- Sajmon przechorował większą część września. Gdyby nie moja mama, musiałabym iść na zwolnienie zanim wróciłam do pracy. Jaka jest, taka jest, ale bardzo pomogła i stanęła na wysokości zadania. Dwukrotnie. W ten sposób adaptacja żłobkowa nie trwała więcej niż 10 dni. Dobrze, że choć tyle. Zobaczymy jaki będzie październik, ale nie mam złudzeń i cudów nie oczekuję.
- Ogrzyk i tak skorzystał z tych dni w żłobku – coraz częściej słyszę „ja!”, kiedy próbuje samodzielnie coś zrobić, pije z kubka (zwykłego! żegnaj niekapku!), próbuje też samodzielnie jeść (tylko ciągle jest za mało cierpliwy albo za bardzo wygodny), włazi na meble i dosięga rzeczy, których nie powinien (z tego się akurat średnio cieszę), podskakuje mówiąc przy tym „hop!”, próbuje śpiewać (słodkie to!), gania kocicę (hmm, na tym polu czeka nas prawdziwa walka i przeprawa, bo jest bardzo niedelikatny), wszystko wymusza krzykiem i płaczem (w myśl zasady: maj-łej-or-no-łej)
- mówi coraz więcej, a przynajmniej próbuje: moja mama, mój tata, mama, tata i ja!, dapcije (dobrze), pada, citek (to do Kiki), bucia (picie), mama-Ania, tata-dziś (zamiast Krzyś), buba (kupa), boji (boli), tata, a to-to? (a co to?)
Rozrzuca zabawki. Tłumaczę mu, że jak przyjdzie tata, to będzie jak zwykle płacz przy sprzątaniu (bo tego akurat nie lubi – fajniejsze jest rozpirzanie zabawek po pokoju). Na to Ogrzyk, nie przerywając rozpierduchy – "Bach, bach! Tata: niuniu. Ja: uuu-aaa-uuu" (udając swój płacz, udawany zresztą). I dokładnie tak było. ;-))
Innym razem wchodzę do pokoju po powrocie z pracy i udaję szok na widok bałaganu (babcia zdążyła mi wcześniej naskarżyć). Pytam – kto tak nabałaganił?! Słyszę – ja! (nawet pokazuje na siebie paluszkiem). Pytam – a kto to wszystko posprząta? Słyszę – tata!
- wrzesień był też masakryczny pod względem finansowym. Wiem: ile by się nie miało kasy -zawsze będzie za mało, ale i tak mnie wkurwia to, jak bardzo wszystko zdrożało, jak trzeba każdą złotówkę pilnować i jak na złość - wszystko się, kurwa, psuje, buty się niszczą, ciuchów praktycznie nie mam… i w kolejce ustawiają się sprawy do załatwienia na przedwczoraj …! Do tego dochodzą opłaty za żłobek, ciuchy…pierdylion ważnych wydatków :-(
- nerwy i ciągły stres spowodowały poważny spadek formy, zwłaszcza psychicznej. A co za tym idzie wysiada mi zdrowie. Głownie głowa i serce. W poniedziałek idę do kardiologa. Albo mam nerwicę (zaawansowaną ździebko) albo coś się spsuło w serduchu.
- i jeszcze my ze Szrekiem… bardzo ostatnio kryzysowo między nami, bardzo źle.
- powrót do pracy, a zwłaszcza moja „nowa” kierownica to zupełnie osobny temat dlatego o tym napiszę inną razą.
- a na koniec prawdziwa masakra, która mnie absolutnie zdołowała… Szreka brat cioteczny ma dwie córki – 4,5 i 2,3-latki. Młodsza dwa tygodnie temu osowiała, osłabła… Badanie krwi – ostra białaczka. Niesprawiedliwe! Niezrozumiałe. Bardzo bolesne. Walczą, a jedyne co ja mogę zrobić, to trzymać kciuki.
11 paź 2012
13 wrz 2012
Ciężkie jest życie bez neta!
Jest to szczególnie frustrujące, kiedy się mieszka pod jednym dachem z informatykiem, gad demyt! Cały tydzień czekałam na naprawę, ale jak wiadomo szewc bez butów i pod latarnią najciemniej! Udało się! Naklikał, postękał, pomyślał, podrapał się po głowie i ...naprawił! "Maj hiroł!", że zacytuję Kobietę ;-)
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!
Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć?
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))
Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi.
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!
Dobra, znowu się nazbierało, więc do rzeczy!
Pierwszy tydzień
Cztery dni chodzenia do żłoba. Cztery dni adaptacji, ryków Małego (i moich). Cztery dni ciężkiej emocjonalnej huśtawki, wyrzutów sumienia, nerwów i frustracji. Czułam się jakbym przewaliła trzy tony węgla z jednej góry na drugą. Nie! Wtedy czułabym się lepiej… Zapisałam się nawet na jogę, ale tym razem nie przyniosła mi ulgi, nie odprężyła. Wnerwiały mnie te ćwiczenia, nie mogłam się skupić, miałam galop myśli w głowie. To nie ma sensu. Widocznie teraz potrzebuję innej formy aktywności. Może muszę dostać bardziej w kość, być bardziej zmęczona, żeby nie myśleć?
Dzień piąty, a właściwie noc z czwartku na piątek. Budzi nas płacz Ogrzyka. Poznaję objawy – katar. Nie śpimy zbyt wiele do rana. Jeszcze rano miałam przez chwilkę wątpliwości – dać Małego do żłobka czy nie. Zadzwoniłam, żeby zgłosić, że Szymek zostaje w domu. Byłam już piątym rodzicem z tej grupy – infekcja. Łikend wiadomo – siedzenie w domu (a taka cudna pogoda!), marudy, walka o czyszczenie nosa, lipomal (dzięks Kobieto!) witamina C, brak apetytu… Mierzenie temperatury to już tylko formalność. Z piątku na sobotę ma prawie 39 stopni. Na szczęście w niedzielę jest lepiej. Ogrzykowi, bo Szreku dostał katar i wiadomo - Ogr z katarem jest ciężko chory! ;-))
Tydzień drugi
W poniedziałek Ogrzyk ma się już całkiem dobrze więc szykujemy się do żłobka. Tym razem ryk zaczyna się już w domu i trwa przez całą drogę do żłobka. Dobrze, że jest tylko kilka kroków. W szatni tak się rozrzewnia, że i ja mam wielką gulę w gardle i głos mnie zawodzi. Po wyjściu ze żłobka ryczę Szrekowi do słuchawki. Ale gdy potem odbieram Ogrzyka, Mały nie rzuca się na mnie rozpaczliwie z płaczem tylko tak sobie buczy, bez łez… Zupełnie jakby „formalności” miało stać się za dość, żebym sobie nie pomyślała, że mu się podobało. ;-) A pani mówi, że płakał dziś tylko kilka minutek i potem się ładnie bawił.
Wtorek – Szreku zostaje w domu (no, chory przecież) i to on odprowadza Ogrzyka. Nic! Bez łez. Może to ja na niego tak działam? Po Szymka idziemy razem. Ponoć zjadł obiad, nawet się trochę poplamił buraczkami (??). On takich rzeczy nawet do ust nie bierze! A po obiedzie poszedł za dziećmi do sypialni. No, skoro tak – planujemy kolejnego dnia zostawić go na drzemkę. Po powrocie do domu, Ogrzyk krzyczy od drzwi: „mama jeeśś!”. Hmm, a ten obiad przed chwilą? Nic to, daję Młodemu zupy – zjada! Ma bardzo dobry humor. My też.
Potem jeszcze zebranie w żłobku. Pierwsze zebranie w moim rodzicielskim życiu. Oglądamy salę zabaw, sypialnię (te słodkie, malutkie łóżeczka jak dla krasnali), łazienkę, jadalnię, dowiaduję się ile jeszcze trzeba dopłacić (za posiłki liczą osobno) i omawiają swoją działalność. Podoba mi się, że stawiają na samodzielność maluchów i to, że bardzo dbają o różnorodność zajęć.
Środa – Szymek zostaje na poobiednią drzemkę. Szreku ciągle chory więc też w domu. Mnie boli gardło, ale ktoś musi być twardy, nie mietki, tak? Idziemy po Ogrzyka razem. Przychodzi do nas taki spokojny (rozespany? temperatura wróciła?). Dotykam czoła – ciepłe, ale bez gorączki. Pani zadowolona mówi, że ładnie się bawił i poszedł spać bez problemu i bez swojego jaśka-przytulaka. To jest dla nas szok – w domu bez tego ani rusz!
Dzisiaj, czyli czwartek – dziś zostaje prawie do 16-tej. Nie ma, że boli! W poniedziałek wracam do pracy więc będzie miał przedsmak, a ja zorientuję się jak to znosi.
To bardzo trudny czas dla mnie. Oddanie Ogrzyka do żłobka to bolesne doświadczenie, ale wiem, że konieczne. Dla niego (i tak go czeka przedszkole, więc kiedyś to musiało się stać) i dla nas! Muszę natychmiast wrócić do pracy, bo mamy katastrofę finansową. Złożyło się na to kilka boleśnie kosztownych spraw, a w końcu wyszykowanie Młodego do żłobka i opłaty i ledwie połowa miesiąca, a my już bez kasy. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz lepiej. Moja pensja żadnej rewolucji w budżecie nie zrobi, ale będzie!
Wiem już, w której filii będę pracować, bo, że nie ma powrotu do tej sprzed ciąży wiedziałam od razu. Chociaż dyrka nie chciała mi iść na rękę, co do pół etatu – wyznaczyła mi filię na moim osiedlu. To ma same plusy – do pracy blisko, spacerkiem gdzieś tak ze 20 minut (tak myślę, sprawdzę w poniedziałek), nie będę musiała płacić za dojazdy, no i się poruszam! Bo z jogi muszę zrezygnować. Nie tylko ze względu na to, że mnie wnerwia i ze względu na brak kasy, ale także na godziny (we wtorki i czwartki praktycznie nie widywałabym Ogrzyka, a tego nie chcę!). Minusem tej filii jest kierowniczka… Cóż, nie napiszę złego słowa, bo postanowiłam sobie, że nie będę się nakręcać, a to się stanie, jak zacznę o niej pisać. Więc pssst i sza! Ale za to jakie godziny pracy! Jest to lokal, wynajmowany od spółdzielni mieszkaniowej, więc godziny pracy są dostosowane do właściciela budynku! Tylko raz będę pracować do 18-ej (!), raz do 17-ej, a trzy razy w tygodniu – uwaga! – do 15-ej! Jesss! A więc chrzanię kierownicę, zaciskam pośladki i do roboty!! Najwyżej będę dużo popijać meliski, albo innych kropelek na uspokojenie. A potem odreaguję w drodze powrotnej, podczas dynamicznego marszu do żłobka, po mojego Szymonka!
Etykiety:
Fjona na skraju,
Sajmonek,
samo życie Fjony,
żłobek
3 wrz 2012
Przeżyć żłobek i nie zwariować
... czyli Fjona-cienki Bolek.
Pierwsze koty za płoty! To dzisiaj był debiut żłobkowy. Ależ to zleciało!
Ogrzyk, zgodnie ze swoim przekornym charakterkiem, dzisiaj nie chciał nawet zbliżyć się do schodów żłobka. Chociaż (odkąd sam chodzi) za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy, wdrapywał się na nie ochoczo i nie dał się zabrać. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, a wszelkie formalności zostały zakończone – nadejszła wiekopomna chwila: wejście na salę.
I proszsz!
Pooszedł! Prosto do zabawkowej kuchni, bo szafki miały drzwiczki i do tego talerzyki, widelczyki i malunie filiżaneczki. Można było otwierać i zamykać, wyjmować i układać, a potem wkładać z powrotem do szafeczki i zamykać drzwi, znowu i znowu. Nie widział mnie! Dobry start, obiecujący. W ramach eksperymentu zostałam nawet poproszona o wyjście na korytarz, niech się oswaja, że mnie nie ma w zasięgu wzroku. Minęło ok. 15-20 minut. W tym czasie dookoła panował taki harmider, że głowa pękała w szwach. Rodzice przyprowadzali kolejne dzieci, wchodzili, wychodzili, wracali, panie wychodziły i każdemu po kolei tłumaczyły co i jak… Ja tylko łapałam kontakt wzrokowy z opiekunkami i pytałam jak tam. Było oki. I w pewnym momencie usłyszałam płacz, który szybko przeszedł w krzyk. Nie, to nie Ogrzyk. Ale do malucha dołączyły jeszcze ze dwa, potem trzy głosy, a gdy kolejny raz drzwi się otworzyły widziałam Ogrzyka jak biegnie w stronę drzwi z wyraźną „podkówką” na buzi i z okrzykiem „mama!”. Potem pytałam pani, kiedy zaczął płakać, powiedziała, że przestraszył się krzyku jednego z chłopców (faktycznie piszczał tak, że uszy bolały!). W każdym razie Szymuś rozkręcił się i rozżalił na maksa. Pani zasugerowała, że może na dzisiaj wystarczy i mogę go zabrać. Bardzo chętnie, bo hałas mnie zmasakrował, a emocjonalnie byłam bliska dołączenia do ryku mojego synka. Zwłaszcza, że w Sali płakało już z siedmioro dzieciaczków. Tylko, że Ogrzyk z Sali wyszedł, ale ze żłobka wyprowadzić się nie dał! I tak staliśmy na korytarzu, on ryczał, ja pytałam gdzie chce iść, a on nie mógł się zdecydować. W końcu drzwi do Sali otworzyły się po raz pierdylion siedemdziesiąty dziewiąty, a wtedy Szymek zwyczajnie wszedł do środka (nie przestając ryczeć). I stał tam taki rozdarty, niezdecydowany i nieszczęśliwy, bo „jego” kuchnia była zajęta! I z tej frustracji zaczął nawet rzucać plastikowymi talerzami o podłogę… A ponieważ nie bardzo chciał się uspokoić, a jakaś dziewczynka, która podeszła do niego po chwili też się rozpłakała – dałam za wygraną. Wyszliśmy. On cały spocony od płaczu, z zaparowanymi okularkami, z gilami do pasa i ja mokra, spięta i z histerią gotową za zakrętem. Jeszcze na zewnątrz dwa razy mi się wyrywał i biegiem wracał do żłobka…
A potem, w domu, kiedy przyszła babcia i zajęła się małym diabełkiem, mama (czytaj: stara i głupia Fjona) opowiedziała wszystko Szrekowi, zalewając siebie i telefon rzęsistymi łzami. Tak się rozkręciłam, że kiedy zadzwonił mój brat (też ciekawy jak tam debiucik Szymka), wystraszyłam go nie na żarty, bo nie mogłam wydusić słowa. No, waryjatka jakaś!
Ech, menopauza już coraz bliżej, nie ma to tamto!
A teraz siedzę przy laktopie, nie mam sił i ochoty na robienie czegokolwiek, a Ogrzyk śpi i co jakiś czas mówi coś przez sen! Przeżywa.
Jutro podejście drugie. Jedno, co mi się nie podoba, to bardzo duża grupa – doliczyłam się ok. 26 dzieciaczków! Młodsze grupy są mniej liczne. Cóż, nic się na to nie poradzi. I tak wiele dzieci jest jeszcze na listach rezerwowych.
A dzisiaj nasza siódma rocznica ślubu (wełniana lub miedziana). Nawet nie wiem czy to jakoś uczcimy… Teraz czuję się emocjonalnie wypompowana. Może do wieczora mi przejdzie, podładuję trochę akumulator i nabiorę ochoty na cokolwiek?
Psst: wielkie dzięki za wsparcie, kciuki i rękaw do wypłakania użyczony przez pewną Kobietę. ;-))
Pierwsze koty za płoty! To dzisiaj był debiut żłobkowy. Ależ to zleciało!
Ogrzyk, zgodnie ze swoim przekornym charakterkiem, dzisiaj nie chciał nawet zbliżyć się do schodów żłobka. Chociaż (odkąd sam chodzi) za każdym razem kiedy tamtędy przechodziliśmy, wdrapywał się na nie ochoczo i nie dał się zabrać. Kiedy w końcu weszliśmy do środka, a wszelkie formalności zostały zakończone – nadejszła wiekopomna chwila: wejście na salę.
I proszsz!
Pooszedł! Prosto do zabawkowej kuchni, bo szafki miały drzwiczki i do tego talerzyki, widelczyki i malunie filiżaneczki. Można było otwierać i zamykać, wyjmować i układać, a potem wkładać z powrotem do szafeczki i zamykać drzwi, znowu i znowu. Nie widział mnie! Dobry start, obiecujący. W ramach eksperymentu zostałam nawet poproszona o wyjście na korytarz, niech się oswaja, że mnie nie ma w zasięgu wzroku. Minęło ok. 15-20 minut. W tym czasie dookoła panował taki harmider, że głowa pękała w szwach. Rodzice przyprowadzali kolejne dzieci, wchodzili, wychodzili, wracali, panie wychodziły i każdemu po kolei tłumaczyły co i jak… Ja tylko łapałam kontakt wzrokowy z opiekunkami i pytałam jak tam. Było oki. I w pewnym momencie usłyszałam płacz, który szybko przeszedł w krzyk. Nie, to nie Ogrzyk. Ale do malucha dołączyły jeszcze ze dwa, potem trzy głosy, a gdy kolejny raz drzwi się otworzyły widziałam Ogrzyka jak biegnie w stronę drzwi z wyraźną „podkówką” na buzi i z okrzykiem „mama!”. Potem pytałam pani, kiedy zaczął płakać, powiedziała, że przestraszył się krzyku jednego z chłopców (faktycznie piszczał tak, że uszy bolały!). W każdym razie Szymuś rozkręcił się i rozżalił na maksa. Pani zasugerowała, że może na dzisiaj wystarczy i mogę go zabrać. Bardzo chętnie, bo hałas mnie zmasakrował, a emocjonalnie byłam bliska dołączenia do ryku mojego synka. Zwłaszcza, że w Sali płakało już z siedmioro dzieciaczków. Tylko, że Ogrzyk z Sali wyszedł, ale ze żłobka wyprowadzić się nie dał! I tak staliśmy na korytarzu, on ryczał, ja pytałam gdzie chce iść, a on nie mógł się zdecydować. W końcu drzwi do Sali otworzyły się po raz pierdylion siedemdziesiąty dziewiąty, a wtedy Szymek zwyczajnie wszedł do środka (nie przestając ryczeć). I stał tam taki rozdarty, niezdecydowany i nieszczęśliwy, bo „jego” kuchnia była zajęta! I z tej frustracji zaczął nawet rzucać plastikowymi talerzami o podłogę… A ponieważ nie bardzo chciał się uspokoić, a jakaś dziewczynka, która podeszła do niego po chwili też się rozpłakała – dałam za wygraną. Wyszliśmy. On cały spocony od płaczu, z zaparowanymi okularkami, z gilami do pasa i ja mokra, spięta i z histerią gotową za zakrętem. Jeszcze na zewnątrz dwa razy mi się wyrywał i biegiem wracał do żłobka…
A potem, w domu, kiedy przyszła babcia i zajęła się małym diabełkiem, mama (czytaj: stara i głupia Fjona) opowiedziała wszystko Szrekowi, zalewając siebie i telefon rzęsistymi łzami. Tak się rozkręciłam, że kiedy zadzwonił mój brat (też ciekawy jak tam debiucik Szymka), wystraszyłam go nie na żarty, bo nie mogłam wydusić słowa. No, waryjatka jakaś!
Ech, menopauza już coraz bliżej, nie ma to tamto!
A teraz siedzę przy laktopie, nie mam sił i ochoty na robienie czegokolwiek, a Ogrzyk śpi i co jakiś czas mówi coś przez sen! Przeżywa.
Jutro podejście drugie. Jedno, co mi się nie podoba, to bardzo duża grupa – doliczyłam się ok. 26 dzieciaczków! Młodsze grupy są mniej liczne. Cóż, nic się na to nie poradzi. I tak wiele dzieci jest jeszcze na listach rezerwowych.
A dzisiaj nasza siódma rocznica ślubu (wełniana lub miedziana). Nawet nie wiem czy to jakoś uczcimy… Teraz czuję się emocjonalnie wypompowana. Może do wieczora mi przejdzie, podładuję trochę akumulator i nabiorę ochoty na cokolwiek?
Psst: wielkie dzięki za wsparcie, kciuki i rękaw do wypłakania użyczony przez pewną Kobietę. ;-))
21 sie 2012
Słownik Ogrzyka
Szymek stara się jak może i coraz bardziej zależy mu na komunikacji z nami. Ale nie tylko tej gestykulowanej i pokazywanej. Chce być zrozumiany. Poza tym, coraz częściej spotykamy inne dzieci, które mówią do niego, ale go nie rozumieją. To też jest silną motywacją.
I dobrze, bo już za chwilę zaczynamy żłobek!
Oto niektóre nowości:
- sio! = (z odpowiednim gestem) wiadomo
- jeśś = jeść
- mniam mniam = zamiennie jedzenie i picie
- dać = daj
- ta(ć) = tak
- maja-maja (koniecznie dwa razy powtórzone, nie wiem czemu) = samolot, a także rzeczy, które poruszają się góra-dół (np. winda)
- ap-ap = kap kap, generalnie woda (ta w kałuży też), albo też jak coś spada lub się przewraca (np. Sajmonek hihi)
- ał ał = wiadomo (często słyszane u nas w domu hi hi)
- buju buju = huśtawki
- fu! = kiedy zrobi kupę, albo nie podoba mu się jakiś zapach
- bach = wiadomo
- bałcici = (rysowanie, kredki … nie mam zielonego pojęcia skąd to wziął i czemu tak?)
- dziadzia = (to dzisiejsze!)
Jak Szymuś opowiedział babci, że szedł z rodzicami na plac zabaw, przewrócił się, podarł sobie kolana (ledwie się zagoiły po ostatniej wywrotce!), mama popsikała mu Ocetniseptem i go bolało? Proszsz:
- Baba! A mama, tata tam, buju buju. Tam bach! Ał ał! Mama si-si, ał ał! (oczywiście wszystko okraszone gestykulacją i prezentacją podartych kolan) ;-))
Sposób na wyciągniecie syna z placu zabaw bez awantury? Do południa najczęściej chodzimy tam zaraz po zakupach. Tłumaczę więc Szymkowi, że pójdziemy się pobujać, ale nie na długo bo trzeba będzie iść do domu tacie obiad zrobić. I kiedy mija chwila, a ja mówię, że zaraz idziemy do domu, Szymek powtarza kilka razy (pokazując kierunek paluszkiem) – Tam! Tata mniam mniam. Mama, tam, tata mniam mniam. I bez dyskusji prawie Begnie do domu.
Ma to też swoje drugie dno, bo kiedy siedzę sobie w pokoju, a zbliża się pora powrotu tatusia, synuś patrzy na mnie, wyciąga paluszek w kierunku kuchni i mówi stanowczo: „Mama, tam, tata mniam mniam!” . Chyba nie muszę tłumaczyć, co? ;-)
...i tak, wiem - inne dzieci w tym wieku mówią pełnymi zdaniami, śpiewają piosenki i nie wiadomo, co jeszcze. Ale nie umniejsza to mojej radości z osiągnięć Ogrzyka :-))
I dobrze, bo już za chwilę zaczynamy żłobek!
Oto niektóre nowości:
- sio! = (z odpowiednim gestem) wiadomo
- jeśś = jeść
- mniam mniam = zamiennie jedzenie i picie
- dać = daj
- ta(ć) = tak
- maja-maja (koniecznie dwa razy powtórzone, nie wiem czemu) = samolot, a także rzeczy, które poruszają się góra-dół (np. winda)
- ap-ap = kap kap, generalnie woda (ta w kałuży też), albo też jak coś spada lub się przewraca (np. Sajmonek hihi)
- ał ał = wiadomo (często słyszane u nas w domu hi hi)
- buju buju = huśtawki
- fu! = kiedy zrobi kupę, albo nie podoba mu się jakiś zapach
- bach = wiadomo
- bałcici = (rysowanie, kredki … nie mam zielonego pojęcia skąd to wziął i czemu tak?)
- dziadzia = (to dzisiejsze!)
Jak Szymuś opowiedział babci, że szedł z rodzicami na plac zabaw, przewrócił się, podarł sobie kolana (ledwie się zagoiły po ostatniej wywrotce!), mama popsikała mu Ocetniseptem i go bolało? Proszsz:
- Baba! A mama, tata tam, buju buju. Tam bach! Ał ał! Mama si-si, ał ał! (oczywiście wszystko okraszone gestykulacją i prezentacją podartych kolan) ;-))
Sposób na wyciągniecie syna z placu zabaw bez awantury? Do południa najczęściej chodzimy tam zaraz po zakupach. Tłumaczę więc Szymkowi, że pójdziemy się pobujać, ale nie na długo bo trzeba będzie iść do domu tacie obiad zrobić. I kiedy mija chwila, a ja mówię, że zaraz idziemy do domu, Szymek powtarza kilka razy (pokazując kierunek paluszkiem) – Tam! Tata mniam mniam. Mama, tam, tata mniam mniam. I bez dyskusji prawie Begnie do domu.
Ma to też swoje drugie dno, bo kiedy siedzę sobie w pokoju, a zbliża się pora powrotu tatusia, synuś patrzy na mnie, wyciąga paluszek w kierunku kuchni i mówi stanowczo: „Mama, tam, tata mniam mniam!” . Chyba nie muszę tłumaczyć, co? ;-)
...i tak, wiem - inne dzieci w tym wieku mówią pełnymi zdaniami, śpiewają piosenki i nie wiadomo, co jeszcze. Ale nie umniejsza to mojej radości z osiągnięć Ogrzyka :-))
10 sie 2012
Dla Bartusia
![]() |
| Historia Bartusia TUTAJ |
Chory chłopiec potrzebuje pomocy.
Przeczytaj. Jeśli możesz - pomóż!
Grosz do grosza...
8 sie 2012
To i owo
Spotkałam się z kumpelą ze studiów.
Wyrwałam się z chaty, babcia została z małym Diabłem tasmańskim. Teraz mamy taki czas, że chcę tego diabełka zadusić kilka razy dziennie … wydzieram się na niego i tym samym moja samoocena pada na ryj. A kumpela zawsze na mnie pozytywnie działa, zawsze potrafi kilkoma celnymi słowami wstrząsnąć, zamieszać, dać kopa i postawić do pionu. I zrobić to wszystko delikatnie i z życzliwością. Bezinteresownie. Bez skrywanej satysfakcji. Z sympatią. Nie nazywam jej wielkimi słowami, przyjaciółką na ten przykład, ale chyba nie muszę. Ona się właśnie tak zachowuje. A co mnie dziwi niepomiernie, zawsze i ciągle? Jestem nauczona/przyzwyczajona, że to ja zawsze dla kogoś jestem, na dobre, a częściej na złe, na każde zawołanie, rozumiem, wspieram, pocieszam. Mnie (poza blogosferą) pocieszać nie ma komu, bo komu by się chciało? A zresztą mnie samej jakoś głupio zawracać innym głowy swoimi problemami… po co?! Każdy ma swojego robaka, co go gryzie, prawda?
Byłam, pomarudziłam (chociaż się nie dało, bo i tak na wesoło wyszło – z nią inaczej się nie da!), oderwałam się od rzeczywistości, zresetowałam się, pośmiałam (z siebie też!), przypomniałam sobie gdzie jestem, co osiągnęłam (czasem z wielkim wysiłkiem), co MAM! Złapałam oddech.
A w łikend byliśmy z Ogrzykiem na placu zabaw. Pogoda ładna i do tego niedziela, więc dzikie tłumy. Dzieciaki biegały, krzyczały, przepychały się – jednym słowem chaos! I w tym wszystkim nasz diabełek. Z niepokojem obserwowałam jego poczynania, a zwłaszcza, czy nie zostanie stratowany przez starsze i sporo wyższe dzieciaki. Ogrzyk obszedł tor przeszkód pełen podestów, schodków, mostków, zjeżdżalni i innych atrakcji, po czym utknął przy jednej ze ścianek. Była tam przymocowana tablica pełna klapek, które można było podnosić i opuszczać, a także przysuwać na boki. No, i tam Ogrzyka wmurowało! Uwielbia zabawki, w których coś się rusza, otwiera, przesuwa, naciska, a jeszcze lepiej jeśli do tego hałasuje lub chociaż gra muzyka. A tam były te ruchome elementy. Niestety, oprócz Ogrzyka, na placu zabaw była jeszcze spora gromada dzieci w wieku od kilku miesięcy (najmłodsza dziewczynka raczkowała) do lat kilkunastu i większość z nich, choćby z czystej ciekawości chciało też pobawić się właśnie przy tej tablicy. Boszsz! W Ogrzyka wstąpił już nie Diabeł tasmański, ale jakiś czort! Nie pozwalał dotykać, jego głośne „nie-e, nene, nie-e!” było słychać, jak tylko jakiś dzieciak pojawiał się w zasięgu wzroku (czyli bez przerwy), a najgorsze było, kiedy do tablicy podeszła może roczna dziewczynka, która ledwie stała, a mój czort ją popchnął. Spojrzała na niego, tak, że serce mi mało nie pękło, a potem na swojego tatę, który stał tuż obok. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię. Skrzyczeliśmy go ze Szrekiem na wyścigi, a ja chciałam uciec! Potem już bez przerwy musieliśmy go strofować, a ja nakręcałam się coraz bardziej i odechciało mi się placów zabaw na długo. Nie spodziewałam się takiego zachowania…
Dzisiaj, na zimno i po przemyśleniu sytuacji, już tak nie panikuję. Sytuacja z maluszkiem ciągle mnie uwiera, ale przypomniało mi się ile razy starsze dzieci popychały, poganiały, czy przewracały Szymka, a ich rodzice czy dziadkowie nie reagowali w ogóle. A w końcu widać, że to jeszcze maluch, do tego mniejszy niż jego rówieśnicy. Cóż, dużo nauki przed Ogrzykiem. I przed nami ;-) Myślę, że już bardzo niedługo dostanie pierwsze lekcje. W końcu za miesiąc zaczyna się żłobek!
Narzekania dziś nie uskutecznię. Wcale. Napomknę tylko od niechcenia, że masakruje mnie psychicznie moja waga (tonaż!) - ZNOWU drgnęła… nie w tym kierunku, którego bym sobie życzyła. Chyba się zgłoszę do jakiegoś programu „30 kg mniej w dwa tygodnie” albo coś w tym stylu…
I na koniec – bardzo Wam dziękuję za opinie na temat szczepienia. Właściwie już byliśmy zdecydowani zaszczepić Małego, ale – o, dziwo! – nasza lekarka, odradziła nam. Stwierdziła, że ma już ponad dwa lata i pewnie miał już kontakt z menigo, poza tym nie jest z grupy ryzyka, nie ma więc sensu i szkoda pieniędzy. I już.
Wyrwałam się z chaty, babcia została z małym Diabłem tasmańskim. Teraz mamy taki czas, że chcę tego diabełka zadusić kilka razy dziennie … wydzieram się na niego i tym samym moja samoocena pada na ryj. A kumpela zawsze na mnie pozytywnie działa, zawsze potrafi kilkoma celnymi słowami wstrząsnąć, zamieszać, dać kopa i postawić do pionu. I zrobić to wszystko delikatnie i z życzliwością. Bezinteresownie. Bez skrywanej satysfakcji. Z sympatią. Nie nazywam jej wielkimi słowami, przyjaciółką na ten przykład, ale chyba nie muszę. Ona się właśnie tak zachowuje. A co mnie dziwi niepomiernie, zawsze i ciągle? Jestem nauczona/przyzwyczajona, że to ja zawsze dla kogoś jestem, na dobre, a częściej na złe, na każde zawołanie, rozumiem, wspieram, pocieszam. Mnie (poza blogosferą) pocieszać nie ma komu, bo komu by się chciało? A zresztą mnie samej jakoś głupio zawracać innym głowy swoimi problemami… po co?! Każdy ma swojego robaka, co go gryzie, prawda?
Byłam, pomarudziłam (chociaż się nie dało, bo i tak na wesoło wyszło – z nią inaczej się nie da!), oderwałam się od rzeczywistości, zresetowałam się, pośmiałam (z siebie też!), przypomniałam sobie gdzie jestem, co osiągnęłam (czasem z wielkim wysiłkiem), co MAM! Złapałam oddech.
A w łikend byliśmy z Ogrzykiem na placu zabaw. Pogoda ładna i do tego niedziela, więc dzikie tłumy. Dzieciaki biegały, krzyczały, przepychały się – jednym słowem chaos! I w tym wszystkim nasz diabełek. Z niepokojem obserwowałam jego poczynania, a zwłaszcza, czy nie zostanie stratowany przez starsze i sporo wyższe dzieciaki. Ogrzyk obszedł tor przeszkód pełen podestów, schodków, mostków, zjeżdżalni i innych atrakcji, po czym utknął przy jednej ze ścianek. Była tam przymocowana tablica pełna klapek, które można było podnosić i opuszczać, a także przysuwać na boki. No, i tam Ogrzyka wmurowało! Uwielbia zabawki, w których coś się rusza, otwiera, przesuwa, naciska, a jeszcze lepiej jeśli do tego hałasuje lub chociaż gra muzyka. A tam były te ruchome elementy. Niestety, oprócz Ogrzyka, na placu zabaw była jeszcze spora gromada dzieci w wieku od kilku miesięcy (najmłodsza dziewczynka raczkowała) do lat kilkunastu i większość z nich, choćby z czystej ciekawości chciało też pobawić się właśnie przy tej tablicy. Boszsz! W Ogrzyka wstąpił już nie Diabeł tasmański, ale jakiś czort! Nie pozwalał dotykać, jego głośne „nie-e, nene, nie-e!” było słychać, jak tylko jakiś dzieciak pojawiał się w zasięgu wzroku (czyli bez przerwy), a najgorsze było, kiedy do tablicy podeszła może roczna dziewczynka, która ledwie stała, a mój czort ją popchnął. Spojrzała na niego, tak, że serce mi mało nie pękło, a potem na swojego tatę, który stał tuż obok. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię. Skrzyczeliśmy go ze Szrekiem na wyścigi, a ja chciałam uciec! Potem już bez przerwy musieliśmy go strofować, a ja nakręcałam się coraz bardziej i odechciało mi się placów zabaw na długo. Nie spodziewałam się takiego zachowania…
Dzisiaj, na zimno i po przemyśleniu sytuacji, już tak nie panikuję. Sytuacja z maluszkiem ciągle mnie uwiera, ale przypomniało mi się ile razy starsze dzieci popychały, poganiały, czy przewracały Szymka, a ich rodzice czy dziadkowie nie reagowali w ogóle. A w końcu widać, że to jeszcze maluch, do tego mniejszy niż jego rówieśnicy. Cóż, dużo nauki przed Ogrzykiem. I przed nami ;-) Myślę, że już bardzo niedługo dostanie pierwsze lekcje. W końcu za miesiąc zaczyna się żłobek!
Narzekania dziś nie uskutecznię. Wcale. Napomknę tylko od niechcenia, że masakruje mnie psychicznie moja waga (tonaż!) - ZNOWU drgnęła… nie w tym kierunku, którego bym sobie życzyła. Chyba się zgłoszę do jakiegoś programu „30 kg mniej w dwa tygodnie” albo coś w tym stylu…
I na koniec – bardzo Wam dziękuję za opinie na temat szczepienia. Właściwie już byliśmy zdecydowani zaszczepić Małego, ale – o, dziwo! – nasza lekarka, odradziła nam. Stwierdziła, że ma już ponad dwa lata i pewnie miał już kontakt z menigo, poza tym nie jest z grupy ryzyka, nie ma więc sensu i szkoda pieniędzy. I już.
3 sie 2012
Mamuśki sonda - rada potrzebna od zaraz!
Znowu proszę o opinię...
Dobra-rada potrzebna teraz-zaraz-raptem-potem! :-)
Chodzi o opinie Mam na temat szczepienia przeciwko menigokokom.
Tak?
Nie?
Zaszczepiłyście czy odpuściłyście?
Waham się ... wahu - wah! Dać - nie dawać!
Dajcie znaka: "tak, nie, czemu tak i czemu nie".
Dziękuję i buziakuję ;-)
Jutro coś wrzucę. To groźba, nie obietnica ;-))
Dobra-rada potrzebna teraz-zaraz-raptem-potem! :-)
Chodzi o opinie Mam na temat szczepienia przeciwko menigokokom.
Tak?
Nie?
Zaszczepiłyście czy odpuściłyście?
Waham się ... wahu - wah! Dać - nie dawać!
Dajcie znaka: "tak, nie, czemu tak i czemu nie".
Dziękuję i buziakuję ;-)
Jutro coś wrzucę. To groźba, nie obietnica ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
