Koniec:
zjazdów
nauki
zaliczeń
egzaminów
STUDIÓW
spotkań z kobitkami z całej Polski
pyffka na Krakowskim Przedmieściu...
KONIEC!
Ostatni raz byłam w Warszawie w ten łikend. Mam wszystkie wpisy w indeksie, indeks oddany opiekunowi roku - koniec! Ależ to zleciało!
Przy okazji ostatniego z ostatnich zjazdów, zaliczyłam też Targi Książki, bo skrzywiona zawodowo-książkowo jestem i już ;-) Nic nie kupiłam, bo trudno kupić książkę za dwie dychy, a tyle miałam przy sobie. Zresztą, nawet gdybym miała więcej, tak rzadko kupuję książki dla siebie. W pracy mam ;-)
Tak więc the-end-finito...I co teraz?
Teraz pozostaje mi tylko dokończyć pracę i się obronić.
Pisanie idzie mi tak sobie...Chętnie i szybko się rozpraszam, wybijam z rytmu, zajmuję czymś innym, "ważniejszym", a potem tak ciężko znowu wejść na obroty.
Ale nie ma zmiłuj! Wiem i czuję, że MUSZĘ napisać i złożyć tą pracę do końca czerwca, a obrona może sobie być nawet we wrześniu.
Taki mam plan minimum.
Nie napinam się i nie napalam na te dwa tygodnie, które mi zostały (gdybym chciała się bronić przed wakacjami), bo różnie może być, a nie chcę znowu być rozczarowana i mieć do siebie pretensje.
Będzie co ma być - jak ze wszystkim w moim życiu.
A z innych spraw...
Mam okropne koszmary! Koszmarne! I do najłagodniejszych, chociaż do najbardziej upierdliwych przy okazji, należą te dotyczące egzaminów, na które jadę nieprzygotowana, albo o których dowiaduję się tuż przed; prac zaliczeniowych, które muszę natychmiast napisać, a nie znam tematu, nie wiem co pisać i wiem, że nie dam rady, nie zdążę!
Inne tematycznie są dużo gorsze, bardziej emocjonalne i przykre, a jak się z nich budzę - najczęściej między 3 a 4 rano - boję się zasnąć, żeby nie śnił się ciąg dalszy!
W tamtych "króluje" moja matka, a ostatnio dołączyły sny o moim Szreku...
Prawdziwe koszmarne koszmary! A kysz!!
Dobra, beedzie tego miauczenia!
Wracam do pisania.
Mój wielki, usiedziany na kwadratowo tyłek, cierpnące palce i piekące gały oczne - wolałyby inaczej, ale trudno!
Nie ma, że boli!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawka. Pokaż wszystkie posty
28 kwi 2009
Ciareczki ;-)
Nie pisałam długo, dłużej niż chciałam...
Nie chciałam marudzić i się podkręcać, ale to pewnie i tak wróci kiedy ja wrócę do pracy. Napiszę tylko, że ostatnie dwa tygodnie kosztowały mnie sporo nerwów, aż do frustracji, aż do zawrotów głowy! Tych ostatnich przeraziłam się najbardziej i powiedziałam sobie BASTA! Basta finito! Ta praca, chociaż ją lubię - nie jest tego warta! I już!
Na razie urlop i mam zamiar wykorzystać go na dopisanie kilkunastu albo i więcej stron pracy. Nie mam czasu do stracenia, ani jednego dnia jeżeli zamierzam się bronic przed wakacjami. Mój profesorek zadecydował, że ma minąć miesiąc od momentu złożenia gotowej pracy w sekretariacie do momentu obrony, a on tu stanowi prawo - o czym zresztą dośc mocno nam przypomniał.
A teraz przyjemniej :-))
Miałam jeden z ostatnich zjazdów w W-wie, a ostatni z całym naszym rokiem. Koniec!
Jeszcze dwa zjazdy majowe, ale Ci którzy napisali pracę już się nie pojawią, a Ci którzy jeszcze piszą - też nie koniecznie. My z koleżanką musimy bo robimy dodatkowy blok. Ale co to są dwa zjazdy?!
A ten łikendowy był bardzo miły, pełen wrażeń, pozytywnych emocji - SUPER!
Odprężyłam się i wypoczęłam, wróciłam do domu zadowolona, zrelaksowana i uśmiechnięta.
ZRESETOWAŁAM SIĘ!!
Ale po kolei.
W piątek po zajęciach i seminarium miałyśmy dobrze ponad godzinę do następnych zajęć. Poszłyśmy do Ogrodu Saskiego. Pogoda piękna chociaż trochę wiało chłodem. Pospacerowałyśmy, a potem obejrzałyśmy paradę wojskową (ależ Ci faceci w mundurach super wyglądają!) i złożenie na Grobie Nieznanego Żołnierza wieńca przez Panią Prezydent Indii.
Po wieczornych zajęciach dziewczyny rzuciły hasło: "pyffko"!!
I nie było rady, bo to ostatni taki piątek ;-))
A w sobotę to już zwyczajnie była cudowna "dziadowska rozpusta"!
Wyspałam się, bez pośpiechu wystroiłam i wybrałam się do koleżanki na spotkanie na Starym Rynku. Spacerkiem przy Wiśle (bo miałyśmy dużo czasu do...), potem chwilka relaksu na tarasie widokowym, czyli wszystko to, na co przez ostatnie lata nauki nigdy nie było czasu!

Posiedziałyśmy też trochę na Starym Rynku, a tam same atrakcje!
Widziałyśmy ślub Harleyowców! Młoda Para też na motorze, Młoda z welonem i kaskiem na głowie! No i wszyscy goście obowiązkowe spodnie z czarnej skóry i skórzane kurtki z nadrukiem! Śmiałyśmy się z koleżanką, że oszczędzili na ciuchach - zwłaszcza kobitki hihi. A potem to barwne towarzystwo z rykiem podrasowanych silników podjechało do jednego z ogródków na Rynku, zaparkowało swoje maszyny, czym zajęli całą szerokość rynku i zasiedli do przyjęcia ślubnego! Super pomysł i super widowisko.
Oczywiście zdjęcia, ale tylko maszyn - ludziom jakoś tak głupio było cykać fotki ;-)
Ale za to maszyny jakie!



I w końcu niedziela, znowu na luzie i bez pośpiechu. Otrzymałam wpis i mogłam udać się na dworzec. Pomimo dzikich tłumów na peronie, o dziwo bez problemu znalazłam miejsce i już zupełnie bez stresu jechać sobie do domu.
I tylko miałam jeden poważny dylemat - co wybrać: czytanie kolejnej części Patrolu Łukjanienki, czy może oglądanie cudownej, świeżutkiej i soczystej wiosny za oknem??
A ponieważ nie mogłam się zdecydować - robiłam trochę tego i trochę tamtego ;-)
A na zakończenie jeszcze milutki wieczór ze Szrekiem i Ludożerką, rozkoszną i rozbrykaną...
No, bajka! Rozkoszna!
Nie chciałam marudzić i się podkręcać, ale to pewnie i tak wróci kiedy ja wrócę do pracy. Napiszę tylko, że ostatnie dwa tygodnie kosztowały mnie sporo nerwów, aż do frustracji, aż do zawrotów głowy! Tych ostatnich przeraziłam się najbardziej i powiedziałam sobie BASTA! Basta finito! Ta praca, chociaż ją lubię - nie jest tego warta! I już!
Na razie urlop i mam zamiar wykorzystać go na dopisanie kilkunastu albo i więcej stron pracy. Nie mam czasu do stracenia, ani jednego dnia jeżeli zamierzam się bronic przed wakacjami. Mój profesorek zadecydował, że ma minąć miesiąc od momentu złożenia gotowej pracy w sekretariacie do momentu obrony, a on tu stanowi prawo - o czym zresztą dośc mocno nam przypomniał.
A teraz przyjemniej :-))
Miałam jeden z ostatnich zjazdów w W-wie, a ostatni z całym naszym rokiem. Koniec!
Jeszcze dwa zjazdy majowe, ale Ci którzy napisali pracę już się nie pojawią, a Ci którzy jeszcze piszą - też nie koniecznie. My z koleżanką musimy bo robimy dodatkowy blok. Ale co to są dwa zjazdy?!
A ten łikendowy był bardzo miły, pełen wrażeń, pozytywnych emocji - SUPER!
Odprężyłam się i wypoczęłam, wróciłam do domu zadowolona, zrelaksowana i uśmiechnięta.
ZRESETOWAŁAM SIĘ!!
Ale po kolei.
W piątek po zajęciach i seminarium miałyśmy dobrze ponad godzinę do następnych zajęć. Poszłyśmy do Ogrodu Saskiego. Pogoda piękna chociaż trochę wiało chłodem. Pospacerowałyśmy, a potem obejrzałyśmy paradę wojskową (ależ Ci faceci w mundurach super wyglądają!) i złożenie na Grobie Nieznanego Żołnierza wieńca przez Panią Prezydent Indii.
Po wieczornych zajęciach dziewczyny rzuciły hasło: "pyffko"!!
I nie było rady, bo to ostatni taki piątek ;-))
A w sobotę to już zwyczajnie była cudowna "dziadowska rozpusta"!
Wyspałam się, bez pośpiechu wystroiłam i wybrałam się do koleżanki na spotkanie na Starym Rynku. Spacerkiem przy Wiśle (bo miałyśmy dużo czasu do...), potem chwilka relaksu na tarasie widokowym, czyli wszystko to, na co przez ostatnie lata nauki nigdy nie było czasu!

Posiedziałyśmy też trochę na Starym Rynku, a tam same atrakcje!
Widziałyśmy ślub Harleyowców! Młoda Para też na motorze, Młoda z welonem i kaskiem na głowie! No i wszyscy goście obowiązkowe spodnie z czarnej skóry i skórzane kurtki z nadrukiem! Śmiałyśmy się z koleżanką, że oszczędzili na ciuchach - zwłaszcza kobitki hihi. A potem to barwne towarzystwo z rykiem podrasowanych silników podjechało do jednego z ogródków na Rynku, zaparkowało swoje maszyny, czym zajęli całą szerokość rynku i zasiedli do przyjęcia ślubnego! Super pomysł i super widowisko.
Oczywiście zdjęcia, ale tylko maszyn - ludziom jakoś tak głupio było cykać fotki ;-)
Ale za to maszyny jakie!


A potem...atrakcja wieczoru - teatr Roma i musical
"Upiór w operze"!
Prawdziwa uczta dla oczu i uszu! Już dawno nie oglądałam czegoś tak wspaniałego! I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu jak bardzo jestem wrażliwa na dobrą muzykę, na piękne głosy...aż do ciarek!
Na całym ciele!
"Upiór" to historia znana jak świat i wielokrotnie filmowana więc nic o niej pisać nie będę.
Ale wspaniałe i bogate kostiumy, dekoracje, nowoczesne efekty specjalne, o tak! Jest się czym zachwycać. A głosy trzech głównych bohaterów to po prostu balsam dla mojej duszy. Zwłaszcza dziewczyna miała przepiękny, czysty głos, mocny i o niesamowitej skali.
Muzyka też wspaniała, ale mnie się i tak najbardziej podobały trzy utwory - w tym główny motyw.
I kiedy wyszłyśmy z teatru jak zaczadzone cudownymi przeżyciami, kiedy pojechałam do znajomych, u których się zatrzymuję w W-wie, jeszcze długo w noc miałam głowę pełną muzyki! Cudownej muzyki i zaczarowanych głosów.
Długo mi w głowie "grało" ;-)
"Upiór w operze"!
Prawdziwa uczta dla oczu i uszu! Już dawno nie oglądałam czegoś tak wspaniałego! I po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu jak bardzo jestem wrażliwa na dobrą muzykę, na piękne głosy...aż do ciarek!
Na całym ciele!
"Upiór" to historia znana jak świat i wielokrotnie filmowana więc nic o niej pisać nie będę.
Ale wspaniałe i bogate kostiumy, dekoracje, nowoczesne efekty specjalne, o tak! Jest się czym zachwycać. A głosy trzech głównych bohaterów to po prostu balsam dla mojej duszy. Zwłaszcza dziewczyna miała przepiękny, czysty głos, mocny i o niesamowitej skali.
Muzyka też wspaniała, ale mnie się i tak najbardziej podobały trzy utwory - w tym główny motyw.
I kiedy wyszłyśmy z teatru jak zaczadzone cudownymi przeżyciami, kiedy pojechałam do znajomych, u których się zatrzymuję w W-wie, jeszcze długo w noc miałam głowę pełną muzyki! Cudownej muzyki i zaczarowanych głosów.
Długo mi w głowie "grało" ;-)

I w końcu niedziela, znowu na luzie i bez pośpiechu. Otrzymałam wpis i mogłam udać się na dworzec. Pomimo dzikich tłumów na peronie, o dziwo bez problemu znalazłam miejsce i już zupełnie bez stresu jechać sobie do domu.
I tylko miałam jeden poważny dylemat - co wybrać: czytanie kolejnej części Patrolu Łukjanienki, czy może oglądanie cudownej, świeżutkiej i soczystej wiosny za oknem??
A ponieważ nie mogłam się zdecydować - robiłam trochę tego i trochę tamtego ;-)
A na zakończenie jeszcze milutki wieczór ze Szrekiem i Ludożerką, rozkoszną i rozbrykaną...
No, bajka! Rozkoszna!
23 mar 2009
Będzie długo dzisiaj ;-))
***
Kika ma nową fascynację - kran, z którego czasami zwisa "sznurek" nie dający się chwycić ani łapką lewą, ani prawą, nie można go ugryźć...można go za to polizać, zmoczyć sobie głowę, wciągnąć nosem i nalać do ucha...;-)
Tak ją zajmuje zagadka kranu, że gdy tylko ktoś wchodzi do łazienki już słychać kopytkowanie i z całym impetem Kikor ląduje na wannie, a zaraz potem na zlewie i się zaczyna łapanie przez chwytanie ;-) A gdy się zmoczy albo ktoś zakręci kran - wyczekuje jeszcze chwilę, bo a nuż...może jeszcze coś kapnie.. a potem wypada z łazienki, biegnie do pokoju i nie rozumiejąc czemu, przewraca się na zakrętach i stempluje podłogę ;-)
***
Warszawka łikendowo mnie strasznie zmęczyła!
Piątek: trzy godziny zajęć, pięć godzin przerwy, półtorej godziny zajęć!
Kto to wytrzyma?!
Miałam książkę Łukjanienki (Nocny Patrol), cieszyłam się jak głupia, że sobie poczytam! Książka ciągnie mnie i wzywa, a ja nie mam kiedy jej czytać! W pociągu nic z tego - wiadomo z koleżanką pitu-pitu. Ale pocieszałam się, że jak będziemy na Uniwerku - ona sobie pogada z innymi dziewczynami, bo bardzo to lubi, a ja się zaszyję w jakiś kącik i PIĘĆ GODZIN swobodnego czytania. Pięć! Ni ch...ja! Nie wiem, może ktoś mi odpowie - czy zaczytana, bardzo wczytana osoba jakoś prowokuje?! Siedziałam sobie cichutko jak myszka z nosem w książce i dane mi było przeczytać może z kilka stron! Przez pięć godzin!!
No, jak muchy do lepu tak do mnie ludzie do gadki lgnęli, narażając się na rosnącą i buzująca we mnie agresję! Wszyscy! Nawet kobita, z którą kiedyś się ścięłam - ona też coś do mnie gadała!
A ja chciałam tylko czytać!! Wrrrrr! Zaczynało się od :"sorki, przeszkodzę Ci ale chcę TYLKO o coś zapytać"...A kiedy odpowiedziałam - było: "bo wiesz,... bo ja,... bo coś tam..." i już poszłoo!
Robiłam za informatornię (przyzwyczaiłam się, trudno!), za "popilnuj-mi-torbę/płaszcz", a także za słuchacza, a raczej za słuchawkę ;-) No szok! Nie cieszyłam się taką "popularnością" do tej pory hihi.
W końcu poddałam się. Książka jest na tyle ciekawa, że nie nadaje się, aby ją profanować czytając na szybkiego, po łebkach, między jednym pytaniem a drugim...
A ma w sobie to COŚ!!! Oj, ma!
Już dawno (od Cejrowskiego - tylko trochę inaczej) nie miałam tak, żeby książka wzywała mnie, ciągnęła i kusiła tak intensywnie, żeby nie można obok niej przechodzić obojętnie...
I ta wspaniała, bolesna świadomość jej obecności w torebce/na szafce/na stole...kiedy przechodząc obok tak trudno się oprzeć, żeby nie złapać i choć stroniczkę, choć małego fragmentu nie przeczytać...Ale o samej książce kiedy indziej, bo to osobna historia...warta więcej uwagi i miejsca :-))
***
Potem był powrót do domu. Tym razem nie było walki o miejsce, bo zabrałyśmy się ze zmotoryzowaną koleżanką ;-) jej opelkiem.
I wtedy nagle...i dlatego...
Czy mężczyźni są światu potrzebni??
TAAAAAK!!
Jedziemy sobie oplem kumpeli, ciemno się zrobiło, bo to dzień krótki jeszcze, a godzina była po 20-ej, rozmowy pitu-pitu...jedziemy, a tu słyszę coś systematycznie plaska w okolicach koła tylnego, bo z tyłu siedziałam.
Ale nic nie mówię, bo po co, koleżanka wrażliwa, jeszcze pomyśli, że się wymądrzam, a to plaskanie tak ma być i już...a ja się nie znam?
Nagle słyszę koleżanki: "o, kurwa! Gumę złapałam!"
Wjechała na chodnik i cisza, czekamy.
Na co?
Wysiadajcie - mówię - zobaczymy co i jak i zmieniamy koło!
TO TY UMIEESZ?? - Spojrzały na mnie jak na kosmitę.
Sama bym pewnie na siebie tak spojrzała gdybym tego nie mówiła hahaha!
Wysiadłyśmy, patrzymy - dętka! Dla zasady chyba, jak na filmach, koleżanka kopnęła w oponę kozaczkiem na obcasach i spytała patrząc na mnie bezradnie: Na serio umiesz zmienić??
No, kiedyś zmieniłam, w "maluchu", sto lat temu ale zmieniłam, w takim oplu powinno być łatwiej...chyba?
Profesjonalnie i grupowo przystąpiłyśmy do przygotowań: kazałam zaciągnąć ręczny (i na biegu na wszelki wypadek zostawić), awaryjne włączyć, koło zapasowe tudzież inne sprzęty potrzebne naszykować...lewarek na przykład...No cóż, wszystko szło gładko i bardzo profesjonalnie do tego momentu.
Po pierwsze - nie bardzo mogłyśmy zdjąć kołpak, po drugie - nie bardzo mogłam dojść do ładu z lewarkiem. Ale o co się rozchodzi? myślałam, kręcąc we wszystkie strony bardzo dziwnym urządzeniem, na kształt korby. Niby wiedziałam, że to ma być pod autem zamontowane, coby owo auto do góry podnieść, ale za diabła chińskiego nie umiałam tego tak pod owym autem zamontować coby nie tylko korbelka współpracowała, obracała się jak trzeba, lewarek zadziałał i do góry auto chciał podnieść, ale jeszcze się przy tym nie przewrócił na bok i podniesionym autem o glebę nie pizdło! Pokręciłam korbelką, poklęczałam przy zdechłym kole, coby po ciemku (latarki NIET!) namacać dziurkę/uchwyt na ten lewarek, prawidłowo i profesjonalnie podrapałam się po głowie, spojrzałam na zegarek i...wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł: zatrzymamy jakiegoś FACETA do pomocy!!!
Koleżanki nie oponowały, zwłaszcza, że do domu daleko, a godzina jakby nieco późniejsza się nagle zrobiła ;-)
Tyle tylko, że to nie było takie łatwe, bo godzina późnawa, trasa szybkiego ruchu (tak wynikało z szybkiego-ruchu-samochodów przemieszczających się mimo), a ja stoję przy krawężniku jedną ręką machając na samochody, a w drugiej dzierżąc głupi i skomplikowany lewarek!
Pewnie żaden normalny człowiek by się nie zatrzymał na ten widok, gdyby nie fakt bocznej uliczki włączającej się do owej trasy...Pan, który włączał się do ruchu nie miał żadnych szans. Widział co się dzieje, bo trochę włączanie mu zajęło i kiedy WOLNO włączał się - ja już do niego kiwałam lewarkiem ;-)) By się spróbował nie zatrzymać! hihi.
Co się okazało?
FACECI SĄ ŚWIATU POTRZEBNI!!! Serio-serio.
Pan dłuższą chwilę szarpał się z kołpakiem (nie zdjęły-byśmy-go-za-diabła!), potem kolejną dłuższą chwilę ze śrubami w kole (stawał na kluczu, żeby drgnęły, że o odkręceniu nie wspomnę!), a w końcu zobaczywszy lewarek (jego mina była niewidoczna w tych ciemnościach) - pobiegł do swojego samochodu.
Uciekł! - pomyślałyśmy jednocześnie...
Nie! Przyniósł swój, trochę inaczej wyglądający i zupełnie inaczej działający LEWAREK!!
I od tej chwili upłynęło dosłownie 10 minut do zakończenia misji zmiany opony!
I było po wszystkim.
A my ślicznie dziękując (za istnienie facetów też!) pomachałyśmy mu na do widzenia i pognałyśmy bezpiecznie do domu.
***
... i to by było na tyle..?
niee - jeszcze jedno! Dzisiaj też byłam na "zajęciach"...całe 15 minut! Noszsz k.....!
;-)))
Kika ma nową fascynację - kran, z którego czasami zwisa "sznurek" nie dający się chwycić ani łapką lewą, ani prawą, nie można go ugryźć...można go za to polizać, zmoczyć sobie głowę, wciągnąć nosem i nalać do ucha...;-)
Tak ją zajmuje zagadka kranu, że gdy tylko ktoś wchodzi do łazienki już słychać kopytkowanie i z całym impetem Kikor ląduje na wannie, a zaraz potem na zlewie i się zaczyna łapanie przez chwytanie ;-) A gdy się zmoczy albo ktoś zakręci kran - wyczekuje jeszcze chwilę, bo a nuż...może jeszcze coś kapnie.. a potem wypada z łazienki, biegnie do pokoju i nie rozumiejąc czemu, przewraca się na zakrętach i stempluje podłogę ;-)
***
Warszawka łikendowo mnie strasznie zmęczyła!
Piątek: trzy godziny zajęć, pięć godzin przerwy, półtorej godziny zajęć!
Kto to wytrzyma?!
Miałam książkę Łukjanienki (Nocny Patrol), cieszyłam się jak głupia, że sobie poczytam! Książka ciągnie mnie i wzywa, a ja nie mam kiedy jej czytać! W pociągu nic z tego - wiadomo z koleżanką pitu-pitu. Ale pocieszałam się, że jak będziemy na Uniwerku - ona sobie pogada z innymi dziewczynami, bo bardzo to lubi, a ja się zaszyję w jakiś kącik i PIĘĆ GODZIN swobodnego czytania. Pięć! Ni ch...ja! Nie wiem, może ktoś mi odpowie - czy zaczytana, bardzo wczytana osoba jakoś prowokuje?! Siedziałam sobie cichutko jak myszka z nosem w książce i dane mi było przeczytać może z kilka stron! Przez pięć godzin!!
No, jak muchy do lepu tak do mnie ludzie do gadki lgnęli, narażając się na rosnącą i buzująca we mnie agresję! Wszyscy! Nawet kobita, z którą kiedyś się ścięłam - ona też coś do mnie gadała!
A ja chciałam tylko czytać!! Wrrrrr! Zaczynało się od :"sorki, przeszkodzę Ci ale chcę TYLKO o coś zapytać"...A kiedy odpowiedziałam - było: "bo wiesz,... bo ja,... bo coś tam..." i już poszłoo!
Robiłam za informatornię (przyzwyczaiłam się, trudno!), za "popilnuj-mi-torbę/płaszcz", a także za słuchacza, a raczej za słuchawkę ;-) No szok! Nie cieszyłam się taką "popularnością" do tej pory hihi.
W końcu poddałam się. Książka jest na tyle ciekawa, że nie nadaje się, aby ją profanować czytając na szybkiego, po łebkach, między jednym pytaniem a drugim...
A ma w sobie to COŚ!!! Oj, ma!
Już dawno (od Cejrowskiego - tylko trochę inaczej) nie miałam tak, żeby książka wzywała mnie, ciągnęła i kusiła tak intensywnie, żeby nie można obok niej przechodzić obojętnie...
I ta wspaniała, bolesna świadomość jej obecności w torebce/na szafce/na stole...kiedy przechodząc obok tak trudno się oprzeć, żeby nie złapać i choć stroniczkę, choć małego fragmentu nie przeczytać...Ale o samej książce kiedy indziej, bo to osobna historia...warta więcej uwagi i miejsca :-))
***
Potem był powrót do domu. Tym razem nie było walki o miejsce, bo zabrałyśmy się ze zmotoryzowaną koleżanką ;-) jej opelkiem.
I wtedy nagle...i dlatego...
Czy mężczyźni są światu potrzebni??
TAAAAAK!!
Jedziemy sobie oplem kumpeli, ciemno się zrobiło, bo to dzień krótki jeszcze, a godzina była po 20-ej, rozmowy pitu-pitu...jedziemy, a tu słyszę coś systematycznie plaska w okolicach koła tylnego, bo z tyłu siedziałam.
Ale nic nie mówię, bo po co, koleżanka wrażliwa, jeszcze pomyśli, że się wymądrzam, a to plaskanie tak ma być i już...a ja się nie znam?
Nagle słyszę koleżanki: "o, kurwa! Gumę złapałam!"
Wjechała na chodnik i cisza, czekamy.
Na co?
Wysiadajcie - mówię - zobaczymy co i jak i zmieniamy koło!
TO TY UMIEESZ?? - Spojrzały na mnie jak na kosmitę.
Sama bym pewnie na siebie tak spojrzała gdybym tego nie mówiła hahaha!
Wysiadłyśmy, patrzymy - dętka! Dla zasady chyba, jak na filmach, koleżanka kopnęła w oponę kozaczkiem na obcasach i spytała patrząc na mnie bezradnie: Na serio umiesz zmienić??
No, kiedyś zmieniłam, w "maluchu", sto lat temu ale zmieniłam, w takim oplu powinno być łatwiej...chyba?
Profesjonalnie i grupowo przystąpiłyśmy do przygotowań: kazałam zaciągnąć ręczny (i na biegu na wszelki wypadek zostawić), awaryjne włączyć, koło zapasowe tudzież inne sprzęty potrzebne naszykować...lewarek na przykład...No cóż, wszystko szło gładko i bardzo profesjonalnie do tego momentu.
Po pierwsze - nie bardzo mogłyśmy zdjąć kołpak, po drugie - nie bardzo mogłam dojść do ładu z lewarkiem. Ale o co się rozchodzi? myślałam, kręcąc we wszystkie strony bardzo dziwnym urządzeniem, na kształt korby. Niby wiedziałam, że to ma być pod autem zamontowane, coby owo auto do góry podnieść, ale za diabła chińskiego nie umiałam tego tak pod owym autem zamontować coby nie tylko korbelka współpracowała, obracała się jak trzeba, lewarek zadziałał i do góry auto chciał podnieść, ale jeszcze się przy tym nie przewrócił na bok i podniesionym autem o glebę nie pizdło! Pokręciłam korbelką, poklęczałam przy zdechłym kole, coby po ciemku (latarki NIET!) namacać dziurkę/uchwyt na ten lewarek, prawidłowo i profesjonalnie podrapałam się po głowie, spojrzałam na zegarek i...wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł: zatrzymamy jakiegoś FACETA do pomocy!!!
Koleżanki nie oponowały, zwłaszcza, że do domu daleko, a godzina jakby nieco późniejsza się nagle zrobiła ;-)
Tyle tylko, że to nie było takie łatwe, bo godzina późnawa, trasa szybkiego ruchu (tak wynikało z szybkiego-ruchu-samochodów przemieszczających się mimo), a ja stoję przy krawężniku jedną ręką machając na samochody, a w drugiej dzierżąc głupi i skomplikowany lewarek!
Pewnie żaden normalny człowiek by się nie zatrzymał na ten widok, gdyby nie fakt bocznej uliczki włączającej się do owej trasy...Pan, który włączał się do ruchu nie miał żadnych szans. Widział co się dzieje, bo trochę włączanie mu zajęło i kiedy WOLNO włączał się - ja już do niego kiwałam lewarkiem ;-)) By się spróbował nie zatrzymać! hihi.
Co się okazało?
FACECI SĄ ŚWIATU POTRZEBNI!!! Serio-serio.
Pan dłuższą chwilę szarpał się z kołpakiem (nie zdjęły-byśmy-go-za-diabła!), potem kolejną dłuższą chwilę ze śrubami w kole (stawał na kluczu, żeby drgnęły, że o odkręceniu nie wspomnę!), a w końcu zobaczywszy lewarek (jego mina była niewidoczna w tych ciemnościach) - pobiegł do swojego samochodu.
Uciekł! - pomyślałyśmy jednocześnie...
Nie! Przyniósł swój, trochę inaczej wyglądający i zupełnie inaczej działający LEWAREK!!
I od tej chwili upłynęło dosłownie 10 minut do zakończenia misji zmiany opony!
I było po wszystkim.
A my ślicznie dziękując (za istnienie facetów też!) pomachałyśmy mu na do widzenia i pognałyśmy bezpiecznie do domu.
***
... i to by było na tyle..?
niee - jeszcze jedno! Dzisiaj też byłam na "zajęciach"...całe 15 minut! Noszsz k.....!
;-)))
6 paź 2008
Resecik łikendowy
Bez fanfar, inauguracji specjalnej, ale za to ze szkoleniem z USOS-a …
Niniejszym ostatni rok studiów uważa się za rozpoczęty!
A łikend w Warszawie po prostu odświeżający!…
Po głośnych/radosnych/wylewnych powitaniach z dziewczynami (nie widziałyśmy się w końcu ok. 4 miesięcy), po wstępnych i obowiązkowych stresach związanych z rejestracją w systemie USOS (pierwsze koty za płoty-czyli nie było tak źle), po nerwach czy dużo punktów do zrobienia mi zostało, po niepokojach czy będzie tyle fakultetów, które pozwolą te punkty nadrobić…po tym wszystkim, a działo się to w piątek i przez połowę soboty – nagle cisza! Spokój i luz!
Miły, luźny, rozgadany łikend pełen śmiechów i opowieści-dziwnych-treści…
Okazało się, że nerwy z rejestracją nie były potrzebne – poszło łatwo i szybko…nie taki diabeł straszny!
Okazało się, że stresy z punktami i fakultetami niepotrzebne były tym bardziej – brakuje mi dosłownie kilku! Wszystko zdążę bez obciążania się za bardzo w następnym semestrze. Nie ma przeszkód, żeby zasiąść do intensywnego pisania pracy! Do PISANIA!
No i spotkanie z dziewczynami (hihi, niektóre są dobrze po 50-tce!) radosne, rozgadane, sympatyczne i fajne!
Lubię tam jeździć! Lubię atmosferę Krakowskiego Przedmieścia, Uniwerka, dostrzegalne zmiany za każdym razem kiedy tam jadę!
No i pikanterii dodawał fakt, że chodzę po ulicach, po których chodzą codziennie dziewczyny (niektóre) piszące blogi czytane przez mnie. Może nawet mijałam jedną z nich ;-)))
A tak poza wszystkim – taki reset bardzo mi się przydał! BARDZO!
Odskocznia, oderwanie od rutyny, inne realia i nawet inne problemy. No i ta atmosfera wycieczki szkolnej hihi. Mówię oczywiście o wieczorach!
Czas akcji - noc z soboty na niedzielę.
Miejsce akcji - kwatera czyli nasza studencka "noclegownia"
Akcja! Drinusie i gadki do późnej nocy, niekończące się opowieści z życia wzięte – niektóre fajne, inne nie! Boszszsz! Co ja się nasłuchałam! Może kiedyś coś na ten temat napiszę – teraz nie mam na to czasu ani siły.
Inauguracja udana, odprężająca, relaksująca. Wykłady, jak wykłady – jedne ciekawe, inne nudy-brak akcji.
Najważniejsze dla mnie – mam już jasność co i jak!
A po drugie – mam luźniej w głowie! Jestem mile odprężona! Si!
No i po trzecie hihi – Szreku tak jakby się stęsknił trochę?
No i po czwarte – nie zadali pracy domowej ;-))
A po piąte - enerdżajzery podładowane pozytywnie! No do jutra pewnie wystarczy hihi.
A więc do następnego zjazdu za dwa tygodnie.
Za fajne spotkanie! Za nowy/ostatni rok studiów (oby!) !!!
Za nas !!!

P.S. Studiowanie jest przyjemne. Chociaż stresów nie brakuje!
Wyobrażam sobie jakie musi być przyjemne studiowanie dzienne! W odpowiednim czasie, kiedy głowa młoda, pojemna i łatwo przyswaja wszystko co ma przyswajać...nie ma tylu obowiązków w pracy i w domu!
Ale ja jak zwykle opóźniona...jak ze wszystkim hihi. Taka karma i już.
Niniejszym ostatni rok studiów uważa się za rozpoczęty!
A łikend w Warszawie po prostu odświeżający!…
Po głośnych/radosnych/wylewnych powitaniach z dziewczynami (nie widziałyśmy się w końcu ok. 4 miesięcy), po wstępnych i obowiązkowych stresach związanych z rejestracją w systemie USOS (pierwsze koty za płoty-czyli nie było tak źle), po nerwach czy dużo punktów do zrobienia mi zostało, po niepokojach czy będzie tyle fakultetów, które pozwolą te punkty nadrobić…po tym wszystkim, a działo się to w piątek i przez połowę soboty – nagle cisza! Spokój i luz!
Miły, luźny, rozgadany łikend pełen śmiechów i opowieści-dziwnych-treści…
Okazało się, że nerwy z rejestracją nie były potrzebne – poszło łatwo i szybko…nie taki diabeł straszny!
Okazało się, że stresy z punktami i fakultetami niepotrzebne były tym bardziej – brakuje mi dosłownie kilku! Wszystko zdążę bez obciążania się za bardzo w następnym semestrze. Nie ma przeszkód, żeby zasiąść do intensywnego pisania pracy! Do PISANIA!
No i spotkanie z dziewczynami (hihi, niektóre są dobrze po 50-tce!) radosne, rozgadane, sympatyczne i fajne!
Lubię tam jeździć! Lubię atmosferę Krakowskiego Przedmieścia, Uniwerka, dostrzegalne zmiany za każdym razem kiedy tam jadę!
No i pikanterii dodawał fakt, że chodzę po ulicach, po których chodzą codziennie dziewczyny (niektóre) piszące blogi czytane przez mnie. Może nawet mijałam jedną z nich ;-)))
A tak poza wszystkim – taki reset bardzo mi się przydał! BARDZO!
Odskocznia, oderwanie od rutyny, inne realia i nawet inne problemy. No i ta atmosfera wycieczki szkolnej hihi. Mówię oczywiście o wieczorach!
Czas akcji - noc z soboty na niedzielę.
Miejsce akcji - kwatera czyli nasza studencka "noclegownia"
Akcja! Drinusie i gadki do późnej nocy, niekończące się opowieści z życia wzięte – niektóre fajne, inne nie! Boszszsz! Co ja się nasłuchałam! Może kiedyś coś na ten temat napiszę – teraz nie mam na to czasu ani siły.
Inauguracja udana, odprężająca, relaksująca. Wykłady, jak wykłady – jedne ciekawe, inne nudy-brak akcji.
Najważniejsze dla mnie – mam już jasność co i jak!
A po drugie – mam luźniej w głowie! Jestem mile odprężona! Si!
No i po trzecie hihi – Szreku tak jakby się stęsknił trochę?
No i po czwarte – nie zadali pracy domowej ;-))
A po piąte - enerdżajzery podładowane pozytywnie! No do jutra pewnie wystarczy hihi.
A więc do następnego zjazdu za dwa tygodnie.
Za fajne spotkanie! Za nowy/ostatni rok studiów (oby!) !!!
Za nas !!!

P.S. Studiowanie jest przyjemne. Chociaż stresów nie brakuje!
Wyobrażam sobie jakie musi być przyjemne studiowanie dzienne! W odpowiednim czasie, kiedy głowa młoda, pojemna i łatwo przyswaja wszystko co ma przyswajać...nie ma tylu obowiązków w pracy i w domu!
Ale ja jak zwykle opóźniona...jak ze wszystkim hihi. Taka karma i już.
Subskrybuj:
Posty (Atom)