Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

1 lut 2012

Nie wierzę w życie pozaradiowe - M. Niedźwiecki

(fot. z www.merlin.pl)


Książkę Niedźwieckiego przeczytałam szybko (jak na moje możliwości ostatnio, wręcz błyskawicznie).
Ale z tą książką inaczej się nie da!
Marek Niedźwiecki to postać (a raczej głos) dla mnie szczególna. Wychowałam się na Liście Przebojów programu 3-go. Z wypiekami na twarzy czekałam na kolejne notowania, nagrywałam na kaseciaka ulubione kawałki (które potem przesłuchiwałam ciągle i w kółko, aż do zdarcia taśmy).
Kiedy dostałam książkę Niedźwieckiego w prezencie urodzinowym (a dosłownie kilka godzin wcześniej mówiłam Szrekowi: „Patrz Szreku, Niedźwiecki pisze! Ależ chciałabym poczytać!”) myślałam, że zaśpiewam-zatańczę na stole (w pubie byłyśmy), wydam z siebie ogrze radosne wycie! I jak zwykle nie mogłam się opanować, żeby nie zajrzeć, nie przeczytać chociaż akapitu, nie powąchać kartek… (a to już mój wstydliwy problem*). Nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła poczytać, co ma do opowiedzenia idol mojej młodości.
Zadziwiający dla mnie był fakt, że czytałam ją cały czas słysząc głos Niedźwieckiego w tyle głowy. Bo uwielbia(ła)m ten głos – niski, melodyjny, ciepły, spokojny, przyjemny dla ucha. I taka też jest książka – miła, ciepła, spokojna. Pod tym względem nie rozczarowała mnie, ani nie zaskoczyła.
Jest to opowieść człowieka inteligentnego, mądrego (tak! dla mnie to jest różnica), wrażliwego, zrównoważonego, nieśmiałego. Miło było czytać o jego życiu, marzeniach, planach, podróżach, miło było (czasem nawet zabawnie) oglądać fotki z wczesnej młodości. Czyta się tą książkę, jakby się słuchało zwierzeń bliskiego znajomego. Taka miła rozmowa przy winku, miłej dla ucha muzyce z miłą osobą. (nie za dużo tego „miło”?)
Wady? O, tak, są! Pierwsza i największa – książka jest za krótka! Właśnie, kiedy się rozkręciłam i chciałam jeszcze, pan Marek powiedział mi „the end” i „good bay” to było bolesne!
Stanowczo zamiast 165 stron (w tym sporo odchodzi na zdjęcia) książka powinna mieć ze 250! Albo i więcej. Dlaczego osoby, które mają coś ciekawego do powiedzenia są takie oszczędne w słowach, a ludzie, którzy powinni milczeć – nawijają (piszą) jak opętani?? I wydają książkę za książką?! Zgroza!
A druga wada to … nadmierna dyskrecja. Dziwnie to zabrzmi, ale nic na to nie poradzę. W dzisiejszych czasach, kiedy znani ludzie (znani z tego, że są znani) pojawiają się w TV, w gazetkach (pisownia celowa), dają się sfotografować wszędzie i w każdej sytuacji, udzielają wywiadów, wywalają bebechy i życie intymne, ktoś tak oszczędny i dyskretny jak Niedźwiecki jest ewenementem. I chociaż kiedyś bardzo interesowało mnie czemu jest sam, dzisiaj wystarcza mi stwierdzenie, że nie wie już czy to on wybrał samotność czy to ona wybrała jego. Poza tym, kto wytrzymałby w związku, z taką konkurentką? Z miłością życia i największą pasją – muzyką?! No, i czy Niedźwiedź byłby tak dobry, gdyby w jego życiu było miejsce na inną miłość?
Podsumowując – książka bardzo dobrze się czyta, ale zostawia niedosyt.
Panie Marku, proszę o ciąg dalszy!

* O moim wstydliwym problemie … mam TO od dziecka. Mój zmysł węchu jest najbardziej rozwiniętym zmysłem. Od dziecka mam kłopotliwą przypadłość wąchania. Ale to WĄCHANIA dosłownie wszystkiego, a szczególnie książek. Teraz-obecnie, bo w dzieciństwie wąchałam wszystko – ciuchy, zabawki i inne takie i w zależności od zapachu, akceptowałam lub NIE! Ale to temat na inną, zupełnie inną notkę ;-) bo ten problem mam do dzisiaj…

23 sie 2009

PATROL ZMROKU po raz trzeci.

Przez urlop i wyjazd zapomniałam "wrzucić" kolejną recenzję książki Łukjanienki. Ale może to świadczy o tym, że nie była aż tak porywająca jak dwie poprzednie?
Nadrabiam zaległości...

Patrol Zmroku czyli kolejna część cyklu Łukjanienki.
Książka podzielona (jak zwykle) na trzy części/opowieści, które łączy motyw mitycznej księgi Fuaran (podobno zawierała ona zaklęcie pozwalające uczynić ze zwykłego człowieka Innego).
Pierwsza historia opowiada o odnalezionym po latach synu Hesera i Olgi, który został inicjowany przez Innego. Czyżby ktoś z Innych odnalazł księgę Fuaran i przemienił człowieka w Innego?
Druga, najciekawsza opowieść rozgrywa się na wsi, w której spędzają urlop Anton ze Swietłaną i ich córeczką, Nadią.
Tą opowieść połknęłam jednym tchem.
Zaczyna się spacerem dwójki dzieci po lesie. Dzieci zabłądziły (niczym w bajce o Jasiu i Małgosi) coraz dalej i dalej zagłębiając się w las. Co gorsze, w pewnym momencie idzie za nimi wielki szary wilk, który wyraźnie straszy dzieci i spycha coraz głębiej w sobie tylko znanym kierunku, coraz dalej od właściwej ścieżki. Aż zagania dzieci do krzaków, przy których bawią się małe wilczki...i nie po to, żeby dzieci się pobawiły z wilczkami...
W ostatniej chwili pojawia się znikąd piękna, młoda, czarnowłosa kobieta, która przepędza wilki, a dzieci zaprasza do swojej chatki w głębi lasu... Sprawę kobiety mieszkającej w lesie, która uratowała dzieci sprawdza Anton. Szybko okazuje się, że Arina (wiedźma z lasu) nie jest zarejestrowana, a interesują się nią nie tylko oba Patrole ale także Inkwizycja.
Czy Arina ma u siebie księgę? Co ukrywa? Czemu zniknęła i ukryła się w lesie na ponad 50 lat?
W trzeciej części okazuje się, że ktoś z Innych ukradł księgę Fuaran i zamierza przemieniać zwykłych ludzi w Innych. Anton, Inkwizytor Edgar oraz wyższy wampir, Kostia ruszają w pościg za zbiegiem. Tę część czyta się jak typową książkę sensacyjną z pościgiem, zagadką, w końcu z walkami wręcz. Z tą różnicą, że udział w niej biorą Inni z całym arsenałem swoich sztuczek.
Kto okaże się złodziejem i zdrajcą? Jak i czym to się skończy?

Nie zatrzymuję się dłużej na treści tej części bo wolę skomentować całość.
Książka jest, niestety, słabsza od dwóch pierwszych Patroli. Gdyby nie historia z czarownicą Ariną - obawiam się, że znudziłaby mnie.
Chociaż, nareszcie, głównym bohaterem wszystkich trzech opowieści jest Anton - mój ulubiony bohater Patroli - który jest teraz mężem Swietłany, no i ojcem dwulatki, która w przyszłości będzie Największą Czarodziejką, Najpotężniejszą Inną, Jasną.
Swietłana odeszła z Patrolu, ale ciągle wyczuwa kiedy niebezpieczeństwo zagraża jej najbliższym, a jej umiejętności i Moc nie słabną.
Anton natomiast wolno rośnie w siłę. Rosną także jego wątpliwości, mnożą się pytania co do sensu działań obu Patroli, co do moralnej strony działalności Hesera (jego przywódcy), co do uczciwości i bezinteresowności Wielkich Jasnych...
To właśnie Anton, ze swoimi wątpliwościami, pytaniami bez odpowiedzi, rozterkami i słabościami - jest najciekawszą postacią, podporą akcji, to on ratuje Patrol Zmroku.
Jest taki ludzki w swojej Inności i wielkości. Jest taki inny wśród Innych. Oryginalny i niepowtarzalny.
A najbardziej u Antona lubię jego Świadomość - świadomość własnych ograniczeń i słabości, które ciągle przezwycięża, świadomość nieczystych zagrań i manipulacji przywódców obu Patroli, które dostrzega i nie obawia się komentować, świadomość trudnych pytań, na które nikt nie ma prostych i jednoznacznych odpowiedzi. To jest w Antonie wspaniałe! To czyni go bardzo interesującym człowiekiem, wiarygodnym i prawdziwym do bólu! Antona odbieram jak osobę istniejącą w realu. Bo trudno uwierzyć, że ktoś taki nie istnieje...
A poza tym?
Swietłana nareszcie robi się bardziej konkretna, ostra, mniej w niej mimozy, a więcej kotki, która potrafi pokazać pazury. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi bezpieczeństwo jej najbliższych.
Zawulon i Heser jak zwykle manipulują, kombinują i stosują wobec siebie różne sztuczki. Rozgrywają swoistą grę, niczym szachiści wyprzedzając posunięcia przeciwnika o kilka ruchów na przód. Nie gram w szachy, nie lubię manipulacji i podstępów, ani wykorzystywania innych do swoich celów więc ta część książki nie bierze mnie absolutnie. A co więcej - nudzi! Mój móżdżek jest za mały, a ja jestem za prostolinijna, żeby takie manipulacje i dziwne zagrywki budziły moje zainteresowanie czy zachwyt.
Nie!
Gdyby nie Anton i wątek wiedźmy Ariny książka by mnie znudziła.
W skali od 0 do 5 moja ocena to tylko 3,5!

2 lip 2009

Dzienny Patrol


Przeczytałam!!! Wreszcie!


Tym razem akcję śledzimy oczami bohaterów Dziennego Patrolu. Główną bohaterką pierwszej części książki jest Alicja, ciemna wiedźma, która po walce
z Nocnym Patrolem traci moc. Zostaje wysłana na obóz młodzieżowy w celu „podładowania akumulatorów”.
Spotyka tam Niesamowicie-Interesującego-Opiekuna chłopców, Igora,...
a zainteresowanie szybko przeradza się w pożądanie i w miłość. Albo w miłość pełną pożądania – jak kto woli. Po raz pierwszy w swym życiu poznała TO uczucie. Po raz pierwszy pokochała prawdziwie...Niestety, okazuje się, że obiekt westchnień to Inny, a co gorsze jasny mag...i dramat gotowy! Dla obojga!

Nie chcę pisać za dużo o treści, bo szkoda ujawniać zbyt wiele. Trzeba przeczytać i przeżyć. Dla mnie drugie spotkanie z Łukjanienką i „Patrolami” było smakowite, pełne silnych, rozedrganych emocji, zawiłych gierek szefów patroli, ale...
Za mało było – STANOWCZO – Antona. No, mam na Jego punkcie bzika, terudno! To moja ulubiona postać! Chociaż część książki poświęcona historii Alicji i Igora – była gorąca, prawdziwa, poruszająca – to ja i tak, cały czas, czekałam na Niego. A poza tym? Tym razem rozgrywka między patrolami, a raczej ich szefami, bardziej przypomina trudną partię szachów. Zresztą dużo jest nawet określeń związanych z szachami. Dla mnie – laika – totalna czarna magia. A jeszcze te wszystkie manipulacje, przewidywanie ruchów przeciwnika na kilka na przód... W tego typu rozgrywkach jestem cienka jak barszczyk. Ale nie ważne.
Generalnie (i krótko) – kolejna część, trochę mniej dynamiczna, ale nie rozczarowuje! Wręcz przeciwnie – poznajemy nowe postacie, nowe odcienie Dobra i Zła, obyczaje i układziki panujące w Dziennym Patrolu. I dla Antona, na końcu bo na końcu, ale ważne, że w ogóle – znalazła się rola, zadanie do wypełnienia. Co, jak zwykle, uczynił tak jak trzeba, z charakterystycznymi dla siebie pytaniami i WĄTPLIWOŚCIAMI. Akcja się rozkręca, kończy w ciekawym momencie, daje obietnicę dalszych interesujących przygód i potyczek patroli. Jedno, co muszę zaznaczyć z odrobiną rozczarowania – bohaterka Dziennego Patrolu, wiedźma Alicja, jest trochę bardziej wyrazista, krwista (i nie mam tu na myśli wampirzycy!), ciekawsza charakternie. W Nocnym Patrolu, natomiast, Tygrysek znika (wielka szkoda!!), Olgi-sowy jakby mniej, a Swietłana jest bezbarwna...i nudnawa! No, tak jest! Kolejną bohaterką, którą poznajemy trochę lepiej jest Moskwa. Wiem, że to „tylko” fantasy, ale Łukjanienko „sprzedaje” przy okazji dużo detali z życia współczesnej Moskwy i jej mieszkańców. Kolejny smaczek książki. Rosja widziana oczami fantasty! ;-)
Zaczęłam „Patrol Zmroku”....
Ech, obronię się i wreszcie pójdę na całość ;-)) Jeszcze troszkę!

21 kwi 2009

NOCNY PATROL - Siergiej Łukjanienko

Wreszcie! Udało się wyszarpnąć trochę czasu (kosztem snu ;-)) i dokończyć książkę.
Film był świetny, bardzo sumiennie i z detalami podano treść książki z zachowaniem jej ducha i klimatu, ale sama książka - rewelacja! Film pomógł mi zrozumieć pewne rzeczy, zobaczyć je i łatwiej wyobrazić sobie na przykład wchodzenie w Zmrok i świat widziany z jego perspektywy.
A o czym jest książka?
cytat za: książki.wp.pl:
"Współczesna Moskwa. Trwa tysiącletni rozejm między siłami Ciemności i Światła. W ramach Wielkiego Traktatu każda ze stron powołała do życia organa stojące na straży porządku. Tytułowy Nocny Patrol obserwuje poczynania sił Ciemności, by działały one zgodnie z traktatem. W ten sam sposób pracuje Dzienny Patrol, pilnujący, by dobro nie rozprzestrzeniało się na świecie. Rozejm zostanie utrzymany, póki któraś ze stron nie obejmie znaczącej przewagi lub nie złamie warunków porozumienia.
W sam środek wojny wrzucony zostaje świeżo upieczony strażnik Nocnego Patrolu - Anton. Nie zdaje sobie sprawy, że jego udział będzie znaczący w końcowym rozrachunku między siłami Ciemności i Światła.
Akcja książki rozgrywa się we współczesnej Moskwie. Siły Ciemności żyją w świecie Zmroku, pełnym wilkołaków, wampirów i czarodziejów. Inni posiedli zdolność przemieszczania się między światami, żyją obok nas, kupują w tych samych sklepach. Anton będzie musiał zadać sobie pytanie, czy aby na pewno stoi po właściwej stronie? Czy przeznaczenie można zmienić? Czy warto poświęcić miłość w imię wielkiej sprawy?."

Co mnie szczególnie uderzyło, to sposób napisania tej opowieści. Nie wiem na ile Łukjanience pomogła w tworzeniu bohaterów znajomość psychologii, a nawet psychiatrii (bo z zawodu jest - a raczej był, bo wybrał pisanie - psychiatrą) ale zrobił to świetnie i bardzo realistycznie.
Dodatkowo Anton, główny bohater, jest prawdziwym atutem książki!
W filmie był bardziej urzędnikiem, sympatycznym ale chłodnym, a pewnych jego zachowań nie mogłam zrozumieć. Na tym polega przewaga książki, że można wszystko lepiej opisać.
W książce Anton jest dużo sympatyczniejszy, łatwiej zrozumieć jego dylematy i wątpliwości, jest taki prawdziwy w tym swoim ciągłym z siebie niezadowoleniu, w tej swojej niedoskonałości, w pytaniach o sens ich (Patrolu) walki, o siłę/słabość ich prawdy...
Książka napisana świetnie i świetnie przetłumaczona, a to bardzo ważne!
Ma mroczny klimat, bardzo specyficzny, wciągającą akcję i ciekawych bohaterów.
Doskonale się czyta.
Ma w sobie to COŚ, co ciągnie i wzywa niczym zew wampirów ;-)
Nie czepiam się nawet filozofowania, które w dwóch czy trzech momentach trochę się dłużyło ;-)
Pomimo mrocznych klimatów, czyta się dobrze nawet w psychicznych "dołkach" lub mega-chandrze!
Powiem więcej, moje obecne nastroje rewelacyjnie pasowały mi do czytania tej książki. A może to ona pasowała mi do nastroju? ;-)
P O L E C A M!





15 mar 2009

Kłamca 3. Ochłap sztandaru.


Kłamca 3 - Jakub Ćwiek

Zacznę tak: hmmm.
Autor ten sam, bohater ten sam, język, styl i poczucie humoru - te same, ale...
Po raz trzeci Anioł Loki, pierwszy cyngiel skrzydlatych, Bóg Kłamstwa, "czyściciel" i mistrz od czarnej roboty ma do wykonania niewykonalną misję.
Tym razem to nie żarty tylko Apokalipsa. Gwiazda Zaranna czyli najważniejszy z Upadłych Aniołów - Lucyfer, wypowiada wojnę Aniołom. A w małym irlandzkim miasteczku, w rodzinie bardzo bogobojnych katolików rodzi się dziecko...a raczej Antychryst. Nieszczęścia chadzają parami.
Kłamca ma za zadanie "załatwić" problem w zarodku, a raczej w kołysce. Tyle tylko, że elfy podmieniają dziecko (?) a Loki musi je odnaleźć.
Diabły, Anioły, starzy i nowi bohaterowie, szybka, wartka akcja ocierająca się o horror (zombie i tego typu potworki) i tylko cały czas czułam niedosyt! Mało było Lokiego w tym wszystkim, a za dużo innych bohaterów i innych wątków. A akurat Loki ze swoim charakterkiem i poczuciem humoru jest dla mnie głównym atutem książki. Bohater spod ciemnej gwiazdy mający na sumieniu przeróżne mroczne tajemnice i sprawki...
A do tego okazuje się, że akcja kończy się w takim momencie, że MUSI być kolejna część. Oczywiście, ją też przeczytam, bo teraz jestem już bardzo ciekawa jak to się skończy. Bo chyba się skończy? Ale trzecia część - niestety - rozczarowała mnie. Trudno oczekiwać, że po TAKIEJ pierwszej części pozostałe utrzymają się na równie wysokim poziomie, ale ja naiwnie sądziłam, że tak!
Stąd moje: "hmmm"
Moja ocena - 3 na 5...tylko.



No, to teraz Łukjanienko!
Oczywiście w przerwach pisania pracy mgr!!! ;-)))

22 lut 2009

Kiedy książka wprawia w dygot!


Praca.
Opracowywałam książkę z nowego zakupu... Niedozwolone i na ogół nie robię tak...ale (Ćsiii! i Psyt!)... przeczytałam kawałek tekstu...kawałeczek!...
i wciągnęło mnie!
Chociaż nie lubię takich tematów.
I, jak wciągnęło, tak trzymało krótko za twarz (nie napiszę mocniej!) dopóki nie skończyłam.
Czegoś takiego dawno nie przeżyłam!
Terroryzm, a konkretnie tragedia w szkole w Biesłanie.
"Czarne wdowy" McCutcheon opisuje je [wydarzenia z Biesłanu] ze wszystkimi budzącymi grozę, bolesnymi detalami. Błyskotliwie skonstruowana fabuła prowadzi czytelnika przez te traumatyczne wydarzenia. Ten trzymający w napięciu dramat psychologiczny został napisany z wielką wrażliwością i współczuciem. "Sunday Telegraph"

"Nie przeżyliśmy Biesłanu. Nie jesteśmy już tymi ludźmi, którymi byliśmy przed 1 września. Jesteśmy inni. Głęboko w nas tkwi dziedzictwo tych trzech dni jak odłamki szrapnela, których nie można usunąć; stało się częścią naszej tożsamości. My jesteśmy Biesłanem" (cytat z książki).

Sandy McCutcheon wykorzystał tragiczne, autentyczne zdarzenie i rozwinął je w fascynujący scenariusz typu: "co by było, gdyby"- w którym zatarła się granica między faktami a fikcją. Bezsilne uczucie wściekłości, którego doświadczają wszystkie ofiary terroryzmu, znalazło swe ujście w "Czarnych wdowach" jako zapis dokładnie zaplanowanej i wykonanej zemsty..."*

"Czarne wdowy" (autor: Sandy McCutcheon) to zbeletryzowana fikcja (fikcja! nie fikcja?!) oparta na faktach... to historia sześciu nauczycielek, które "przeżyły" Biesłan. Specjalnie piszę właśnie tak! Bo inaczej nie ma sensu! Bo czy One żyją po tym co przeżyły?
01 września 2004.
Atak terrorystów na szkołę pełną dzieci, rodziców, nauczycieli. Ponad 1300 osób! (oficjalne dane rosyjskiej TV - ok 300 osób!)
Trzy dni tragedii.
Pamiętam - oglądałam w TV wszelkie komunikaty! Przeżywałam strasznie!
Teraz mogłam poczytać jak wyglądało to wszystko od środka! Od wewnątrz!
Bardzo wiarygodnie napisane!
"Czarne wdowy" to opowieść o nauczycielkach, które "przeżyły" i teraz chcą zemsty. Za tamte dzieci. Swoich uczniów!
Przygotowują się dwa lata i porywają czwórkę młodych ludzi - dzieci terrorystów, którzy byli wtedy w szkole w Biesłanie - 1-go września.
Wszystkie kobiety są bardzo pokancerowane psychicznie i fizycznie, zdeterminowane, chore, żądne zemsty...Nie potrafią odnaleźć się w rzeczywistości "PO". Nie znajdują sensu dalszego życia bez zemsty.
Ich przygotowania godne są najlepszych znawców tematu!
Terroryzm był! - jest! - będzie! - ZAWSZE tylko aktem przemocy, bezsensownej i brutalnej przemocy wobec najsłabszych, bezbronnych, niewinnych!!!!
A zemsta?!
Podobno najlepiej smakuje na zimno...
Nie tym razem.
Kobiety szykują się do swojej Katharsis (z greckiego - oczyszczenie; psycholog. - uwolnienie cierpienia, odreagowanie zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń, które podlegały kontroli mechanizmów obronnych)** dwa lata! Dwa lata szczegółowych planów, przygotowań, detali opracowanych do potęgi n-tej.
Każda specjalizowała się w swoim fragmencie - jedna wyszkoliła się w materiałach wybuchowych, inna miała być narratorem nagrania i przeprowadzonej symulacji sprzed dwóch lat, kolejna operatorką kamery...
Dokładny podział ról i zadań! Czas i miejsce "akcji" rozpisane w planie co do minuty - zgodnie z czasem z "wtedy", zgodnie z "tamtymi trzema dniami"!
A ja, cały czas miałam dziwne wrażenie, że te przygotowania są kobietom potrzebne do czegoś innego; do zajęcia czymś siebie, do zajęcia jakimś działaniem myśli i uczuć, emocji i wspomnień - żeby nie gryzło, nie bolało, żeby ZAPOMNIEĆ! Żeby sobie wybaczyć TAMTĄ BEZSILNOŚĆ i BEZBRONNOŚĆ wobec napastników?!! Wybaczyć sobie niemożność obrony i pomocy najsłabszym - DZIECIOM!
Mocna rzecz! Nie przeczytałabym tej pozycji z polecenia ani zachęty - to musiał być przypadek! Tym bardziej, że staram się unikać tematu terroryzmu jak ognia! Tym bardziej, że jeszcze pamiętam Biesłan! I tak szybko nie zapomnę! Te dzieciaki uwięzione w sali gimnastycznej, a potem wybiegające stamtąd zakrwawione i rozebrane do bielizny...
Książka "młot", książka "dren" (zwłaszcza psychiczny)!
Napisana wspaniale - niczym sztuka teatralna, elektryzująca, gęsta od emocji, których nie da się nie przeżyć!
Zmuszająca do pytań o granice (psychiczne i fizyczne), o etykę, moralność i odpowiedzialność dzieci za winy i grzechy rodziców...pytań o zemstę i czy zawsze przynosi ona ulgę?!
Książka niepokojąca! Zakłócająca porządek i nudę dnia.
Dla osób, które choć troszkę "ruszają" klimaty terroryzmu (z punktu widzenia porwanych zakładników), które choć troszkę przeżywają sytuacje przymusowe i beznadziejnie niesprawiedliwe - kiedy krzywda dzieje się najbardziej bezbronnym i niewinnym - DZIECIOM!!!
Książka warta przeczytania, przemyślenia, przeżycia!




* żródło: http://merlin.pl/Czarne-wdowy_Sandy-McCutcheon/browse/product/1,475691.html?gclid=CMvL26Gb7JgCFQVbtAodyiK71Q
** źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Katharsis

22 paź 2008

Wiedźma Białołęckiej


Pomimo braku czasu - nadrabiam zaległości. ;-)

"Wiedźma.com.pl" Ewy Białołęckiej.

Przeczytałam i jestem zaskoczona ... niezdecydowana co myśleć. Mam mały zamęt. Ale przyjemny !
Po pierwsze - nie jest to fantasy! A może jest?! Tylko ja o tym nie wiem?
Niech będzie - mea culpa i nieuctwo si? Nie rozróżniam gatunków...tjudno.
Może więc raczej i przede wszystkim dla mnie to książka o duchach. I do tego bardzo współczesna, której akcja rozgrywa się tu i teraz. A autorka ciągle o tym przypomina zabawnymi i dowcipnymi cytatami z różnych filmów i książek - niekoniecznie fantastycznych.
Bohaterką jest kobieta po 30-tce, samotnie wychowująca syna, pracująca w wydawnictwie przy korekcie i redakcji tekstu. Co jeszcze o niej oprócz tego, że jest autentyczna, przesympatyczna i "z ideałem piękna minęła się o jakieś 10 cm i 5 kg nadwagi"? hihi.
Jest uzależniona od papierosów, kawy i netu! A! no i jeszcze drobiazg: ma zdolności paranormalne - jest medium. JEDNYM SŁOWEM - FAJNA!!!
Otrzymuje spadek - chatę w miejscu, którego nie można znaleźć nawet przez google!
...........i od tego się wszystko zaczyna...no!!
Nie pisząc zbyt wiele aby nie odbierać przyjemności czytania - powiem tylko, że książka jest inna niż te, które dotychczas przeczytałam tej autorki. Inna, nie oznacza gorsza! Tylko inna ;-)
Stylem pisania i dowcipem przypomina mi trochę "Halo, Wikta" czy "Nigdy w życiu" z tą różnicą, że bohaterka Białołęckiej jest ostrzejsza ;-)) bardziej dowcipna. W moim typie! Jakkolwiek to zabrzmi! no tjudno hłehłe...
Książka czyta się sama, lekko napisana i bardzo dowcipnie.
Jestem tchórzem - możecie mi mówić "Fjona-Fredka...Tchórzo-Fredka..." :-)
Parę razy niewydepilowane włoski na karku, plecach i innych miejscach stanęli mi dęba! ze strachu!
czy tam zgrozy jakiej...
Ale absolutnie polecam na długie wieczory, bo książka nie dość, że DOWCIPNIE napisana (u nas rzadkość!) jest fajna i czyta się!
Białołęcka - jessjessjess!
Lekko, dowcipnie, na złe "wapory" i jesienną chandrę...
Każda z nas jest CZAROWNICĄ!!!!!!!!!
Albo może być ;-)

26 wrz 2008

Miasto w zieleni i błękicie – Anna Kańtoch


„W świecie zapominającym o swojej przeszłości dawni bogowie pragną ostatniej szansy. Czy Melisandrze uda się ocalić to, co było – przed tym co jest? Pierwsze stosy już płoną… Spróbuj sam odnaleźć prawdę w niezwykłym i doskonale opisanym świecie powieści Anny Kańtoch.” (z okładki)

Fantasy. Mój ulubiony gatunek….
Odkąd pewna istota, Akluiną tutaj zwana, na inicjację poleciła mi serię „Świat Czarownic” Andre Norton - nic już nie było takie samo!
Pierwsze książki to coś nowego, niesamowitego, inny świat i inne zupełnie wrażenia. A potem nie mogłam się oderwać i czytałam jedną książkę w ciągu dnia…Nie były one objętościowo duże – ok. 120 stron. Ale doznania, wyobraźnia, czary i dziwy, czarownice, dziwne stwory, miejsca mroczne i te pełne dobrej energii! No i rewelacyjna przygoda, trzymająca w napięciu. Pamiętam jak trzęsłam się kiedy na dłużej musiałam odłożyć książkę, jak ciągnęło mnie do niej i nie mogłam myśleć o niczym innym! A odłożona książka wzywała, przyciągała, hipnotyzowała!
Tak, wiele oczekuję teraz od książek fantasy. Bo potem była jeszcze Ewa Białołęcka i jej „Tkacz iluzji” i dalsze losy bohaterów.
Dlatego „Miasto w zieleni i błękicie" Anny Kańtoch rozczarowało mnie.
Może inni będą zadowoleni po przeczytaniu jej książki. Ja nie! NIE!
Książka jest o Melisandrze, dziewczynie, przywróconej do życia po utonięciu i oddanej do Domu Snów na przyuczenie …Dziewczynie o wyjątkowych zdolnościach – trochę uzdrowicielki, trochę czarownicy, trochę odczuwającej emocje i uczucia innych, czyli super-silnej empatki (mam to samo bez szkoły w Domu Snów hłehłe!).
Pomimo, że książka jest o moich ulubionych czarownicach, ludziach „innych”, jest też zabójstwo, jest Dom Snów, gdzie wychowuje się "innych", jest tajemnica i kilka innych typowych tematów obecnych w tego typu książkach….pomimo tego….NIE!
To niestety nie TO, nie dla mnie! Akcja ciągnęła się jak flaki z olejem, przez połowę książki nie działo się nic pociągającego, elektryzującego…Co smutne, niczym w Harlequinie, czyli romansidle – już po pierwszym spotkaniu Melisandry z pewnym adwokatem wiedziałam, że będzie romans…że oni się spotkają w innych okolicznościach i będzie coś między nimi…no i było, ale bez dreszczy, bez elektryczności, bez iskier…To smutne! Nie, nie mam nic przeciwko romansom w książkach fantasy! Powiem więcej – fantasy bez romansu jest niepełne! Bez dreszczyku! Ale tutaj, ten romans był tak beznamiętny, tak przewidywalny i NUDNY, że chyba w harlekinowych romansidłach więcej jest emocji, więcej się dzieje!
I ten opis na okładce…Nie wiem skąd jest wzięty, bo ja tego w tej książce nie znalazłam…Jacy „dawni bogowie”???
Co Melsandra ma ocalić???
Doskonale opisany świat? Nie, no sory, czytałam już lepiej opisane światy…
Dlatego - NIE!
Nudy, brak akcji...bo to, że akcja rozkręca się po sto-którejś stronie na prawie 360?!
I ta Melisandra - bohaterka bez ikry, bez tego "czegoś", bez charakterku paskudnego (moje ulubione), bez słabości...bez tego wszystkiego co łapiesz, bo cię przekonuje?! I chcesz by się jej udało i trzymasz za nią kciuki! chociaż czarownica?! Mało przekonująca, jakaś taka bez życia, czy ja wiem...coś z nią było nie tak, coś jej brakowało. Może wiarygodności?
Treść opisana beznamiętnie, bez tego fajnego "mięcha", bez dreszczu, bez...bez EMOCJI! Może i warsztatowo dobrze. Może nawet bardzo dobrze! Syntetycznie, analitycznie, poprawnie...ale bez ŻYCIA, bez emocji ...bez kwintesencji fantasy! Czyli bez sensu - dla mnie!!!
N I E !!!

11 sie 2008

Trzepot skrzydeł


Jednym słowem - PRZERAŻAJĄCE!!!
Książka napisana w formie listu, zwięzła ale bogata w treść. Samo "mięcho"! Nie trzeba rozwlekłych opisów i przydługich tekstów, żeby zawrzeć co najważniejsze - Grochola to potrafi!
Nie
będę się zatrzymywać dłużej przy tej książce - wystarczająco ją odchorowałam. Budziła moją agresję! Moja bezsilność budziła moją agresję i chyba była najbardziej bolesna! Nie umiem czytać książki z dystansem do opowiadanej historii, nie umiem odciąć się, bo wtedy czytana książka nie ma smaku...

Ta miała mocny gorzki smak. Nie chcę już czytać takich historii - nie z tchórzostwa! Nie chcę dlatego, że wiem jak bardzo wiele kobiet ma TO codziennie domu!

Jak bardzo wtedy cierpi, jak bardzo jest z problemem samotna, jak bardzo jest przerażona, jak łatwo oprawca może jej wmówić wszystko!

Bolało szczególnie, bo dwie bliskie mi kobiety poznały ten temat od podszewki...
Droga M., przyjaciółko moja, Dzielna i Mocna Istoto! Jeszcze bardziej Cię podziwiam, nie tylko za to, że choć myślisz o sobie "słaba" - jesteś prawdziwym Mocarzem! Podziwiam Cię za to, że uciekłaś w samą porę, że nie zdążyło być gorzej!
Co nas nie zabije, czyni nas mocniejszym!!!
Teraz poradzisz sobie ZE WSZYSTKIM!!! Ja w Ciebie wierzę!
I jeszcze raz gratulacje zdanego egzaminu! Pokazałaś co potrafisz!

4 sie 2008

Czy mężczyźni są światu potrzebni?


Właśnie skończyłam książkę Janusza L. Wiśniewskiego "Czy mężczyźni są światu potrzebni" i oto garść przemyśleń i refleksji.
Książka, choć z dużą dawką treści naukowych, napisana lekko i z dowcipem. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Wiśniewski opowiada się po stronie kobiet - i tak było. W drugiej części książki sam przyznaje, że jest feministą...i to się czuje! A najzabawniejsze jest to, że on - samiec, mężczyzna - nie tylko opowiada się po stronie kobiet (podgatunku - dla niektórych samców hihi) ale do tego jawnie kpi sobie z całego męskiego rodu! Gdyby ta książka wyszła spod pióra kobiety - zostałaby zjechana, wszelkie argumenty - podważone, a autorka posądzona o nienawiść, plucie jadem i nie wiadomo co tam jeszcze. A z drugiej strony, mam takie dziwne wewnętrzne przeczucie, że gdyby to napisała kobieta - pewnie rzeczywiście mogłoby to być cięższe gatunkowo...Nie wiem czemu tak myślę...po prostu tak myślę i już.
Podsumowując - zabawne, lekkie, ale przy okazji dowiedziałam się paru nowych rzeczy na temat panów, ich "sprzętu", pragnień i konstrukcji psychicznej ;-))
Poniżej kilka fragmentów.
"...W swoim upodobaniu do obcych samic są bardzo podobni do samców gadów, których mózg zatrzymał się w rozwoju na najbardziej podstawowym etapie..."
"...Pląsają, mają błogi wyraz pyska i poruszają ogonem - ale to popisy nie dla samicy, która jest obok i czeka w gotowości na akt zapłodnienia. Gekony robią to dla samic, które czasami zupełnie przypadkowo znalazły się na oznaczonym terenie.[...] Podniecony seksualnie gekon jest zadziwiająco podobny do mężczyzny, ale w jednym bardzo się od niego różni.[...] Wiele samic oczarowanych ruchami gekona pozostanie na jego terenie [...] Samiec także nie opuści tego miejsca, w nadziei, że może zostać ojcem po raz kolejny. Z kolei większość mężczyzn, po nasyceniu swego pożądania, jak najszybciej zmieniłaby miejsce pobytu..."
"Czy światu potrzebni są jeszcze mężczyźni? Mężczyźni to dziwne stworzenia. Boją się dentysty, wypadania włosów i tego, że ich telefon komórkowy nie będzie miał zasięgu..."
Moje ulubione -
"...Przeciętny mężczyzna generalnie potrafi robić naraz tylko jedną rzecz..." ;-))) [znam to doskonale z własnego podwórka hihi]

Albo takie -

"...Nie wyobrażam sobie mężczyzny, który zniósłby 10-cio kilometrowy bieg w pełnym uzbrojeniu podczas okresu i nie zemdlał. Niektórzy mdleliby już na sam widok krwi. Jestem prawie pewny, że gdyby mężczyźni mieli "swoje dni", byłyby to z pewnością dni wolne od pracy. Zagwarantowane odpowiednią ustawą lub najlepiej dekretem..."

"Mężczyźni kochają się i robią zakupy według tego samego prostego schematu: chcą jak najwcześniej dotrzeć do półek z tym, czego pragną..."

16 lip 2008

Mój przyjaciel zdrajca


Lubię książki Nurowskiej, zostawiają zawsze we mnie taki specyficzny osad, który nie pozwala długo zapomnieć, otrząsnąć się z przeczytanej historii.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o książce dotyczącej Kuklińskiego - bardzo chciałam ją przeczytać. Poznać tę historię od środka, zrozumieć bez oceniania, dowiedzieć się co się stało z jego synami...Było to już jakiś czas temu. I może wtedy trzeba było przeczytać tą książkę?
Moje wrażenia?
Hmmm, powiem tak: dobrze się czyta - w końcu Nurowska pisała! Ale historia opowiedziana przez Kuklińskiego...
Nie lubię Kuklińskiego po przeczytaniu tej historii. Czym dłużej czytałam - tym bardziej go nie lubiłam. Nie wiem czy to kwestia jakiegoś fałszu, który wyczuwałam w jego opowieści, może za bardzo starał się wybielić? Nie wiem czy był bohaterem czy zdrajcą, czy jednym i drugim po trochu...historia go oceni, ja mam za mały móżdżek, za mało wiem, za mało przeżyłam. Nie polubiłam go jako człowieka! Jako męża (ZWŁASZCZA!) i ojca. A jego żona była święta, że z nim wytrzymała. Zdana na siebie, sama musiała sobie ze wszystkim radzić, sama wychowywała synów, prowadziła dom, była potulną i wyrozumiałą żoną. Mówił o niej z dumą - bo ona Ślązaczka więc tak musiało być! No cóż, to w takim razie jego szczęście, że trafił na Ślązaczkę, bo żadna inna by tego nie wytrzymała! Tak, wiem, takie jest życie żony wojskowego, ale nie wiem czemu - podskórnie - miałam dziwne wrażenie, że Kukliński bawił się w szpiega, w takiego Jamesa Bonda! Sam się przyznał, że kilka razy zrobił coś na zapas, bardzo ryzykownego, na własną rękę, nie proszony - co więcej - Amerykanie za głowy się łapali po co się tak naraża!! I tu jeszcze jedna rzecz, do której także się przyznaje - czuł się jak bohater romantyczny! No tak - był przygotowany w każdej chwili na śmierć, od tego była trucizna w kieszeni. No i ile "troski" było w nim o żonę i jej bezpieczeństwo, o bezpieczeństwo synów! Stąd te wszystkie kobiety(!!), które się przewijały w jego życiu...Miały świadczyć o tym, że nie układa im się...żeby w razie wpadki nie szukali zemsty na rodzinie. Tylko, że jakoś ten argument wydaje mi się wyjątkowo WYGODNY!!
Najbardziej jednak uderzyło mnie na samym początku, jak opisywał poznanie z późniejszą żoną, wielką miłość, później namiętność, wspólne plany na przyszłość...A kiedy po roku "spotykania się" nie zachodziła w ciążę (a wiedział, że się nie zabezpiecza) wysłał ją do lekarza po zaświadczenie, że ona może mieć dzieci! Że ONA MOŻE!! A kiedy mu tego nie przyniosła - zerwał z nią. Oczywiście bardzo ją kochał, ale chciał mieć rodzinę, więc...
I przez ten rok (czy dwa) kiedy się nie widywali, jak sam mówi, stał się prawdziwym mężczyzną! Przy niej nie był? Brakowało mu do zaliczenia kilku lasek po drodze?
Niee no, miałam nie oceniać, ale ja nie umiem beznamiętnie, bez emocji! Trudno!
Tak więc, nie podobał mi się, nie polubiłam go, nie przekonał mnie.
A co do oceny - zdrajca czy bohater??
Nie wiem czy mam prawo do takiej oceny. Więc nie piszę!
To były inne czasy, inne realia, może przez ten pryzmat powinnam spojrzeć na jego postępowanie z żoną?
Tylko, że do tego musiałabym go lubić...

24 cze 2008

Europejka

Tak jak przypuszczałam - Manuela z jej Europejką wciągnęła mnie i nie miałam już innego wyjścia tylko przebiegnąć po kartkach jej myśli, uczuć, intymności i rodzinnej sielanki.
Lubię sposób w jaki pisze o swoim życiu, lubię to, co pisze o współczesnej Polsce, lubię jej zabawę słowami - nigdy nie umiałabym tak łączyć wyrazów...
Co ciekawsze i smakowitsze kęski, albo myśli-spostrzeżenia w jakiś sposób mnie poruszające/dotyczące cytuję poniżej, ku pamięci!
...............................................................
"...Wszystko mnie denerwuje. Kłócę się o drobiazgi, wiem - mam przedmiesięcznego jebla. Gorzej - wie o tym również Piotr. Nie próbuje uspokajać, wybiera przeczekanie. Nie wybaczam żadnego krzywego uśmiechu politowania. Być z kimś to wybaczyć mu, że rani nas sobą i brakiem siebie" (skąd ja to znam?!)
...............................................................
"...Mówi się, że pamięć jest żołądkiem duszy. Nie każda umie strawić przeszłość. Zwłaszcza gdy rodzice, zamiast być błogosławieństwem na całe życie, stają się klątwą. Wtedy z pokolenia na pokolenie ciągnie się cierpienie zadawane dzieciom własnym i cudzym..."
.................................................................
"... tak mnie zaszczepił na miłość doustnie i dopochwowo, że nie zauważam żadnego banderasa.." (to całkiem jak mój Szrek)
........................................................................
...chociaż nie jestem zbyt religijna - poniższa opowiastka, bardzo w stylu Manueli, też mi pasuje...

"...Kiedy Ewa miała dość rajskiej nudy, poprosiła Boga o rozrywkę. Przyprowadził jej zwierzęta. Ona jednak nadal nie była zadowolona. 'Jeśli stworzę ci mężczyznę, nie będziesz się nudzić. Ale on będzie cię źle traktował, będzie arogancki, ograniczony, agresywny'. 'Chcę, chcę' - upierała się Ewa. 'Dobrze, pod jednym warunkiem: nigdy nie powiesz mu, że Ty zostałaś stworzona pierwsza. To będzie taka tajemnica między nami, kobietami'."
.......................................................................
"..Watykan wypowiedział się stanowczo przeciwko ślubom homoseksualistów. Świetnie, przynajmniej biskupi nie będą się żenić między sobą. Niestety dodano też groźbę "przeklęcia" heretyków wspierających gejów. Co zrobi Kościół, jeśli homoseksualizm okaże się zapisany w genach? Uzna za rodzaj cukrzycy dającej się wyleczyć manipulacją genetyczną? Może by i podłubać w hetero. Skrócić im chromosomy wyłącznie do seksu reprodukcyjnego, skracając niektórym drogę do nieba. Gdzie w tym "przeklęciu", odrzuceniu, podziało się chrześcijaństwo? Skąd to namawianie do pogardy? Homoseksualizm nie jest pedofilią przekazywaną gwałtem."
...........................................................................................
"...Chora reakcja na seks jest taka sama jak antysemityzm, pada na mózg niezależnie od wykształcenia profesorowi i sprzątaczce.."
.........................................................
"...Wychodząc z sali, słyszymy kawałek innego filmu:'A może spróbowałbyś na chwilę przestać być mutantem?' Powinni to puszczać z głośników w Galerii, zwłaszcza w soboty. Wokół klony modnych dziewczyn: opalenizna z solarium, włosy z farby, spojrzenia z niebytu. Chroniczne striptizerki z nerami i pępkami na wierzchu, gdy jest poniżej dziesięciu stopni. W takim stroju jest dobrze tylko anorektyczkom, reszcie wyłażą po bokach wałki sadła.[...] Dlaczego moda musi być żałośnie przymusowa?"

*Manuela Gretkowska - "Europejka", Wydaw. W.A.B., 2004

Tak, to nie był stracony czas. Głównie dlatego, że dużo go nie upłynęło ;-) bo książkę czyta sie błyskawicznie.
Z niektórymi jej poglądami się nie zgadzam, niektóre fragmenty mnie zwyczajnie drażniły (te przeskakiwałam "po łebkach") ale generalnie - dzienniki, to coś, co w Manueli lubie najbardziej :-)
Teraz czeka jeszcze "Obywatelka" :-)

9 maj 2008

Cejrowski ;-)


"Rio Anakonda" to książka podróżnicza, którą się czyta lepiej niż niejedną przygodową! Jest w niej to, co lubię najbardziej - ciekawie podana treść, suuper szata graficzna, ciekawe opisy miejsc, których pewnie nigdy nie zobaczę, bo mogę nie zdążyć (!), a także wiadomości o miejscach i ludziach, których się nie znajdzie w żadnej książce geograficznej (nuudy!). No, może w programach "Lonely Planet" czy "Globtrekker". A do tego specyficzne poczucie humoru autora - bardzo pasujące do charakteru i treści książki! Lekkie i sprawne pióro jest dodatkowym atutem. I można nie lubić autora, nie zgadzać się z jego poglądami (jak ja!!) i nie lubić jego niektórych zachowań, ale nie zmienia to faktu, że książkę czyta się super!
A wady? Są i takie! A właściwie znalazłam jedną - książka jest spora i ciężka i nie da się jej wygodnie czytać w łóżku! ;-))

Źródło fot. www.cejrowski.com