Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żłobek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żłobek. Pokaż wszystkie posty

4 lut 2013

I tak źle – i tak niedobrze



Po tak długiej przerwie od żłobka Młody dużo płakał, pisałam już. Opiekunka zasugerowała, żeby dać mu jakąś rzecz, która go uspokaja. Ma podusię, swojego ukochanego "jasia" (którego, zresztą wołał przez dwa dni, zrozpaczony, że nikt nie wie o co mu chodzi) więc w piątek zabrał go ze sobą na salę. Kiedy odbierałam Ogrzyka, wszystko było fajnie, ponoć już nie płakał, tylko, że … Opiekunka otworzyła szeroko drzwi do sali, dzieci właśnie robiły „pociąg” do piosenki „jedzie pociąg z daleka” i świetnie się bawiły, ale nie było między nimi Ogrzyka (chociaż uwielbia zabawy w kółko i wszelkie zabawy z muzyką i tańcem, że o ciuchci nie wspomnę!). Zawołany Szymek wyszedł gdzieś z końca sali. Dzisiaj sytuacja powtórzyła się – dzieci bawiły się na środku, a mój Ogrzyk wyszedł gdzieś z jakiegoś kąta ze swoim ukochanym jasiem. Akurat trafiłam na jedną z jego ulubionych cioć (na szczęście chociaż jedna z nich wróciła), więc nie wytrzymałam i zapytałam, czy się czasem nie izoluje przez tego jaśka. To co usłyszałam rozwaliło mnie. Odkąd ma jasia nic go nie interesuje – nie bawi się ani z dziećmi ani sam, nie interesują go zabawy, tańce, zajęcia, nawet posiłki! Dzisiaj „ciocia” musiała go prawie siłą zaprowadzić na obiad, żeby zjadł cokolwiek. Dodała jeszcze, że bardzo się zmienił po tej ostatniej nieobecności, że dawniej lubił się bawić ze wszystkimi, zaczepiał dzieci, bawił się zabawkami i chętnie dawał się wciągać we wspólne zajęcia. Teraz nic go nie interesuje. No, i jak się tu nie załamać?!
Jutro robimy eksperyment i wracamy do sytuacji, że jasiek zostaje w szafce w szatni (na wszelki wypadek). Nic innego nie przychodzi nam na razie do głowy. Zobaczymy co będzie się działo.

1 lut 2013

Żyję

I chyba już czas odkurzyć bloga, pajęczyny pozdejmować, wreszcie coś skrobnąć w tym nowym roku. Tak, Aniu, mamo T. masz rację - Wielkanoc za rogiem… ;-)
Co do postanowień noworocznych mam jedno – być lepszą matką! Bo kiepsko mi idzie i mam tego pełną świadomość.  :-(
Postanowiłam sobie, po pierwsze, nie wrzeszczeć na Ogrzyka. Któregoś razu naczytałam się w necie o krzywdzie jaką robią dziecku nasze wrzaski, oraz mądrych rad jak tego nie robić i wróciłam do domu pełna dobrych chęci. I zapału. Umiem, chcę, potrafię!
Wytrzymałam… do wieczornej kąpieli.
Myję Ogrzyka (bo teraz on decyduje kto, co i kiedy!), a Mały ma tyle ciekawych zajęć podczas kąpieli – myje kafelki, zalewa podłogę wodą z prysznica, robi porządek w moich szamponach, żelach i innych buteleczkach stojących na półce przy wannie „mama, to nie tu! To tu, a to fe!” (i wrzuca na przykład mój balsam do zlewu). W pewnym momencie Młody ciągnie za sznurek suszarki (mama a to to?). Jeden z prętów suszarki spada (mało nie uderza go w głowę) a przy okazji spada do wanny wysuszona zawartość.
Podnoszę głos - Co robisz?! I jak mam na Ciebie nie krzyczeć?! Może mi powiesz bo ja nie wiem!
I słyszę małego mądrali spokojną odpowiedź – Teś niemiem. ;-)

Jak uśpić mojego Ogrzyka? Chrapać lub udawać chrapanie! Mój Szreku jest Miszczem usypiania, jak łatwo się domyśleć. Tyle, że on nie musi tego chrapania udawać! Zasypia pierwszy i daje dobry przykład. :-)

Znowu kołowrót - my w pracy, a Młody pierwszy raz po trzytygodniowej przerwie w żłobku. Zobaczymy jak będzie i ile dni wytrzyma (bez choroby). W styczniu chodził całe trzy dni! Czwartego miał już katar, a za chwilę gorączkę. Najgorsze, że po każdej przerwie musi przyzwyczajać się od nowa, a do tego zmieniły mu się „ciocie” (urlop? choroba?) i kilka dzieciaków jest nowych (w tym jeden straszny agresor i łobuziak o słodkim imieniu Mateuszek. Widziałam go w akcji w szatni jak atakował kolegę. Nie wiem czy to temperament czy niektóre dzieci tak mają). Tak więc wróciliśmy do punktu wyjścia, do ryków i płaczu porannego, do błagalnego: ”mama ja TU!” (czyli, że chce zostać w domu) i „ja nie do cioci Asi”(każda ciocia w żłobku to dla Małego „Asia”). Chociaż przy odbieraniu go ze żłobka jest już oki, jest zadowolony i ożywiony.  I napiszę to, choć zabrzmi okropnie – Młody zasypia cudownie szybko i wcześnie, kiedy chodzi do żłobka! Pada już przed 20-tą. ;-)

A ja jestem dzikusem bez energii. Mam chyba jakąś depresję. Bo żadna chandra, ani dół nie trwają tak długo. Może to hormony? Albo SKS (starość, qwa, starość)? Walczę ze sobą, swoją płaczliwością i rozmemłaniem, bezsilnością i słabością, ale na razie przegrywam. Najgorsze jest, że – tak jak mój syn ma obniżoną odporność na wszelkie bakcyle – ja mam znacznie obniżoną odporność na wszelkie trudności i złośliwości jakie mnie spotykają. Szreku stuka się w głowę i nie może zrozumieć, po co się tym wszystkim aż tak przejmuję. Ja też, w sumie, nie rozumiem i chyba właśnie na tym polega problem. Jak to było w Seksmisji? „Zdrowy organizm żyje i działa, dopiero chory zastanawia się nad sobą”. Coś w tym jest.
Jeszcze powalczę. Może pogoda się zmieni na jaśniejszą i będzie lepiej? Jeśli nie, poszukam pomocy u lekarza. Bo nie chcę tak żyć. Muszę być w formie. Psychicznej zwłaszcza. Dla Ogrzyka! Nie może mieć takiej matki. Mam być dla Niego wsparciem!
Na razie, doraźnie, pomogły ciepłe słowa pocieszenia i rękaw do wypłakania (dzięki Kobieto!). Wytarłam łzy, chcę wierzyć, że nie jest tak źle, jak myślę i nie jestem największą ciapą we Wszechświecie, a to co uwiera – jakoś się ułoży. Oby!
I powtarzam sobie cichutko/nieśmiało – „bo twardym trzeba być…”    

Z ostatniej chwili. Ogrzyk został ugryziony w żłobku przez inne dziecko. Opiekunka zameldowała przy odbiorze Szymka. Ma "pięknie" odciśniętą całą malutką szczękę. Przez chwilkę mnie to nawet rozbawiło, ale potem przyszła refleksja… Szymek, nie jest agresywny, co nie zmienia faktu, że był już (i zapewne będzie, niestety) atakowany przez bardziej agresywne dzieci. Panikować? Szreku, oczywiście, ma już wyjście z sytuacji: będzie uczył Ogrzyka się bronić (prawie chciał go zapisać na krav magę haha!). Wyśmiałam go i przypomniałam, że Ogrzyk ma dopiero 3 lata i nie ma co uczyć go agresji! Ale, nie ukrywam, lecę na googla poszukać, poczytać, co robić, jak pomóc, jak się zachowywać.
Dżizaas, jak ja NIC nie wiem o życiu!      

9 gru 2012

Sajmon i …


- i żłobek – chyba mu nie służy. Ze względów zdrowotnych, ale emocjonalnych trochę też. Płacze (lub marudzi - zależy kto go odprowadza) kiedy idzie do żłobka, popłakuje raz czy dwa razy w trakcie dnia, choć potem trudno go stamtąd wyszarpnąć. Biega po korytarzu, wspina się na piętro - szaleje. Panie go bardzo lubią, bo jest grzeczny i sam sobie organizuje czas wolny od wspólnych zajęć. Tylko co z tego, skoro jest w tym żłobku trzy do sześciu dni na miesiąc?! No, i trochę zmienił się pod wpływem (szoku) rozłąki i innych dzieci. Nauczył się wymuszać wszystko krzykiem i histerycznym płaczem (chociaż to pewnie taki etap), chce decydować co ubierze, co będzie jadł, kto go będzie usypiał, mył, karmił, w ogóle daje do zrozumienia, że on fam! (sam), panikuje kiedy mu znikam w pokoju obok, zrobił się przylepą-pieszczochem i najchętniej spędzałby czas w naszych ramionach, chce rządzić! Albo będzie tak jak on chce, albo wcale.
- i elektronika - uwielbia miłością absolutną! radio, Tv, każdy sprzęt grający i oczywiście telefony! Niestety, nie umiemy go oduczyć dotykania przedłużaczy i listew, czyli sprzętu bezpośrednio podłączonego do kontaktu. Nic nie pomaga - tłumaczenie, czytanie książeczek, krzyki i dawanie po łapach, nic! A wracając do telefonów - u Szreka w telefonie (dotykowy) potrafi nie tylko obejrzeć sobie zdjęcia czy nagrane filmiki, ale także wejść w youtube i wyszukać bajki typu Reksio, Pat i Mat (Sąsiedzi) czy Tomek i przyjaciele. Ostatnio też się bawił telefonem. Ja byłam już w pracy, a Szreku się szykował. W pewnym momencie Szreku zauważył, że Młody wystukuje ciąg jakichś cyferek, ale się nie przejął, bo tak długiego numeru nie połączy z żadnym abonentem przecież... Po chwili zadzwonił telefon. Szreku odebrał i usłyszał – „Tu pogotowie! Zadzwoniło do nas dziecko, rozumiem, że jest zostawione bez opieki więc wysyłam karetkę i policję!” Na szczęście nie wysłał, ale Szreku dostał zjebki (zasłużone absolutnie, chociaż on sam uważa inaczej) i ma nauczkę, że Młody jest nieobliczalny.
- i muzyka - ostatnio hit absolutny "Gangnam style". Kiedy Sajmon tylko toto usłyszy, przerywa każdą zabawę, porzuca zabawki i zaczyna tańczyć. A ostatnio nawet próbuje śpiewać - najlepiej wychodzi mu "hej!"
- i kota – skomplikowany związek, szorstka czułość podszyta zazdrością. O nas oczywiście. Potrafi być dla niej niemiły, próbuje ją kopnąć, gania ją i krzyczy przy niej wymachując rękami (kota nie lubi tego, więc ucieka), ale z drugiej strony pilnuje, żeby dać jej jeść (citek miau! jeśś jeśś), a najchętniej sam próbuje ją karmić. Kota, jak się zapomni, ociera się o niego i coraz mniej daje mu po łapach. Zresztą Sajmonek jest i tak przygotowany i w bliższych z Kiką kontaktach chowa dłonie pod pachy, tak na wszelki wypadek, o!
- i mowa - czyli, cytując Słowackiego: „…aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa…” – wiele, wiele nowości w temacie! Nareszcie! I chcemy więcej. Chociaż już teraz (dla mnie!) Sajmonkowe gadanie jest zrozumiałe i oczywiste. Jedziemy autem, ja prowadzę, Sajmon z tyłu w foteliku. Słyszę zza pleców: „mama, a to to?” Ale co? – pytam „to! To to?” I tak całą drogę! A dalej – fam (sam), juf (już), dziuja (dziura), kedy baba bedzie tu? Niektóre wyrazy (czasem całe zdania!) wyskakują z niego ot, tak - jakby od niechcenia, jakby TAM gdzieś były i czekały sobie na wywołanie. Ale generalnie są to ciągle pojedyncze wyrazy i ciągle preferuje swoją mowę...
- i choroby - sporo tego było od września. I za każdym razem (poza jednym przypadkiem!) brał antybiotyk. Jak pisałam, wracał do żłobka na trzy dni i zaczynało się od nowa. Niestety, nasza doktorka leczy wszystko (od kataru po wirusy) antybiotykami, a ja nie jestem aż tak odważna czy doświadczona, żeby ryzykować samodzielne leczenie domowymi sposobami. Efekt był taki, że ostatnia choroba była bardzo ciężka, z wysoką gorączką (ponad 39,5), której nie dawało się zbić przez kilka dni. Młody bardzo był cienki, gorączka zamieniała go w piszczącego i jęczącego biedaczka, odmawiał przyjmowania leków i picia, a ja panikowałam, bo nie wiedziałam czy to wszystko nie skończy się czasem w szpitalu. Tym razem to ja siedziałam z nim w domu. Babcia nie dałaby rady, a w końcu dziecko jest ważniejsze niż atmosfera w pracy (bo kierownica się wyraźnie na mnie obraziła, że ją ze wszystkim zostawiłam samą. Ojej! Masakra!). Nawet doktorka zaniepokoiła się i skierowała go na badania krwi. Na szczęście wszystko w normie, ale zadecydowałam, że teraz zostanie do końca roku w domu. Niech odpocznie od bakcyli i leków. A w nowym roku - zobaczymy. Chciałabym, żeby wrócił do żłobka, bo i tak nie ma innego wyjścia i do przedszkola będzie musiał iść. Z drugiej strony, chciałabym, żeby posiedział w domu – z dala od bakcyli/wirusów/antybiotyków… Ale to zależy od babci – mojej mamy. A tu jest problem, bo z moją mamą jest źle… Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, tak jest! Symptomy przemawiają nawet do takiego ignoranta jak ja i wiem, że jest bardzo, bardzo źle! No, i moje sny… można się śmiać, ale są bardzo złowieszcze, wiem to i czuję.
Tak czy owak, jest jak jest i oby jak najdłużej nie było gorzej!

13 wrz 2012

Ciężkie jest życie bez neta!

Jest to szczególnie frustrujące, kiedy się mieszka pod jednym dachem z informatykiem, gad demyt! Cały tydzień czekałam na naprawę, ale jak wiadomo szewc bez butów i pod latarnią najciemniej! Udało się! Naklikał, postękał, pomyślał, podrapał się po głowie i ...naprawił! "Maj hiroł!", że zacytuję Kobietę ;-)
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!

Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć? 
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))

Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi. 
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!

3 wrz 2012

Przeżyć żłobek i nie zwariować

... czyli Fjona-cienki Bolek.

Pierwsze koty za płoty! To dzisiaj był debiut żłobkowy. Ależ to zleciało!
Ogrzyk, zgodnie ze swoim przekornym charakterkiem, dzisiaj nie chciał nawet zbliżyć się do schodów żłobka. Chociaż (odkąd sam chodzi) za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy, wdrapywał się na nie ochoczo i nie dał się zabrać. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, a wszelkie formalności zostały zakończone – nadejszła wiekopomna chwila: wejście na salę.
I proszsz!
Pooszedł! Prosto do zabawkowej kuchni, bo szafki miały drzwiczki i do tego talerzyki, widelczyki i malunie filiżaneczki. Można było otwierać i zamykać, wyjmować i układać, a potem wkładać z powrotem do szafeczki i zamykać drzwi, znowu i znowu. Nie widział mnie! Dobry start, obiecujący. W ramach eksperymentu zostałam nawet poproszona o wyjście na korytarz, niech się oswaja, że mnie nie ma w zasięgu wzroku. Minęło ok. 15-20 minut. W tym czasie dookoła panował taki harmider, że głowa pękała w szwach. Rodzice przyprowadzali kolejne dzieci, wchodzili, wychodzili, wracali, panie wychodziły i każdemu po kolei tłumaczyły co i jak… Ja tylko łapałam kontakt wzrokowy z opiekunkami i pytałam jak tam. Było oki. I w pewnym momencie usłyszałam płacz, który szybko przeszedł w krzyk. Nie, to nie Ogrzyk. Ale do malucha dołączyły jeszcze ze dwa, potem trzy głosy, a gdy kolejny raz drzwi się otworzyły widziałam Ogrzyka jak biegnie w stronę drzwi z wyraźną „podkówką” na buzi i z okrzykiem „mama!”. Potem pytałam pani, kiedy zaczął płakać, powiedziała, że przestraszył się krzyku jednego z chłopców (faktycznie piszczał tak, że uszy bolały!). W każdym razie Szymuś rozkręcił się i rozżalił na maksa. Pani zasugerowała, że może na dzisiaj wystarczy i mogę go zabrać. Bardzo chętnie, bo hałas mnie zmasakrował, a emocjonalnie byłam bliska dołączenia do ryku mojego synka. Zwłaszcza, że w Sali płakało już z siedmioro dzieciaczków. Tylko, że Ogrzyk z Sali wyszedł, ale ze żłobka wyprowadzić się nie dał! I tak staliśmy na korytarzu, on ryczał, ja pytałam gdzie chce iść, a on nie mógł się zdecydować. W końcu drzwi do Sali otworzyły się po raz pierdylion siedemdziesiąty dziewiąty, a wtedy Szymek zwyczajnie wszedł do środka (nie przestając ryczeć). I stał tam taki rozdarty, niezdecydowany i nieszczęśliwy, bo „jego” kuchnia była zajęta! I z tej frustracji zaczął nawet rzucać plastikowymi talerzami o podłogę…   A ponieważ nie bardzo chciał się uspokoić, a jakaś dziewczynka, która podeszła do niego po chwili też się rozpłakała – dałam za wygraną. Wyszliśmy. On cały spocony od płaczu, z zaparowanymi okularkami, z gilami do pasa i ja mokra, spięta i z histerią gotową za zakrętem. Jeszcze na zewnątrz dwa razy mi się wyrywał i biegiem wracał do żłobka…
A potem, w domu, kiedy przyszła babcia i zajęła się małym diabełkiem, mama (czytaj: stara i głupia Fjona) opowiedziała wszystko Szrekowi, zalewając siebie i telefon rzęsistymi łzami. Tak się rozkręciłam, że kiedy zadzwonił mój brat (też ciekawy jak tam debiucik Szymka), wystraszyłam go nie na żarty, bo nie mogłam wydusić słowa. No, waryjatka jakaś!
Ech, menopauza już coraz bliżej, nie ma to tamto!
A teraz siedzę przy laktopie, nie mam sił i ochoty na robienie czegokolwiek, a Ogrzyk śpi i co jakiś czas mówi coś przez sen! Przeżywa.
Jutro podejście drugie. Jedno, co mi się nie podoba, to bardzo duża grupa – doliczyłam się ok. 26 dzieciaczków! Młodsze grupy są mniej liczne. Cóż, nic się na to nie poradzi. I tak wiele dzieci jest jeszcze na listach rezerwowych.

A dzisiaj nasza siódma rocznica ślubu (wełniana lub miedziana). Nawet nie wiem czy to jakoś uczcimy… Teraz czuję się emocjonalnie wypompowana. Może do wieczora mi przejdzie, podładuję trochę akumulator i nabiorę ochoty na cokolwiek?

Psst: wielkie dzięki za wsparcie, kciuki i rękaw do wypłakania użyczony przez pewną Kobietę. ;-))