to-to co wyrosło i opuchło na stopie mojej lewej, tam gdzie dawniej były dwa palce. Nie to, żebym miała tylko dwa! O, nie. Tylko, że właśnie te dwa upatrzyła sobie pani opuchlizna. :-(
Już w nocy z niedzieli na poniedziałek pewna upierdliwa przykrość i stanowczy dyskomfort nie za bardzo dawały mi spać. Domyślałam się, że mi tam coś rośnie/puchnie, ale efekt poranny/końcowy tego procesu przekroczył moje najśmielsze (nie)oczekiwanie!!
Jak szybko otworzyłam oczy – tak jeszcze szybciej je zamknęłam, a potem zaczęłam mrugać, żeby upewnić się czy to aby nie kolejny głupi koszmar...Tym razem to była jawa, niestety bolesna jak cholera. Jawa objawiła się na palcach fioletowo-bordowym odcieniem, bolesnym obrzękiem, zesztywnieniem palców (o ile TO można jeszcze było nazwać palcami!) i w ogóle wszystko razem wyglądało jakby za chwilę miało wybuchnąć, albo wypuścić pąki?
W totalnej panice... (chciałam w tym miejscu napisać: szybko, czem-prędzej, albo tego typu określenie czynności, którą próbowałam w ogóle wykonywać!)...więc w panice pokuśtykałam do dermatologa.
Daruję sobie i innym opis rejestrowania się w rejestracji!
Za długo by to trwało, a ja nie mam siły tego jeszcze raz przeżywać, a poza tym, jak sobie przypomnę to jutro przed pracą podskoczę (Ha!) do tych panienek i nakopię, zdrowiejącą pomalutku, nogą panienkom wigoru do...pracy! Ważne, że udało mi się (raz mi się coś udało!) dostać w ostatniej chwili do pani doktor, całkiem do rzeczy kobitki, której mina na widok mojej stopy mówiła wiele! Oczywiście skończyło się antybiotykiem, płynem do okładów i maścią z kolejnym antybiotykiem, ale nie grymasiłam!
Miałam oponować i bronić się przed antybiotykami, ale tym razem nie będę zgrywać twardzielki w nadziei, że opuchlizna i bez tego przejdzie sama, zanim odpadną mi palce...
Nic to, jest nadzieja! ...spod opuchlizny wygląda już dziś kawałek jednego palca i trochę mniejszy tego drugiego. Ale do kształtu, wielkości i KOLORU pozostałych palców jeszcze im daleko. Najważniejsze, że mogę już bez większego bólu wtłoczyć stopę w buta i prawie opierać całą stopę na ziemi...Prawie robi jednak ogromną różnicę!

No, dobra - wracam do „Patrolu” Łukjanienki.
W kolejce czeka już, naruszony ździebko, Wiśniewski i jego „Bikini”.
Miałam nie czytać dwóch (i więcej!) książek na raz, ale nie zawsze tak da się ;-))

13 lip 2009

Upijam się dziś na słodko ;-)

...i od soboty tak mam ... ;-))...

Bo tak smakuje WOLNOŚĆ!!

Jeaah!

Chociaż muszę przyznać, że nie potrzebnie i bohatersko poszłam w piątek do pracy...hmm

...po co?
na co??

Tyy głuupiaa, Tyy!!

Bo wakacje, wbrew pozorom - nie sprzyjają wypoczynkowi...

Bo to nasze biblioteczne "wrota" otwarte są na oścież co drugi dzień,
a pogoda nie sprzyja...
a ludziska siedzą w mieście...i „walą” drzwiami i oknami do nas,
po książki..!!!

Ponad 70 odwiedzin DZIENNIE!!
No kto to słyszał?! Co?!


A podobno w Polsce czyta jedna/dziesiąta dorosłych?!
hmmm...

No, to w każdym razie u nas na osiedlu ta – jedna/dziesiąta jest bardzo uzależniona i systematyczna ;-))
Niom!!

A poza tym?

Dzisiejsze foty, to prezenty firmowe... ;-)


Anielica od Koleżanek z pracy, a bociek ??

....a bociek od DYREKTORKI!

hmmm...

I to podobno BEZ PODTEKSTÓW?!




;-))))
dobszszsz...


p.ssst:
noga mi spuchła na wysokości palców...:-((
jest wyjątkowo sztywno, pulsująco i boleśnie...niemiło!
co też TO może być?
grzybek jakowyś upierdliwy czy uczulenie? na grzybka to-to nie wygląda..
zobaczymy jutro/pojutrze...



* * * * * *

10 lip 2009

U D A Ł O - M I - S I Ę!!!

Chociaż jeszcze trudno mi w to uwierzyć ale udało się! Koniec!
Zdane, zaliczone, obronione!



Dzień bardzo męczący i intensywny od samego, bardzo wczesnego rana.
Wczoraj nie udało mi się już zajrzeć do notatek. Padłam.
Ale za to od 3-ej rano nie spałam! Znowu :-(
Rano pojechałam do Warszawy i chociaż byłam dobrze ponad godzinę wcześniej – okazało się, że były tylko dwie dziewczyny, obie z licencjatu. A potem ja...
Wielką frajdę zrobił mi mój Sponsor ;-) Brat zwolnił się z pracy i przyszedł do mnie na Uniwerek. Oczywiście tylko mnie wkurzał, bo się ze mnie nabijał, ale wiem, że robił to celowo dla odwrócenia uwagi. :-))
Po obronie poszliśmy na kawkę, a potem on wrócił do pracy, a ja na Uniwerek pozałatwiać resztę spraw.
Sama obrona, jak każdy egzamin – pytanie, odpowiedź i najważniejsze to nie tracić zimnej krwi. Umieć się sprzedać, a raczej swoją wiedzę ;-))
U mnie to zawodzi. Wolę pisać niż mówić szczególnie jeśli chodzi o egzaminy.
Ale nic to – jak było, tak było, ważne, że się udało! Na 4! :-))
A potem było jeszcze sporo męczących formalności i bieganina za zaświadczeniami z bibliotek. Byłam mokra! Lało się ze mnie po prostu.
W drodze powrotnej byłam tak zmęczona, że nie poczytałam nawet Łukjanienki. Nie dałam rady. A po wejściu do domu, pomimo niezadowolonych i pełnych rozczarowania mruknięć Kiki, padłam i spałam do powrotu Szreka z pracy...
Poszliśmy na kolację do naszej ulubionej knajpki, ale, niestety, Szreku musiał wrócić jeszcze do pracy uruchomić system i sprawdzić czy wszystko działa :-( Szkoda, że szef nie zgodził się, żeby można to było zrobić zdalnie. No cóż, jeszcze trochę cierpliwości...
A ja chyba za chwilę znowu zalegnę. Czuję się jak przekłuty balonik, z którego zeszło powietrze...Jeszcze nie czuję radości i ulgi, to chyba poczuję dopiero jutro. Na razie jestem z siebie dumna – udało mi się! Cztery lata intensywnej nauki za mną!
A teraz pora trochę pożyć! Bez nauki, bieganiny, terminów, pisania prac zaliczeniowych, egzaminów i stresów...
Pora nadrobić wszelkie zaległości, a uzbierało się tego!
....Tylko od czego by tu zacząć?? ;-))

9 lip 2009

J U T R O !!!

To już JUTRO!

Kiedy to zleciało?.......
Jadę jutro do Warszawki zakończyć nauki ;-) na obronę pracy mgr!
Zdam! Muszę! Nie ma innej opcji i już! ;-) A oceną się nie przejmuję, bo mi wszystko jedno i nie jestem zbyt ambitna ;-))
Nie czuję się zbyt pewnie, nie czuję, żebym opanowała materiał i była GOTOWA!
Ale czy tak naprawdę kiedykolwiek jesteśmy do końca na coś gotowi?
I nie ważne czy chodzi o egzamin, ślub, dziecko, nową pracę...no, na NOWE i nieznane w naszym życiu...
Dobra! Bez filozofowania, nie dzisiaj! ;-)
Siedzę, piję winko dla kurażu i zaraz wrócę jeszcze ostatni raz do notatek.
A potem spać. Może dzisiaj uda się wyspać, bo wczorajsze burze dawały takiego czadu, że do piątej nie spałam :-(
A więc do jutra.
Może jutro - pomimo -90 intelektualnego ;-) - uda sie opanować chaos w głowie i napisac coś mądrzejszego.
Mam tylko nadzieję, że jutrzejsze wyjątkowo utrudnione warunki fizyczno-intelektualne nie zdemobilizują mnie!
OBY!
;-))

8 lip 2009

Godzina ZERO coraz bliżej

Już za chwilę, za chwileczkę...

Codziennie STARAM się poczytać i jak najwięcej zapamiętać z tego, co powinnam UMIEĆ do obrony.
Podkreślam: Staram się!
Cinżko jest, co tu dużo pisać. Pomijam upał i cholerną wilgoć w powietrzu, która powoduje, że czuję się jak w saunie albo w szklarni, że aż mózg się gotuje. Na upał nie narzekam – w końcu lato! Ale ta tropikalna wilgoć dobija mnie, no!
Zbieram tę/tą całą wilgoć w siebie, magazynuję, puchnę...
W ciągu dnia i w nocy pocę się jak szara mysz tylko po to, żeby rano obudzić się znowu napęczniała jak bania. Najgorsze, że kolejne burze i deszcze nie przynoszą ulgi...
Myślałam, że to tylko my-grubasy mamy ciężko w taką pogodę, że to cena za nadmiar kilogramów dźwiganych na grzbiecie... Niewielkim pocieszeniem było to, co usłyszałam od czytelniczki – chudzielca, prawie „szkieletora”, że jest jej za gorąco i się baardzo POCI!
To by było na tyle, jeśli chodzi o narzekanie na pogodę.
Do kłopotów z nauką, oprócz pogody, dokłada się też ogólne „zmęczenie materiału”.
Ile w końcu można siedzieć w miejscu, pisać/czytać/(t)uczyć się...w dwóch słowach: mam dość!
Nie sprzyja też fakt, że zmęczenie potęguje zniecierpliwienie, a moja niecierpliwość i tak jest już nadwyrężona z innych powodów...
Ale już za chwilę będę „wolną białą kobietą” – jak mawia moja kerownica...Już za chwileczkę.
Z tematyki naukowej najlepsze „mięcho” zostawiłam na koniec...w dniu obrony zawita @ !! ale nie tylko! Sprawdziłam sobie na ten dzień biorytm hłehłe!
Nie wiem po co?!
Okazuje się, że dodatkowo i w pakiecie wylosowałam też...uwaga! a mianowicie... –90 ( minus 90!) wydolności intelektualnej.
Jakaż optymistyczna wróżba! ;-)

26 cze 2009

Nadrabiam # bis...

Wyniosłam/zatargałam do pracy ze siedem (co najmniej!) kilogramów książek, czasopism i innych pomocy naukowych, które nie będą mi już potrzebne! Oby!
Spod (zalegającej już jakiś czas) sterty wyjrzało biurko i kawałek podłogi!
Niesamowity widok! ;-)
Byłam pod wrażeniem.
Ludożerka też ;-)
Tak pusto! Taka przestrzeń!
Ulga była chwilowa i nie zdążyłyśmy nawet zastanowić się co można by zrobić z tak ciekawym kawałkiem odzyskanego miejsca...a już zaczęłam znosić do domu kolejne pomoce naukowe – tym razem przydatne do "obrony" pracy mgr.
Tematy niby łatwe i do ugryzienia ale cholernie obszerne. Pora brać się za opracowywanie...
....................
Co do innych spraw, o których chciałam napisać ale nie zmieściło się ostatnio...
Bardzo mile zaskakuje mnie fakt, że temat mojej pracy wydaje się interesujący dla innych, postronnych osób. Historia mojego miasta rozpatrywana przez dosyć wąski tematycznie pryzmat.
Praca licencjacka była żmudną, nudną, niekończącą się harówą (statystyką).
Pisanie i praca nad nią też! :-(
Umordowałam się strasznie i bez satysfakcji.
Tym razem temat (tak, jak poprzednio - sama sobie wymyśliłam i wybrałam) chociaż początkowo wydawał mi się nudnawy, okazał się interesujący nie tylko dla mnie (przy pisaniu), ale i dla innych kiedy o tym opowiadam...
Na początku „wzięło” Szreka, głównego paparazzi w rodzinie ;-))
Potrzebowałam współczesnych zdjęć obiektów, o których pisałam. Archiwalne już miałam z różnych źródeł. Pojechaliśmy w teren, a Szreka tak "wzięło" i wciągnęło, że nie mogłam Go odciągnąć – zwłaszcza od obiektów zamkniętych dla postronnych osób. ;-) Zwłaszcza od obiektów z tabliczką (nie wiem czemu, zresztą) „zakaz fotografowania”! hihi
Bałam się, że w końcu wylecimy "na kopach" z jednego terenu prywatnego – co mocno podkreślał ochroniarz chodzący za nami krok w krok! ;-))
Jakoś dziwnie nerwowo ludzie reagują na robienie fotek w miejscach, które (podobno) do atrakcyjnych turystycznie nie należą.
Chyba byliśmy brani za szpiegów gospodarczych. Co najmniej! hihi. Jeśli coś takiego istnieje?!
Zdjęć Szreku nacykał tyle, że potem miałam problem z wyborem – bo co za dużo, to głowa (jednak) boli od przybytku! ;-)
Potem Akluina - chętnie słuchała moich wywodów-prawie-akademickich ;-)
Wypróbowałam na Niej fragment wykładu „z pamięci”. Dużo zapamiętałam... dziwne! ;-)
Potem BZB* przy okazji oglądania oprawionej, gotowej do zawiezienia pracy-mojej-magisterskiej spytał o prezentację, czyli zdjęcia. Bo praca to sam czysty/nudny tekst jest.
Galeria zdjęć jest na dokładkę, jako zaledwie dodatek jakiś taki skromny. Bo profesorek uważa, że zdjęcia w tekście umieszcza ten, kto nie ma o czym pisać!
Pokazałam więc galerię bratu, a jakże! W końcu to główny SPONSOR** moich studiów jest, jakby nie było!
Tak więc SPONSOR i BZB (w jednej osobie) okładkę obejrzeli, kartki przerzucili i o galerię fotek poprosili, o których robieniu też słyszeli, a nawet SAMi robili kilka ujęć, po drodze - kiedy inne sprawy załatwialiśmy, takie dwa-w-jednym.
A jak już oglądał, to nie mogłam nie opowiadać, bo to już synchron jest ;-)
Samo idzie!
Mina, pytania i komentarze mojego Sponsora BZB – bezcenne! :-D
Jedynie kolega R. oglądając, a nie, chwila! – raczej czytając moją pracę (chyba nadam Mu jakąś barwną ksywę-bo warto!) marudził i czepiał się „błędu logicznego”.
Pytał, czy mój promotor w ogóle czytał tą/tę pracę ?!
Galerii więc nie pokazałam, bo już na początku, przy jego marudzeniu BZB wyrwał mu moją pracę z rąk ze słowami: "wyp..#; taki ch..# będziesz czytał!"***
No, czyż nie jest słodki?! Ten mój BZB?! ;-))

Poniżej fotek kilka z mojej pracy... – nie mogłam się powstrzymać!
No, nie mogłam! ;-))
Resztę zapewne i tak kiedyś przemycę...


Nie wygląda zachęcająco?
Nie szkodzi!
Ale jest!






*Brat-Zryty-Beret

**albowiem Dyrka wypchnęła mnie na studia, a i owszem, ale fundusze za kosztowne nauki gotowa była pokryć li i jedynie w 1/3 legwie-co!
A reszta skąd – ja się spytam – miała przyfrunąć? Nio?.. Nie z pesyji mojej, przecież! Bo jak?!
Sponsoring zostawał jeno. I to ten RODZINNO/DOMOWY ;-)
...na ten prywatno/uliczny jestem za stara i za brzydka :-))

***dla Niewtajemniczonych – mimo pozorów, to nie było agresywne! Serio-serio! Z R . tak trzeba ;-)) i się nie obraża, bo wie, że z nim tak trzeba! O!

23 cze 2009

Nadrabiam!

A mianowicie - nadrabiam zaległości WSZELAKIE!
Co oznacza: T A K!
Pracę dopięłam i dokończyłam, wydrukowałam, oprawiłam, zgrałam kopię na CD RW, wywiozłam i złożyłam w ręce
profesorka i sekretarek uniwersyteckich.


Ostatnie dni przed „wywózką” do Warszawki były tak INTENSYWNE, że chodziłam na rzęsach. Siedziałam nad ostatnimi poprawkami, a potem nad prezentacją z galerią zdjęć długo w noc.
Ale udało się!
Najważniejsze, że obronę mam jeszcze
przed wakacjami, w lipcu!


Nie liczyłam już, nie spodziewałam się, że się uda. Najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że kiedy szalałam nad tą pracą, spinałam się i wyduszałam z siebie resztki energii, żeby tylko zdążyć – koniec pracy jakby się oddalał, okoliczności nie sprzyjały, szanse malały...
Kiedy się poddałam, zaakceptowałam, że nie dam rady przed wakacjami, przyjęłam do wiadomości, że będzie co ma być - o dziwo wszystko wróciło do właściwego rytmu, energia się skądś nagle znalazła i jakoś bez większego wysiłku, szarpaniny, poprzedniego trudu i piętrzących się przeciwności i problemów – UDAŁO SIĘ!
Wszystko wróciło jakoś nagle do równowagi, do swoich właściwych proporcji.
Pisanie szło łatwiej i nagle duużo, dużo szybciej...
Sama nie wiem kiedy okazało się, że SKOŃCZYŁAM! Łapałam się nawet na tym, że prawie specjalnie z opóźnieniem wysyłałam profesorkowi do sprawdzenia kolejne fragmenty, które On odsyłał dość szybko albo już poprawione, albo z niewielkimi poprawkami do zrobienia. Szok!
Nie rozumiem tego wszystkiego, ale chyba nie muszę!
Nie pierwszy raz w życiu tak mam, że kiedy przestaję się szarpać i walczyć i starać, aż do wyplucia flaków w walce o COŚ – nagle to COŚ przychodzi sobie do mnie SAMO!
Hmmm...Czyli wniosek jest taki, że muszę olać i odpuścić sobie sprawy dla mnie najważniejsze...i wtedy będzie gut! ;-)

Po powrocie z Warszawy byłam praktycznie zresetowana. Dobrze działa na mnie podróż pociągiem, jeśli nie muszę w tłoku stać przy kiblu, hihi. Lubię się wyłączyć, zagapić przez okno albo zaczytać...albo jedno i drugie na zmianę :-) Lubię ten spokój jaki nastaje w mojej głowie, myśli, które nie tarabanią i nie kłębią się, tylko nagle wyciszone leniwie snują jak na zwolnionych obrotach. Ciszaa ;-) Mmmiło.
Brakowało mi tylko jakiejś muzyki – no, wtedy to już odlot całkowity!
Wróciłam zadowolona i odprężona, choć zmęczona – wieczorem PADŁAM!
W sobotę zaczęło się wielkie odgruzowanie mieszkania, które na dobre zakończy się pewnie dopiero we wrześniu! Hihi
Nie spodziewałam się, że takie małe mieszkanko może być tak zasyfione! Do czego to podobne! ;-) W tygodniu zapewne niewiele zrobimy więc powtórka „z rozrywki” w sobotę!
Ale za to się WYSPAŁAM! A w niedzielę Szreku wyszarpnął mnie z domu do kina! Na „Anioły i demony”. Pogoda była, o dziwo!, ładna – co się ostatnio rzadko zdarza! Film dobry, ale na mój skotłowany mózg trochę za skomplikowany, albo może nastawiłam się wewnętrznie, że książka pewnie jest lepsza..?? Dlatego tak jakoś bez emocji.
Ale za to, jak się zaraz (zaraz po obronie!) rzucę na książki, jak zacznę nadrabiać zaległości, to będę czytać, aż do czerwoności gał ocznych! Kolejka jest długa, obiecująca i podniecająca ;-)

A inne ZALEGŁOŚCI też chcę nadrobić. O Szreku myślę w tej chwili.
Jego praca, stresy, nauka i ciągłe naciski, żeby więcej i szybciej! Moja pisanina nerwowa, długo w noc, stresy i wieczne zmęczenie...Mijaliśmy się trochę ostatnio :-(
Chcę z Nim POPRZEBYWAĆ, porozmawiać o czymś innym niż jego/moja praca. Chcę!
Bo czuję NIEDOSYT! Bo czuję, że On też tego potrzebuje, bo nasze życie to nie tylko praca! O!

Miała być krótka notka, tak w punktach nieomal, żeby nadrobić zaległości również tutaj.. ;-)
Nie dało się. Taka długaśna wyszła, a i tak nie napisałam jeszcze o kilku sprawach.
Ale wszystko w swoim czasie.
Wszystko po kolei.
Nadrabiam ;-)

29 mar 2009

Zadziwienia

Po pierwsze! - moja kumpela została matką. Kilka tygodni za wcześnie, ale wszystko oki! To ta kumpela, która się tyle starała, załamywała, leczyła i przygotowywała do in vitro i na wakacjach przed godziną zero - "zaskoczyła". Cieszyłam się jej radością BARDZO! Atakowałam i molestowałam mailowo i smsami przez ostatnie kilka miesięcy - co i jak, jak się czuje, kto to będzie: on czy ona ;-)
Teraz dowiedziałam się, że już jestem ciotką, że urodziła, że wszystko oki! I bardzo dobrze!
Ale co ja poczułam jak się dowiedziałam? NIC! Słownie: N I C !!
Ani radości, ani zdziwienia, ani nawet zwykłej, paskudnej zazdrości!
No, nic!
I teraz moje pytanie do siebie samej - co to było i czemu? czy to jakiś znak? czy może tak się wyłączyłam ze starań, że wyciągnęłam też wtyczkę "emocje"? Kiedy dwa i pół roku temu rodził się syn bliskiej znajomej, mój absolutny, jedyny bachorkowy ulubieniec, ukochany, słodki Szkrab - latałam do jego mamy i do Niego, chciałam pomagać, uczestniczyć...być!...bardzo pokochałam! i do dzisiaj mnie trzyma, do dzisiaj tak mam ;-)
I chyba - powiem nieskromnie, ale wiem i czuję - troszkę z wzajemnością. ;-))
A tu pustka?! Może to kwestia rodziców dziecka, bliskości, znajomości? Oby!!

Po drugie!
Odezwała się moja koleżanka z liceum.
Dziwna była ona i dziwne relacje między nami. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.
Ona skomplikowana, przewrażliwiona, zamknięta i wycofana, chłopczyca, która mówiła, że jest transseksualistką - czyli wojna ciała z duszą...czyli ON uwięziony w ciele dziewczyny! Nie wiem skąd brała te terminy mądre w tamtych czasach. Może tak wtedy myślała, może tak czuła? Ja wiedziałam tylko tyle, że bardzo fajna dziewczyna, mądra, super kontakt.. ale coś...między nami nie-bałdzo? coś nie-teges?!
Umiem słuchać, jestem dobrą słuchawką! Ona chyba tego potrzebowała? Ale... się zjawiła i nagle chaos !!
Ale nie taki fizyczny - bardziej psychiczny!
Zawsze byłam silną empatką i gdy Ona zwierzyła mi się z tego dziwnego Czegoś...miałam problemos, szokos i turbulencjos w głowie...i bardzo to przeżywałam. Bolało! Bo czułam, że chcę bardzo, ale nie wiem jak jej pomóc, co powiedzieć/poradzić, nie wiedziałam nawet co myśleć w takiej sytuacji, dla mnie całkiem nowej...
Czułam, że czegoś ode mnie potrzebuje, ale za Chiny Ludowe nie mogłam odgadnąć – czego??!
Nasze rozmowy, jak na licealne czasy były takie dojrzałe, poważne i o specyficznym ciężarze gatunkowym.
A jeszcze nasza przyjaźń (tak to nazwę, bo dla niej, wtedy, bardzo ważne były umowy i słowa nazywające coś ostatecznie i do końca), więc nasza przyjaźń była taka wymagająca (czasu, emocji, zaangażowania, nie wiem jeszcze czego..), chropowata, skomplikowana i pełna zawirowań.
Ciężka!
Myślę, nie! - jestem pewna i wtedy też to czułam, że była i na pewno jest, bardzo wartościowym człowiekiem, ale spotkałyśmy się za wcześnie. Byłam taka młoda i głupia, życiowo głupia, wszystko brałam tak śmiertelnie poważnie, a najgorsze i najtrudniejsze w tamtym czasie było to, że były to lata mojej najintensywniejszej, bezowocnej walki o matkę-alkoholiczkę z nią samą. To wtedy się zaczęło! Za duży ciężar jak na tak młodą siksę...i jeszcze do kompletu taka pokręcona przyjaźń...
Nie bardzo sobie ze wszystkim radziłam i w końcu poddałam się, wycofałam, stchórzyłam.
A ona się obraziła i do końca szkoły (czyli prawie rok!), a nawet po jej skończeniu NIGDY się do mnie nie odezwała.
Jak bardzo i jak długo to przeżywałam wiem tylko ja.
A tu się po prawie 20-tu latach okazuje, że niepotrzebnie! Bo coś się wydarzyło w jej życiu na tyle przełomowego, że nie tylko poczuła się kobietą, znalazła męża, ale jeszcze ma dziecko! A ja byłam święcie przekonana, że kiedy następnym razem się spotkamy, jeśli się spotkamy - to będzie już ON, nie ona.
Życie jest pełne niespodzianek i zadziwień! ;-)
No, więc dobrze - zaczniemy naszą znajomość po raz drugi, po prawie 20-tu latach.
Może teraz to będzie ten lepszy czas??
Jest mi to jakoś, widać, dane, a może nawet potrzebne?
Wyrzuty sumienia?
Jakaś potrzeba zadośćuczynienia?
Nie wiem.
I ani razu, co dziwne, nie poczułam wewnętrznej potrzeby zadania sobie pytania: „po co?!”
To chyba dobrze?

27 mar 2009

SPAAĆ!!!

Chce mi się spać!

Niezłą mamy zimę tej wiosny ;-)
Wzięłam znowu kilka dni urlopu szkolnego na pisanie pracy. Idzie mi średnio!
Bardzo...Raz jest lepiej raz gorzej.
We wtorek miałam chyba apogeum aktywności, bo nie mogłam się odkleić od kompa przez jakieś 5 godzin! To dużo jak na moje możliwości klikania w klawiaturę w celu zapełnienia kolejnej strony w pracy! Gały wypływały mi z orbit, a jak próbowałam wstać - mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Nawet w pracy nie siedzę tyle czasu bez ruchu!
Napisałam sporo jak na moje możliwości - kilka stron.
A potem przez dwa dni NIC!
Ani pół stroniczki! Odrzuciło mnie :-(
A pogoda dokładała swoje. Śnieg walił z nieba na przemian z wyglądającym zza chmur słońcem. Jestem typowym meteopatą i fizycznie bolą mnie takie gwałtowne zmiany ciśnienia - kilka razy na godzinę...FUUJ! Nie lubię, nie lubię! W środę było tak - zjadłam, chwilkę odpoczęłam...i następne co pamiętam to pobudkę po DWÓCH godzinach drzemeczki! Kikora rozwalona obok na fotelu, do góry brzuchem chrapała w najlepsze! Czas minął! Czwartek też mignął koło ucha - ale to już moja wina i głupota. Szkoda słów. Miałam jechać do biblioteki naukowej po materiały, miałam iść do koleżanki po scenariusz na zaliczenie, miałam kupić sobie spodnie...miałam!
A dziś już piątek!
Mam ambitny plan nadrobić dwa stracone dni. Zobaczymy czy tylko na planach się skończy. Może nie będzie źle, czuję w kościach, że jakaś wena się kręci koło mnie - może wskoczy mi na plecy niczym Kika. Tak, to jej najnowsza sztuczka! Po cichu skrada się na stół w kuchni i kiedy stoję tyłem, zajęta czymś po drugiej stronie - skacze mi na plecy. Mało zawału nie dostałam ostatnio. Paskuda jedna.

Ja pierdzielę! Szreku dorwał się do mojego Łukjanienki i czyta na maksa aż kartki furkoczą! Szybko czyta i zaraz mnie dogoni! HELP!!
Będzie fajt i wyrywanie sobie książki - no, sorki ale będzie! Bo On szybko czyta i mnie tym wnerwia, a ja kontempluję .. ;-)

No, dobra spadam do pisania!
Może jeszcze później coś skrobnę.

13 mar 2009

Przesilenie?

Wiosna idzie a sił i powodów do radości jakby coraz mniej…
Warszawka tak mnie zmęczyła, że nawet mi się pisać nie chce.
Szczytem szczytów była niedziela – podróż półtorej godziny w jedną stronę tylko po to, żeby popierdzieleniec jeden popitulił ze 40-ci minut (i to dokładnie to samo co dwa tygodnie temu! A ja i tak nie wiem na czym ma polegać zaliczenie u niego!) i łaskawie zwolnił nas do domów…, a potem tylko nadprogramowe, godzinne oczekiwanie na pociąg i półtorej z powrotem. Załama.
I chyba z tego zmęczenia jakieś takie zniechęcenie mnie dopadło… i chociaż obiecałam sobie pisać przynajmniej stronę dziennie – nic z tego! Nie powstało ani jedno zdanie w mojej pracy.
A tu połowa marca!!
@ - punktualnie jak w zegarku! Szreku nie jedzie w końcu na szkolenie – a to był główny powód tego, że nie chciałam się szprycować większymi dawkami clo. Nie ma jednak tego złego …
Gdyby nie to, że miał jechać, nie poszłabym do ginki na sprawdzian i rozmowę tylko naszprycowałabym się i nie wiadomo co by było.
No a teraz nie wiem czy brać clo teraz, od razu tą małą dawkę i robić cykl obserwowany czy najpierw sprawdzić wrogość … Nie wiem.
Nie mam siły nad tym myśleć, może jutro się zastanowię.
Kolejna rata kredytu właśnie zeszła – powiem tylko dwa słowa (pardon!)
O KURWA!!!
Jak tak dalej będzie rosnąć w tym tempie, to moja pensja wkrótce wystarczy akurat na ratę! Tfuj-tfuj! Nie daj boże!!
Z tych wszystkich mętów i nastrojowych dołów żrę jak nakręcona i to wszystko, co nie jest szybsze ode mnie! Na wszelki wypadek nie wchodzę na wagę, bo po co?! Zaliczyć kolejnego doła?

I tym optymistycznym akcentem – adieu…

4 mar 2009

I po urlopie.

Tydzień urlopu przeleciał jak szczała…bzzzt! I już było po wszystkim.
Tak więc moje ambitne plany, co do napisania przynajmniej połowy pracy mgr, odpłynęły bezpowrotnie w siną dal, w siną dal – zapewne w pogoni za lecącą/pędzącą szczałą.
Tydzień minął, ale (pocieszam się!) nie był to czas zmarnowany.
Oprócz odespania, permanentnego i nieskutecznego sprzątania (z czyjego powodu? „Powody” mam w domu DWA i oba jednakowo skuteczne w robieniu totalnego bur..bałaganu!), zwiedzenia dwóch gabinetów lekarskich i załatwienia/zrobienia/zapomnienia kilku jeszcze spraw - napisałam … uwaga! prawie 10 stron pracy!!!
Aplauz!!
No, cóż (napisała ona, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie…) mogło być lepiej!
Ale i tak coś drgnęło i woolno ruszyło do przodu! Serio-serio! Zresztą, nie widzę siebie siedzącej nad czymś dłużej niż kilka godzin! Nie jestem typem mróweczki-dłubeczki-pedanteczki. Nie ten temperament. Nie ta cierpliwość, a raczej jej brak!
I skończmy już ten temat, dobrze?! ;-) No!
A z innej „beczki”…
Luty skończył się dość dynamicznie i z niespodziewanym przytupem.
Albo – dość niespodziewanie i z dynamicznym przytupem. Jak kto woli ;-)
Czas i miejsce akcji: chata Ogrów, ostatnia sobota lutego, godziny popołudniowe, a konkretnie 17-18-ta.
Niewinne i zupełnie spontaniczne spotkanie kilku osób (qmpela A., qmpel Szreka - B., BZB* i nasz wspólny qmpel - R.). Typowa wieczorna nasiadówka przy pyffku czy winku (co kto woli). Nic nie zapowiadające dalszego ciągu zwykłe pitu-pitu. Takiego ciągu dalszego…TAKIEGO…
W miarę upływu czasu i alkoholu, atmosfera się rozluźniała, humory poprawiały, opowieściom i żartom nie było końca…wyluzowaliśmy na maksa.
W końcu – tak koło północy, jak mniemam?, zdarzyło się nawet kilku panom zaśp…zawyć do wtóru piosenkę (czasami człowiek musi, inaczej się udusi) – byli z siebie bardzo zadowoleni, my (Słuchawki) jakby troszkę mniej, ale o tym sza!
I wreszcie – wstyd przyznać! – zaatakował nas pewien utwór szczególnie (The Prodigy-Omen) i…nawet poruszałyśmy biodrami, poszurałyśmy odrobinę nuniami w pozycji pionowej…I tak, wiem!, usmażymy się za to w piekle! Post przecież jest! To znaczy usmażą się Ci bardziej religijni ode mnie. Bezbożnik, tej kategorii co ja, odpokutuje pewnie wszystko już tutaj, w tym wymiarze! Ale, zaraz! Nie było tego wieczoru z nami bożników – z tego, co pamiętam! No, to spoko!
W każdym razie, wieczór skończył się następnego dnia około godz. 2-giej rano!
Powiem tak: nie była to najmilsza niedziela w moim życiu, o nie! Czyżby już pokuta i kara? Może, ale nie tylko! Karą i pokutą były też straty materialne – stłuczony kieliszek (ładny, szt.1), lusterko (małe, szt.1) i zalana winem książka (nowa, z biblioteki!) – odkupię, nie ma rady.
Do plusów można zaliczyć miłą atmosferę i rozluźnienie, oraz nową fryzurę qmpla-B., bo go namówiliśmy na podcięcie rzadziutkiej ale długiej fryzurki. A my lubimy krótkie, wojskowe fryzury. hihi.
Ale najbardziej „ucierpiała” Ludożerka – całą niedzielę SPAŁA, nie miała apetytu(!!!), nic ją nie ruszało z fotela, nic!…nie rozumiem! ;-)


* Brat-Zryty-Beret

27 lut 2009

Po odwiedzinach u dottorowych dwóch

Byłam Ci ja, a jakże, u tego i owego lekarza/dottora, a może raczej - lekarki/dottorki :-)
Jestem chudsza o prawie trzy stówy!...szkoda, że tylko w portfelu! Boszsz!
Ale nic to!
A teraz będzie sprawozdanie i streszczenie. Uwaga!
No, to jazda! Fasten your seat-belts! (zapnijta pasy, się znaczy – jadziem z koksem!).
Od czego by tu zacząć?
Chronologicznie czy „wa(r)gowo”? noo, soory, no! Wagowo – miało być!
Niech więc zwycięży chronologia. Si?
Wizyta u ginki.
Zobaczyła mnie w poczekalni, uśmiechnęła się z pytaniem w oczach. Miła jest.
Troszkę szkoda mi się zrobiło…jej? Mnie?
Była moja kolej.
Weszłam.
Ginka ze smutnym uśmiechem, na dzień-dobry spytała (chociaż to było raczej stwierdzenie) – „I co? Nie ma ciąży?” Wiadomo jaka była odpowiedź. Popytałam ja, poopowiadała mi Ona, zrobiłam sobie cytologię i usg…i oto co wiem na dzień dzisiejszy:
- cytologia – wyniki za dwa tygodnie
- usg – owulacja była, jajko pękło (??tia?? kiedy, do cholery?!), torbieli po hormonach brak (hurraaa!) …”endometrium piękne” – cytata! ;-)
Po rozmowie wiem, co następuje i niżej cytuję:
- większym dawkom hormonów (clo) mówimy stanowcze NIE! – ginka była trochę zestrachana, że po tak małej i bezpiecznej (podobno!) daweczce, ja już tak ześwirowaszy! Huśtawka nastrojów (płaczliwość na przemian z wściekłą furią-burią?!), bóle brzucha, a nawet podbrzusza, zatrzymanie wody w organizmie i tego typu przyjemności…i co? I NIC! Jedno wielkie (pardon ewrybady!)... ni-chuja!
- moje pytanie o badanie wrogości śluzu (słyszałam o czymś takim więc spytałam, a co?) i proszsz! Dziś pytanie-dziś odpowiedź! Wiem wszystko! Mój Szreku przeraził się tylko, jak usłyszał znajomą Mu/Szreku nazwę firmy, która „robi” badania nasienia: „To my TO TAM mamy zrobić?!?” ;-)) ech, te chłopy! Im tylko ekstremalne sporty w głowie! hihi.
Mała sugestia ginki – najlepiej robić „te” badania bez dopalaczy w postaci hormonów. Cóż, zobaczymy! Bo to się niesamowicie „zgrać” trzeba-by..trzeba...
- moje bardzo-ważne-pytanie nr 2! – jeśli ciągle z clo NIC, to co dalej?! Odpowiedź: „nie ma Fjona czasu na pitolenie się z lekami (cytat dosłowny, oprócz imienia! ofkors) proponuję inseminację. Zwłaszcza w sytuacji jeśli wyjdzie wrogi śluz!”. Oczywiście w tej sytuacji najpierw hsg (!!!tiaa jasne!) … to nic takiego, wiele dziewczyn ma/miało to badanie (bez znieczulenia?! Hmm..Ciekawe!) i nie narzeka/ło! (a tylko by spróbowały! No nie?!)
A więc zatoczyłyśmy koło! Bo już w szpitalu mi to proponowała - tylko ja okoniem stanęłam na maksa od razu i: NIE i koniec!
- A po nieudanej inseminacji? - in vitro! ... ?!?! ...I ja na to: Pass, pani ginko!
Ogry mówią: FINANSOWE Pass!! (uważne spojrzenie pełne zrozumienia i smutny uśmiech mojej gin)
Very sorry, ale nie wezmę kolejnego kredytu na in vitro! No, niestety N I E ! straszne? Tak?!

… a potem byli stomatogi jedne, no!
Okazało się, że przednie-dolne jedynki moje MOŻNA zrobić (opracować/obrobić) bezboleśnie!
Jak to możliwe jest?! Nie wiem!
Mam więc dolne jedynki zarobione/zaopracowane, i jest mi z tym miiluutkoo, ha-ha!… niom ;-)…
Jeszcze tylko ta cholera – ósemka dolna-Jej mać! .. i chyba chwacit! Taką mam nadzieję!
Proporcja między dottorami nie została zachowana? – very sory – ju łelkam! ;-) i ch*##@#$, chciałoby się powiedzieć/napisać!
Dobranoc!

24 lut 2009

Marudzenie kontrolowane - poprawione! ;-)

Uwolniłam złe emocje, przemyślałam, ulało się i wyparowało ze mnie trochę złości więc poprawiam... :-)

Co mnie wnerwia?

1. To się nie zmieni, bo ciągle mnie wnerwia ;-) ..Wszechobecny, wygodny i pomocny pewnym instytucjom, Yeti polskiej rzeczywistości (wszyscy o nim słyszeli ale nikt nie widział) - jednym słowem KRYZYS!! Dzięki niemu pracodawca nie daje podwyżki i rozkłada bezradnie ręce. Pracuj albo spadaj! Bo mamy kryzys!
Dzięki niemu bank łupie nas (chciałabym mocniejsze słowo wstawić ale staram się nie bluzgać - może się uda?) na potęgę! Ostatnia rata była wyższa od każdej poprzedniej, nawet od tej kiedy franek windował na górne rejestry...tylko, że bank szwajcarski obniżył stopy a nasz bank nam NIE! Nawet kiedy franek ostro poleciał w dół. No, a teraz to już w ogóle! Rośnie i rośnie!
Ceny w sklepach przemilczę! Wystarczy, że idę na zakupy, kupuję tyle samo co zwykle, a muszę wysupłać o 15-20 więcej! Szok! Nawet alkohol zaczął mi szkodzić - taki drogi!
Nie oglądam TV, nie czytam gazet i mało słucham radia, bo komuś bardzo zależy, żeby ludzie tacy jak ja - uwiązani kredytami - bali się i wpadali w panikę! Jak przyjdzie kryzys, to przyjdzie! Ja pierwsza go odczuję na własnym tyłku. Ale nie mam zamiaru już teraz wpadać w telepkę i schizować na zapas. A wszyscy dookoła nakręcają atmosferę! Po co?


2. Teściowa! Wiem, że jej ciężko bo ma mało kasy, ale niech zrozumie, że nam też kasa z nieba nie spada! i wystarczy! A reszta? Cóż, i tak jej nie zmienię więc zmienię moje podejście do niej!

3. Praca - dam sobie radę, co by nie było! Wiem to i tak czuję, więc...
Reszta - NIEWAŻNA! i już!


4. Studia - a raczej ich końcówka! Tu się też nie zmieni, bo jeszcze mnie wnerwia ...
Plan! Byłam w piątek na dwóch zajęciach - jedne o 12-ej a drugie od 18.30 do 20.00! W domu byłam na 22-gą!
W sobotę NIC! A w niedzielę zajęcia od 13.45 do 16.30!!!
Podwójne koszty, bo dwa razy jadę w ciągu jednego łikendu. Nie będę przecież warszawskim znajomym siedziała całej soboty w domu, a za zimno jest jeszcze na całodzienne łazęgowanie. Skończyłoby się przesiadywaniem w jakiejś knajpie/pizzerii/galerii i wydawaniem kasy.
A powroty z Warszawy to kolejny koszmar! PKP ma nas głęboko w dupie i poza podnoszeniem cen biletów nie robi nic, żeby podnieść standard usługi! W niedzielę pociągi jeżdżą co dwie godziny. A sporo ludzi podróżuje i się przemieszcza nawet w niedzielę. Zdarzyło mi się już wracać na stojąco przy kiblu, bo dalej nie dało się wcisnąć nawet żyletki! Mamy XXI wiek!

5. DENTYSTA - ponad dwa lata zaniedbań w temacie i trzy zęby! Trzy! Nie, no! Nie tyle mi zostało w paszczy! ;-) Tyle jest teraz do naprawy! W tym dwie dolne jedynki, bo ścieram bezlitośnie! Zajęczy zgryz mam czy co? Zaraz wychodzę do dentystki więc może za chwilę też będzie nieaktualne? ;-) Mam taką nadzieję!

Dla zachowania równowagi teraz pozytywnie - na zakończenie ;-)

Co cieszy :-)

1. Fajna zima! Właśnie się dzisiaj chyba kończy, bo mokro i chlapowato. Ale była fajna, śniegowa i mroźna ;-)

2. Sztuczki Kikory - każdego dnia coś nowego! Ale to temat na osobną okazję bo sporo tego.

3. Czytam "Kłamcę 3" Ćwieka ;-)) Niom, lubię styl pisania pana Ćwieka. O Aniołach, tych upadłych też, pisze fajne fantasy.

4. URLOP szkolny wzięłam na pisanie pracy. Czy coś napiszę - zobaczymy. Bo w kolejce już stoją wizyty do lekarzy - ginka, stomatolog, może wet z Ludożerką i jej katarem?

5. Relaksik...z okazji urlopu dałam sobie luzu dzisiaj i pewnie będę za chwilę pluć sobie w brodę, że zmarnowałam dzień. Ale na razie cieszę się, bo sobie poleniuchowałam, pospałam (pogoda senna, ciśnienie niskie, Kikora się przytuliła... i się narobiło) a potem pobawiłam z Ludożerką ;-)

6. Zaraz zaczyna się marzec, a to już bliżej do wiosny, do dłuższego dnia, do słońca, do dłuższego dnia, do mniejszej ilości ciuchów na grzbiecie, do POMIDORÓW - takich smakujących i pachnących pomidorami, do owoców no, i dzień będzie dłuższy! :-))

10 lut 2009

Od myślenia puchnie głowa...

Kolejny cykl dobiega końca.
Zaraz - dziś albo jutro - doczekam się potwierdzenia.
Nie spodziewam się, ani nie łudzę, że może być inaczej. Nie będzie. Piszę to bez smutku i dramatu, bez telepki i schizy...na razie mogę tak pisać.
I wiem, że nie będę brać większej dawki clo w nadchodzącym cyklu - nie ma po co.
Wszystko wskazuje na to, że nie będzie to dla naszych "działań" czas sprzyjający. Nie piszę więcej na razie na temat przyczyny, żeby czegoś nie zapeszyć, nie napisać za wcześnie...Za jakiś czas będzie wiadomo więcej, to będę mogła napisać konkretniej.
W każdym razie nie zamierzam się szprycować na próżno, przekładamy to na później.
Ja i tak chcę odwiedzić moją gin - mam kilka pytań, które wpadają do głowy w mało przespane noce...Mam ochotę sprawdzić czy wszystko w porządku, porozmawiać z nią o tym i owym, popytać, a co jeśli większa dawka nie pomoże? co dalej? Już i tak nieszczególnie podoba mi się wpływ hormonów na mnie. Albo dostaję odpałów ze złości albo mnie rozkleja i ryczę o byle co! PMS to przy tym pikuś!
No i tarczyca...Mojej koleżanki córka ma te same podwyższone antyciała antytarczycowe i bierze na to leki! Moja ginka nie dała mi nic, bo powiedziała, że nie mam tych antyciał za bardzo podwyższonych...A może raczej wie, że branie tych leków nie będzie współgrało ze staraniami? A co jeśli TO ma wpływ? Nie mam co zgadywać i mnożyć pytań, bo i tak nic nie wymyślę, ale zamierzam z nią ten temat podrążyć.
Jest jeszcze końcówka studiów i pisanie pracy. Nerwówka wokół tego i zmęczenie również nie sprzyjają radosnemu "tworzeniu", a jak dodać do tego nerwówkę i ciągle rosnącą presję u Szreka w pracy - mamy chory komplet naszej codzienności. Voila! włala jednym słowem ;-)
W każdym razie, ani nie będę mieć czasu na bieganie do lekarza, ani na razie nie stać nas finansowo na zmianę lekarza na klinikę bezpłodności - do czego namawia mnie znajoma, której się udało. Bo tam są super lekarze! Może i są, ale Ci super lekarze sobie super winszują za jedną wizytę, a takich wizyt w miesiącu będzie kilka. I kropka!
Że późno dla mnie? że mam mało czasu?! Tak!
Ale skoro i tak jest już późno - dwa, trzy miesiące w tą czy w tamtą stronę nie robią już wielkiej różnicy.
A dwóch spraw tego kalibru nie pociągnę na raz!
Nie wyrobię.
Nie będzie się ta decyzja podobać gince i trudno.
Życie to nie koncert życzeń.
A szkoda... ;-))

4 lut 2009

Czas goni nas

Coraz mniej czasu na cokolwiek, coraz szybciej czas leci, bez sensu i nieefektywnie - ludzie, co się dzieje?!
Nic z tego nie rozumiem!
Ale na wszelki wypadek mam do siebie pretensje, bo można by, trzeba, muszę... a tu nic!
Wiem tylko, że wchodzę do domu, jakiś obiad, chwila rozmowy ze Szrekiem (bo widujemy się krótko wieczorem...coraz później wraca z pracy) i już jest koło północy...
Szreku od początku roku nie wrócił jeszcze z pracy o czasie. Zostaje po godzinach. Coraz więcej i szybciej musi się uczyć...
Czy ten świat zupełnie zwariował, czy Ktoś-Tam-Na-Górze robi sobie jaja i ogląda nas na przewijaniu? Przyspieszonym przewijaniu!
Łapię się na tym (coraz częściej, niestety!), że się zawieszam, przechodzę na stand-by. Przechodzę na kontemplacyjną obserwację ;-)
Siedząc przy kompie (udając, że coś piszę, na przykład pracę mgr!) - patrzę na Szreka, zajętego nauką/laptopem/itepe, na Ludożerkę, która się wścieka/gania po domu/zagryza mi jukkę/śpi przy Szreku/śpi u mnie na biurku zwinięta w rogala...w tle spokojna muzyka chillout (moja ulubiona ostatnio-... gdzie te czasy kiedy się słuchało Prodigy dla pałera, na rozruch?), galop myśli w głowie zwalnia, uspokaja się...i jest mi dobrze!
Chwilo trwaj!
A potem "wybudzam się" i okazuje się, że minęła spora chwila na moim nic-nierobieniu. Dopadają mnie wyrzuty sumienia, że można było coś zrobić, napisać, poczytać! Wzięłam do domu książkę Białołęckiej, miałam czytać - nie mam czasu! Wieczorem, za szybko mijającym, ciągle coś do zrobienia, a przed snem - nie zdążę, padam czytając pierwszy akapit.Chore to wszystko jakieś!
Jednym słowem przydałby się Czasowstrzymywacz.
Tęsknię do dłuższego dnia, żeby tak szybko nie robiło się ciemno!
Żeby nie wstawać po ciemku i po ciemku nie wracać do domu!
No, kiedy to będzie, no kiedy?!

P.S. Ostatnio, na poprawę nastroju, szczeliłam sobie kolor na głowie - miedź czy jakiś inny rudy! Super! Jeszcze jak uda mi się zrzucić - na początek!! - kilka kilogramów...mmmm, aż mi się westchnęło z rozmarzenia ;-)

P.S.2
Salvador Dali też miał chyba problem z czasem. Nie tylko z czasem miał problem, zresztą...
Ale, że dzisiaj o czasie, a zwłaszcza jego BRAKU - takie obrazki wyguglowałam w sieci ;-))
Zawsze lubiłam jego pokręcone obrazy, a teraz nawet do mnie jakoś przemawiają... ;-)
Czy powinnam zacząć się martwić?? ;-)


29 sty 2009

ZDOLNA JESTEM NIESŁYCHANIE!!!

A zwłaszcza sprawna umysłowo inaczej...
Jestem sprawna umysłowo inaczej albo dzisiaj mam wyjątkowo "udany" dzień!!
Więcej takich i chyba se coś zrobię...
Najpierw w pracy dałam dupy na całej linii...nie z mojej winy, ale to JA w danej chwili dałam...
Odpowiadam tylko za swoje działania i pracę (do czasu aż nie okaże się, że nawet za siebie nie mogę ręczyć!!!)...Ale zastępują mnie dwie osoby.. do tego jedna - mało obrotna komputerowo (wiek), a druga...skleroza? menopauza? Skrajne roztargnienie?? No! - robi takie podstawowe błędy, że włosy stają dęba. Moje - zwłaszcza te niewydepilowane!
Ale jest kierownikiem...i pokazała mi, że jest niebezpieczna, więc ... nie zwrócę jej uwagi, o nie!
Cóż, przeżyję, przetrawię...kosztem kolejnych siwych włosów.
A, że nie jestem próżna...więc - T E R U D N O !
Biorę to na swoją wielką klatę! W końcu kłopoty to moja specjalność...
A potem wieczorem, aktywowałam sobie internetowo konto - założone niedawno...(patrz: Uroda w życiu pomaga)
Próbowałam aktywować to konto!
Trzeba było w pierwszej kolejności zmienić hasło na inne, swoje.
Wymyśliłam pikne! Starałam się!
Zmieniłam! Niom!
Może je nawet tu podam, a co! I tak mi ono teraz na ch... znaczy: nie przyda się

Udało się!
Zablokować je!
Konto znaczy się!

Inauguracja się powiodła - pacjent zmarł!
Szit!
Zespół napięcia się zbliża wielkimi krokami - taka wtedy popieprzona jestem, że strach!


P.S. FUJ!!! Bleee!!!
Ciekawe dlaczego musiałam wybrać akurat luteinę pod język? A można było inaczej...





P.S.2 (22:30)

"Udało mi" się nawet zepsuć tego posta! Mistrzostwo świata, kurwa!!
To jego kolejna wersja... Ciekawe czy uda mi sie go tym razem opublikować bez problemów...

P.S.3 (22:45)

Aaaaaaaaaaaaaaa!!!!


P.S.4 (22:50)

Mam wielką ochotę i pilną potrzebę przeczytać coś fajnego - najlepiej książkę!
Jak do jutra nie wymyślę nic ciekawego (i osiągalnego od razu!) to zabieram się za Białołęcką "Różę..."

22 sty 2009

Uroda w życiu pomaga...

...czyli Ogrzyca zakłada konto w banku.

Ogrzyca ma już konto, żeby nie było! - nie jest jak były premier (;-) !) ale chciała zmienić na inne konto w innym banku, DARMOWE, bo internetowe, a co?! Ze względu na wzgląd...po co wymieniać wszystkie powody, które ją do tego pchnęły..? Za długo.
Weszła do banku, którego nazwy się nie wymieni, bo to (anty)reklama w końcu! I z litości trochę może?
Weszła, a tam cisza .. i spokój..! Nikogo! A to środek dnia przecież, nieomalże godziny szczytu...noo, dobra - troszkę przed..
Pan, śliczny - młody, szczupły, wysoki, o pięknych dłuugich rzęsaach (po co facetom taakie rzęsy??), spytał średnio grzecznie: "słucham".
Nie, nie będzie znaku zapytania,bo to nie było pytanie!
- Chcę założyć konto - Fjona na to [grzecznie jak na jej możliwości]. Dobry dzień miała bowiem tego dnia, bywa! ;-)
- Dowód proszsz - pan-śliczny-z-rzęsami na to.
Coś tam klikał w swoim laptopiku, coś tam szeptał do telefonu (..podsłuchane: "konto proszsz"..) z klientką słowa nie zamienił, bo po co? Wskazówek nie udzielał, pytań ŻADNYCH nie zadawał...poza: "nazwisko panieńskie matki"(?!) dziwne..
No, to Fjona popytała troszkę (bezczelna!), czy aby konto darmowe jest, czy internetowe może też założyć i oszczędnościowe do tego...
Dużo tych oszczędności nie będzie przy jej pensji, ale jeśli uda się kilka dni dłużej na koncie potrzymać (Cinżkooo! oj, cinżko będziee!)- to choć jakieś 50 gr zarobku będzie! ;-) A nie jak do tej pory jeszcze bankowi musiała płacić za trzymane tam marności! Dola ogrza, ech!
Tak więc właśnie sobie siedzi Fjona w banku, konto zakłada, nie rozmawiając z panem-śliczno-rzęsym, bo pan nadundany jakiś?...niezadowolony, głodny czy coś? Przywilej ślicznych ludzi pewnie/chyba?
Cisza, klikanie, szum laptopika i szum-druk-szum-druk drukareczki w tle...
Fjona pyta, żeby upewnić się i ciszę dziwną, a uciążliwą przerwać - A wypłaty z bankomatów, oprócz "&@&@" banku z euronetu są darmowe, tak?
- Taa - odpowiedź w ekran laptopika pada wyczerpująca.
Pan-śliczno...a chuj z tym! Panek w końcu wstał, przyniósł plik dokumentów do podpisu. Chwilę napieprzał z rozmachem w każdą stronę osobno, a to czerwoną pieczątką, a to zieloną/niebieską, a to prosto, a to pod kątem...no, majstersztyk! Mówię Wam, ludzie! Fjona aż karpika z podziwu nad tą napieprzanką-prawie-pocztową uczyniła, prawidłowego karpika! Grzecznie podpisała, parafkę wstawiła tam, gdzie ten-tam-tu palcem pokazał...
- To wszystko.. - usłyszała wymamrotane do ekranu laptopika, poza jakimś średnio zrozumiałym ble-ble o kodach i pinach do konta internetowego (w kopercie - w teczce, pamiętaj!)
- ... A czy kartę bankomatową dostanę dzisiaj czy mam się po nią zgłosić? - bezczelne Fjonisko-ogrzysko ślicznemu panu "gitarę" znowu zawraca! Jak śmie? Ogr jeden!
- Jaką kartę?! - ożywiony nagle paniczyk wreszcie kontakt wzrokowy chwycił, wzburzony nieco?...Oj, to było spojrzenie! mmmrrrt! Noo! - Nic pani o karcie nie mówiła przecież! (lekko podenerwowany?/zirytowany?/chuj-wie-co?) Chciała pani konto internetowe przecież! Kartę wyrabiamy osobno i od ręki, ale to trwa kilka minut! I osobne dokumenty są potrzebne! (to było chyba z wyrzutem, bo będzie musiał te kilka minut dłużej znosić Ogra przy biurku)
Panicz się rozgdakał jak rajfurka na jarmarku. Wnerwiony czemuś?
Gdyby Fjona wiedziała, że tak można paniczyka rozruszać - od razu jakieś bonusowe pytania zadałaby przecież! ;-)))
Nie chcąc ZNOWU wyjść na osobę konfliktową - nie komentowała złośliwie zachowania paniczyka-śliczniutkiego! Nic a nic! Jej Łaskawość!
Bo przecież, gdyby ślicznota-dupowata zachował się PROFESJONALNIE, jak na przedstawiciela BANKU przystało - sam, kurwa, by te pytania zadał! Po kolei! To chyba nawet jego zasrany obowiązek?! Chyba?..
Bo Ogrowi się wydało oczywistym, że otwarcie konta = otrzymanie karty do bankomatu! Nie?! Jak se miała Fjonka dziengi z konta na zakupy wybrać??? Wirtualnie?!
I tak siedząc/pocąc się/czekając na tego-palanta-ślicznego, co to poszedł-był robić kartę bankomatową dla Ogra, Fjona pomyślała sobie, jak inaczej mogłaby wyglądać jej inicjacja w tym banku, gdyby była trochę więcej królewną Fjoną, a mniej Ogrem...mmm?!
:-D
Nioom!
Pyszna myśl, panie dzieju!
................
Pan-ślicznota-przedstawiciel-bankowy od wejścia królewny nadskakujący, gadatliwy (na 199,9%), uprzejmy i dowcipny (NO!), radosny i ożywiony, sam z siebie opowiada o koncie zanim śliczna królewna zdąży się zmęczyć układaniem w swojej ślicznej główce pytanka...Konwersacja sobie leciutko i bez zgrzytów ulatuje w eterek rozgrzanej, bankowej, żólto-niebieskiej rzeczywistości o powierzchni 30-tu metrów kwadratowych...
Pan-długorzęsy łapie (za każdym razem! mniam!) kontakt wzrokowy z królewną Fjonką, bo choć znudzony/zmęczony/głodny/chuj-wie-co-jeszcze, to Fjonka-królewną-jest i współpraca kończy się obopólnym usatysfakcjonowaniem, jessss ... jeesss!!
I tak sobie Fjona pomyślała, czekając na nieszczęsną kartę bankomatową, że dobrze być atrakcyjnym/ślicznym/urodziwym i seksownym! Że to w życiu czasem (zawsze?) pomaga! Zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta...
I tak sobie pomyślała Fjona, że na tym etapie jej życia, z tymi myślami o sobie i z jej mottem
("z każdym dniem mojego życia rośnie lista osób, które mogą mnie pocałować w dupę!") taka ślicznota-rzęsowo-bankowa też może ją cmoknąć!
I wszystkie inne ślicznoty, którym się wydaje, że ...że co? Że nie muszą się starać, być PROFESJONALNYM, uprzejmym czy miłym bo to TYLKO Ogr?! Więc nie warto?!
W bibliotece, gdzie pracuje Fjona, trzeba się (ZA MARNĄ KASĘ!!!) dużo bardziej nagimnastykować, żeby czytelnik wyszedł zadowolony/zaspokojony!
A z mówienia/odpowiadania do monitora czytelnicy Fjonę szybciutko wyleczyli! Oj, tak!
Dobranoc!
:-)))

17 sty 2009

Wiedźma!

Stara wiedźma a nie Ogr! czyli uważaj co komu życzysz, bo jeszcze się spełni!!!
Robiłam zakupy dla Brata-Zrytego-Bereta (w skrócie będzie BZB).
Kupiłam nie to co trzeba...no to marudził! Cóż, często się to zdarza - pedancik, cholera, się robi z niego. Wymagający pedancik! Zadzwonił, że nie to co kupiłam, nie tej firmy, a on sobie pojechał i kupił, bo to co chciał BYŁO OBOK tego co kupiłam! No tego typu pierdy. Lubi być upierdliwy, a ja mu wybaczam, bo sama se lubię czasempomarudzić...A że przy okazji złośliwy jest - to się psztykamy troszku też. Tak przy okazji i dla żartu - niegroźnie...chyba...
A więc po zakupach zadzwonił, żeby mi oświadczyć, że sam sobie lepsze zakupy zrobił, ponawtykaliśmy sobie złośliwości...tylko, że ja (jak zwykle) przesadziłam! Szedł do dentysty, a ja mu życzyłam (na-dowidzenia)....aż się teraz wstydzę przyznać!! - życzyłam, żeby go bolało jak mu będzie robiła zęba...Nie wiem co we mnie wstąpiło, bo ani tego nie chciałam, ani tak nie myślałam!!! Faakiinszit!!! NIGDY TAK NIE ROBIĘ!!
...Zadzwonił jak wrócił...a jak?!
Ząb pękł przy borowaniu (!!!), a ŻADEN z dwóch zastrzyków przeciwbólowych/znieczulających nie zadziałał! BZB ma teraz kawałek czegoś, co zostało po tej masakrze i na to będzie doklejana koronka czy jakieś inne gówno...jak się uda!
To trzeba mieć niewyparzoną gębę co?! Jasne, On się śmiał, że ukarałam go...ale mnie nadal, kurwa, do śmiechu nie jest!!
Czy ja kiedyś nauczę się trzymać jęzor za zębami?! Czy przestanę pleplać bez sensu i orientu?! Szkoda tylko, że mój "zły urok" (jak się okazuje - umiem go rzucać!) nie działa na moich wrogów! Albo na ludzi, którzy mnie wnerwiają z jakichś powodów...
A gdyby się udało osiągnąć wyższy pułap, wyższy poziom rozwoju??
Taki, żeby DOBRE ŻYCZENIA się spełniały???
Na razie z moimi czarami to do bani jest!
Potrzebuję pilnie korepetycji!!
Harry Potter to ze mnie nie będzie...ani Hermiona...:-(
Nie życzyć nic złego NIKOMU - bo się spełni! Nowa zasada w moim życiu!

A Wy Trzymajcie się ode mnie z daleka!!!

to pisałam ja, wiedźma Fjona




13 sty 2009

Kac-gigant i @...

... w jednym stali domu - kacuś na górze, a @ na dole!
Niestety, jak się okazało w poniedziałek rano, niedziela nie była dobrym dniem na picie, a na mieszanie szczególnie :-(
Powody były dwa - PONIEDZIAŁEK czyli praca i @ wisząca na włosku czyli zmniejszona chłonność na płyny zwłaszcza wysokoprocentowe.
Poniedziałek był ciężki i długi, a także niekomfortowy i bolesny. Ale może to i dobrze, bo nie miałam czasu zastanawiać się nad innymi aspektami szalejącej @ ..., bo nie wyszło, nie udało się...
Zostaje mi jeszcze jedno podejście w tych samych dawkach, a potem hiperstymulacja.
I wiem już, że skoro po zwykłej dawce druga część cyklu jest średnio przyjemna - to po większej dawce będzie bardzo niemiło. A dodatkowym "ułatwieniem" w tym cyklu będzie mój wyjazd do W-wy na egzaminy akurat w czasie starań.
Piknie!
I to by było na tyle.
Biorę się za pisanie-poprawianie pracy zaliczeniowej :-(
No!