26 lis 2010

Egzorcyzmy

Tyle czasu minęło (znowu!), a ja nie mam siły pisać. Jedna notka miesięcznie! Pfff.
Aż szkoda, bo tyle się dzieje!
Teraz jednak pora ścisnąć pośladki (nie ma, że boli!) i zapisać coś wreszcie ku pamięci! Póki to ma jeszcze jakiś sens.

Egzorcyzmy Szymonka odbyły się 14 listopada w pobliskim kościele. Trochę nas to kosztowało chodzenia, negocjacji i wysłuchanych wykładów, ale to w tej chwili nie ma znaczenia.
Warto było!

Bałam się bardzo, jak Młody poradzi sobie z tak długą mszą, a raczej z nudą i unieruchomieniem – znając jego charakterek i temperament. Ale strachy na lachy, a ja ciągle NIE DOCENIAM mojego Ogrzyka! Ceremonia była ładna, wzruszająca (dla nas rodziców… no, doobra! – zwłaszcza ja wzruszałam się co trochę jak stary siennik), pogoda CUDNA (po całotygodniowych ulewach i generalnie bryndzy!), a Ogrzyk spisał się wspaniale (wszystko go interesowało – od otoczenia aż po dość obfite „zlanie” główki podczas chrztu) . Mogliśmy być z niego dumni. Tym bardziej, że na samym początku mszy, pewne miny, skupienie i stękanie, jednoznacznie dały nam do zrozumienia, co nasz Misio właśnie produkuje.
Po mszy przeszliśmy spacerkiem do restauracji. Było ciepło i słonecznie. Cudnie! Zupełnie jakby to była połowa września, a nie listopad. Goście dopisali wszyscy, nawet teściowa z muchami w nosie.
W restauracji zamieszanie i chaos wybuchły ze zdwojoną siłą.
Każdy, dosłownie KAŻDY, chciał Ogrzyka brać „na rączki”, każdy go dotykał, chciał z nim zdjęcie, głaskał, dawał dobre rady i tego typu pierdy. Ale, o dziwo, to ja gorzej znosiłam to zamieszanie! Szymek był spokojny, wyluzowany i chyba zadowolony. Oczywiście do czasu, gdy ktoś nie chciał go ode mnie zabierać. Wtedy ostrzegawcza podkówka, a potem ryk.
Nie będę opisywać wszystkiego, bo to nie ma sensu. Przyjęcie się udało, mój Brat-Zryty-Beret jak zwykle stanął na wysokości zadania, zabawiał starszych (specjalnie usiadł z dziadkami, szczególnie na linii teściowa-teściu), pilnował kelnerów (na szczęście nie miał z nimi za dużo roboty) i w ogóle… Ja do tego głowy nie miałam! Chrzestny jak marzenie! Chrzestna (też wybrana nie przez przypadek!) chociaż nie uznana w dokumentach kościelnych, była dla nas wsparciem i nie wyobrażam sobie nikogo innego na jej miejscu. Noł łej! W końcu to ona (chociaż „tylko” koleżanka) przyszła do nas na drugi dzień po przyjeździe ze szpitala, sprezentowała niezbędne kosmetyki i dała kilka bezcennych rad. No, i była gotowa do pomocy na każdy mój telefon. Takich rzeczy się nie zapomina!
O drobnych zgrzytach nie będę pisać. Nie ma to sensu i szkoda mojej pozytywnej energii (na wyczerpaniu).
Z jednego jestem absolutnie zadowolona – z tego, że poczęstunek odbył się w restauracji! Nie wyobrażam sobie stopnia mojego zmęczenia gdyby imprezka odbyła się u nas w domu!
Masakra jakaś!
Pomijam „drobnostki” typu obsługa gości czy ciasnotę, że o wariujących/biegających/krzyczących dzieciach znajomych nie wspomnę! Ale opieka nad Ogrzykiem i zaspokajanie jego potrzeb to też dla mnie ważniejsza sprawa tego dnia. Nie wyobrażam sobie jakby to było, gdybym musiała biegać koło stołu, a mojego Misia przekazać innym… albo, co gorsze, opiekować się z doskoku także nim. Z całą pewnością wszyscy byliby niezadowoleni. Ze mną na czele!
Udało się! Mamy to za sobą. :-))

Idę paść na twarz!


W następnych odcinkach:
- Ogrzyk ciągle kaszle!
- osiągnięcia i umiejętności Ogrzyka
- Zmęczona Fjona pada na ry…na twarz jak nigdy wcześniej
- zdziwnienia!
- interesujące relacje Kota - Ogrzyk!
- a Ogrzyk zaraz kończy 9 miesięcy!!

29 paź 2010

Mały Ogrzyk był chory i leżał w łóżeczku ...

Dzwoniłam, pytałam, marudziłam, się zestresowałam... i czekamy.
Nadal...
wciąż...
Obserwujemy bez wspomagaczy. Na razie.
Mój strach rośnie, ale ja raczej panikara jestem więc...
A profesor w stylu Szreka - spookooojniee, luzik, poczekamy, poobserwujemy, nic się złego nie dzieje więc bez paniki!
Tak tylko facet potrafi!!!!!
No, to poobserwujemy jutro.
Dzisiaj po porannej sraczce umysłowej i totalnej panice (że o wyrzutach sumienia nie wspomnę!!), Ogrzyk miał się chyba nieźle. Zmienne nastroje Małego były skrajne, ale nie było masakry.
Dostałam w kość, nie powiem, ale to jest wliczone w status mamy.
Zaczynam się przyzwyczajać.

Proszę o kciuki za mojego małego Ogrzyka. Za Jego zdrowie!
Dziękuję! :-))




O zmierzaniu do celu i wielkiej niepewności.

Naprzód!
Szymuś jest coraz bardziej aktywny i coraz lepiej radzi sobie z przemieszczaniem. Strach go zostawić na chwilkę na wersalce (nawet otoczonego murem z jaśków i zwiniętych kołder), a zostawiony na podłodze bezbłędnie wie gdzie się „udać” lub czym się zabawić, żeby mi reszta posiwiałych włosów stanęła dęba … nie tylko na głowie. Dlatego gdy muszę coś zrobić lub wyjść z pokoju – Mały „idzie” ze mną w wózku lub foteliku.
Zauważyłam, że lubi wyzwania i przemieszczanie się do zabawki znajdującej się najdalej. Stękania (że o innych dźwiękach nie wspomnę) jest przy tym sporo, ale jest uparty i wytrwały, co mu się przyda w życiu! Ostatnio bawił się z tatą na podłodze. W pewnym momencie wziął na cel zabawkę znajdującą się na samym końcu maty. I zaczęło się do niej zmierzanie! Najpierw czołganie przez pełzanie, akcentowane okrzykami i stękaniem, ale w końcu, nasza genetycznie wrodzona niecierpliwość wzięła górę i …żeby było szybciej, Szymek podkulił kolana, podniósł dupkę i wykonał coś między rzutem a skokiem... na główkę. No, prawie raczkował! Prawie, bo choć udało mu się przemieścić do przodu, wyglądało tak, jakby nóżki dynamicznie pracowały, ale rączki nie nadążały i stąd zajęcze skoki zakończone lądowaniem na nosku.
Poza tym wreszcie przebił się jeden ząbek, a drugi czeka i jest tuż tuż. No, i Ogrzyk staje się coraz bardziej towarzyski. Ostatnio zaczepia obce dzieci (głównie dziewczynki – z czego Szreku jest szczególnie dumny. Też! Pfff)

Pan kotek był chory…
bo każda moja radość musi być doprawiona ziarenkiem (lub całym workiem ziaren) goryczy, strachu czy niepewności. Tak jest i tym razem. Tyle cudnych osiągnięć Małego, a tu, dwa dni temu się jakiś syf przyplątał! Albo (co równie prawdopodobne) przeszło ode mnie! Ząbkowanie obniża odporność i stało się! Kaszel, większa wydzielina w nosie, coś tam mu rzęzi, a odkasływanie idzie mu kiepsko. Temperatura podwyższona (nie cały czas) w granicach 37-37,5 więc żadna panika. Traf chciał, że akurat była kontrola u pediatry. Powiedziałam o kaszlu, osłuchała Małego i stwierdziła zaleganie wydzieliny w oskrzelach. Antybiotyk (Zinnat) i syrop Pulneo natychmiast, bo u takich maluchów to zaraz zapalenie płuc! Spanikowana wróciłam do domu, oczywiście wyguglowałam leki i poczytałam trochę. Szczęka mi opadła, bo na 10 osób, które się wypowiadały na temat antybiotyku tylko jedna stwierdziła, że trochę pomogło. Reszta pisała o wymiotach maluszków, zmianach skórnych i generalnie odnosiło się wrażenie, że więcej było szkody niż pożytku. Podobnie z syropem. Szybka decyzja – konsultacja z innym pediatrą. Ten drugi obejrzał i osłuchał Szymka, po czym stwierdził, że nic w oskrzelach nie słyszy i żeby na razie poczekać z lekami. Dwóch lekarzy i dwie skrajne diagnozy! Trochę uspokojona wróciłam do domu, ale ciągle bacznie obserwowałam Małego. I dzisiaj rano – panika! Na dzień dobry u Ogrzyka aż „grało” przy każdym oddechu. Próby kaszlu wychodziły słabo, chociaż raz na jakiś czas udawało mu się porządniej zakaszleć i trochę przechodziło. Ale katar pojawił się już konkretny, niestety. Nie jest jeszcze zmieniony ale słychać jak mu bulgocze w nosku. A Ogrzyk średnio chce współpracować jeśli chodzi o wyciąganie „zaległości”. No i dopadły mnie masakryczne wątpliwości, czy dobrze zrobiłam nie podając tego paskudnego antybiotyku? Zadzwonię dziś wieczorem do tego drugiego pediatry, zapytam co dalej. Jestem przeciwna szprycowaniu takich maluchów „z grubej rury”, ale jeśli jednak jest taka konieczność? A jeśli okaże się, że jednak konieczny będzie antybiotyk, nie wybaczę sobie zwłoki i robienia po swojemu, bo „mnie się zdaje…” Żeby tylko nie okazało się, że chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle! :-((
Idę się jeszcze ponakręcać i podenerwować obserwując bacznie mojego Ogrzyka.
I z napięciem będę czekać do wieczora, żeby zadzwonić i wypytać co i jak.

21 paź 2010

O teściowej słów kilka

Sama nie wiem po co?
Czyli pitolenie/marudzenie zamiast pisanie o moim Ogrzyku-Cudownym-Absolutnie!

I.
Walka o chrzest Ogrzyka. Z kościelną biurokracją (?), niechęcią, albo chęcią wtrącania się w czyjeś życie. To prawdziwa wojna w zasadzie, bo my ze Szrekiem TYLKO po ślubie cywilnym więc, według kościoła, jakby konkubinat… moje ulubione słowo! Ale o samych formalnościach kiedyś tam, nie dzisiaj! Nie mam na to siły! Bitwa połowicznie wygrana (chrzestna przepadła w batalii, bo też „konkubinat” – ale dla nas i tak będzie CHRZESTNĄ!!), rodzina (głównie Szreka) spraszana na przyjęcie, bo tak wypada… I zaczynają się schody! Bez wchodzenia w szczegóły, bo to też kiedyś przy innej okazji, (teściowa i teściu + ich nowi partnerzy to już 4 osoby) napiszę, że zebrało się na początek ok. 20 osób! Oczy przecierałam ze zdumienia, ale inaczej nie chciało być. Szybka kalkulacja ilości osób, miejsca w naszym lokum i wszelkich niedogodności/niespodzianek, moim i Szreka urypaniu przy obsłudze gości i jednoczesnej opiece nad Gwiazdą i głównym Bohaterem dnia, że o kociej wariatce nie wspomnę … Wszystko to skierowało nasze myśli w kierunku urządzenia przyjęcia w restauracji. Koszt może wyższy, ale jaka wygoda i święty spokój… No, ale wracajmy do głównego wątku…
Nasza walka o chrzest, chrzestną, ostre kalkulacje: restauracja czy jednak dom…i w tym wszystkim moja teściowa…
Dzwoni do Szreka i mówi:
Teściowa - Jeśli robicie w domu przyjęcie to nas nie liczcie…
Szrek - Robimy jednak w restauracji
Teściowa - Aa, no to chyba, że tak…
Ja- ???? (totalny i absolutny opad szczęki!)

II.
Telefon od teściowej. Jeden z wielu. Za każdym razem podobny.
T – No czeeść. Kiedy przyjedziesz? (tak, liczba pojedyncza!)
Sz – Nie wiem, a czemu pytasz?
T – Noo, bo trawa do skoszenia jest/piec do wyczyszczenia/pierdylion innych prac fizycznych (niepotrzebne skreślić. Nie, nie skreślić - dodać!)
Dopiero po chwili pada pytanie
T – No, a jak tam Szymek? Zdrowy?

III.
Ostatnia wizyta w „szrekowie” (czytaj: u rodziny Szreka)
Dzień przed naszym przyjazdem teściowa melduje, że ma obustronne zapalenie oskrzeli. Miło z jej strony (że melduje, a nie choruje, przecież!). Wiemy już, że do niej nie pojedziemy, bo po co?
Po odwiedzinach u babci i wujostwa Szreka wracamy do domu.
Wieczorem telefon od teściowej.
T – Czemu mnie nie odwiedziłeś? (znowu liczba pojedyncza)
Sz – No, przecież chora jesteś, tak?
T – No to co?! Czemu mnie nie odwiedziłeś?! - poirytowanym i podniesionym głosem pyta szanowna teściowa
Sz – Nie wiem czy zarażasz czy nie, ale nie będę ryzykował zdrowia Małego. Dlatego Cię nie odwiedziłem.
T – Taak? Nie raczyłeś mnie odwiedzić?! To ja też Cię nie odwiedzę jak będzie chrzest! (ciągle liczba pojedyncza! Jakby to było święto Szreka, a nie Ogrzyka!)

Dodam, że Ogrzyk jest pierwszym i kto wie, czy nie ostatnim wnukiem tej pani…
I jeszcze to, że bardziej ją interesuje i leży na sercu synek jej chrześnicy (a kuzynki Szreka) niż jej osobisty wnuk, Ogrzyk.
I jeszcze tylko – tak, wiem, że jej zachowanie to komunikat dla mnie, ale osobiście mam to w dupie.

A na zakończenie odrobinę radośniej, bo warto!
Bo mój Ogrzyk jest tak cudowny, że zasługuje na więcej, ale dzisiaj o nim tylko kilka słów!
Uwielbiam jego gaworzenie, te dźwięki, które dla mnie brzmią jakby płukał gardło, a dla Szreka to długie, gardłowe, francuskie „r”. Rozśmieszają mnie jego okrzyki i pomruki, stękania i „bleblania”, że o piszczeniu nie wspomnę. Roluje się swobodnie z brzucha na plecy i z powrotem i robi to wszędzie – w łóżeczku, foteliku i wózku też. Próbuje, wsparty na kolanach, podnosić dupkę (tylko jeszcze nie wie po co), obraca się na brzuchu we wszystkich kierunkach, no i rwie się do siedzenia...tylko na razie mu nie wychodzi. Jest humorzasty – równie szybko i łatwo daje się rozśmieszyć, jak wpada w złość (moja kreew!). Zupełnie swobodnie przekłada sobie z ręki do ręki zabawkę, śmiesznie ją ogląda, kontempluje, obraca powtarzając swoje „a …aaa…a-a…” Ma apetyt – wsuwa wszystko co mu podtykam.
No, i jest śliczny – moim skromnym zdaniem. ;-))) Ciągle mnie tyko dziwi skąd on taki cudny, po takich rodzicach? Hi hi

No i fotki.

Już prawie się udało!


Obrót na brzuszek w wózku. Karkołomne ale odrobina (!) uporu i voila (czyli: włala!)



... ciąg dalszy w ogóle nastąpi ;-))

26 wrz 2010

Syntetycznie się nie da …

… tyle się dzieje.
A ja nie mam siły pisać, bo wieczorem padam na twarz.
Ale chociaż o kilku sprawach wspomnę.

Okulista – zaliczony.
Znowu przekonałam się, że kiedy się bardziej denerwuję – wychodzi lepiej.
Jechałam na wizytę lajtowo, no, bo to tylko kontrola przecież. A tu taka niemiła niespodziewajka. Doktorka po raz kolejny, od razu zauważyła znowu za mokre prawe oczko i po krótkich oględzinach zaproponowała sprawdzenie drożności kanału łzowego (jednak!) i ewentualne jego udrożnienie. Widząc moje wahanie, zasugerowała, że lepiej teraz - przy znieczuleniu miejscowym, niż później - pod narkozą. Cóż było robić. Miałam poczekać przed gabinetem. Szreku pobiegł szukać bankomatu, bo nie byliśmy przygotowani na dodatkowy wydatek (i to jaki!). Okulistka uprzedziła, że Mały będzie krzyczał ze strachu i złości, bo będzie zawinięty i unieruchomiony prześcieradłem, ale nic go nie będzie bolało. Jednak usłyszeć takie zapewnienie to co innego, niż usłyszeć wrzask własnego dzidziora przez zamknięte drzwi! Boszsz, no masakra! I nigdy więcej! W sumie dobrze, że okulistka nie chce rodziców przy tych zabiegach. Nie wytrzymałam na korytarzu i poryczałam się, a nie wiem co bym zrobiła patrząc na zabieg.
Cóż, od dzisiaj nazywam się Miętka… Fjona Miętka.
Okazało się, że miał przytkany kanalik i nadal objawy uczuleniowe. Znowu krople… :-((

Usg – czyli jak górnik na przodku
Wybrałam się sama, bo Szreku nie może się kilka razy w miesiącu zwalniać z pracy. Już i tak ma trudną sytuację ze swoim kierownikiem. Pojechałam autem, chociaż nie wiem, czy autobusem z Małym w wózku nie byłoby lepiej/wygodniej dla mnie. Od dźwigania Ogrzyka (w foteliku) do samochodu zrobiło mi się słabo, a to był dopiero początek. Potem była jazda zakorkowanymi ulicami i szukanie miejsca parkingowego jak najbliżej wejścia do przychodni. A potem już „tylko” przygotowanie Ogrzyka do usg, próba utrzymania/uspokojenia go podczas usg i w końcu – największe wyzwanie – ubranie go i przygotowanie do wyjścia na zewnątrz (a tego dnia było wyjątkowo deszczowo i chłodno). Dobrze, że kobieta czekająca pod innym gabinetem powiedziała mi o przewijaku dla maluchów w innej części korytarza, bo inaczej ubieranie Szymka nie dość, że trwałoby znacznie dłużej, to dla mnie byłoby nie tylko wyczynem, ale jeszcze wygibasami na stojąco. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy Misio będzie siedział. Takie „drobiazgi”, jak ubieranie, będą wtedy prawdziwymi drobiazgami, a nie wygibasami z użyciem jednej ręki. Kto przeżył – wie o czym mowa. Potem droga powrotna w korkach ze zmęczonym, śpiącym i głodnym Maluszkiem na tylnym siedzeniu! Kto przeżył … Nic to! Ważne, że wyniki dobre! Nie było żadnego stanu zapalnego, wszystkie organy w porządku i się nie stresujemy. Na razie.
Wnioski z tego arcyciekawego i fizycznie wyczerpującego przeżycia?
Po pierwsze – nigdy więcej sama!
Po drugie - wózek zamiast fotelika. Chyba, że gabinet blisko i nie trzeba za daleko nieść Małego w foteliku. Super niewygodna sprawa.
Po trzecie – w drodze powrotnej zainstalować Małego na przednim siedzeniu, bo to i pod ręką i jest kontakt wzrokowy z Małym, można podać grzechotkę, pogadać, no inaczej jest. Zwłaszcza kiedy trzeba odstać swoje w korkach. :-/

Basenik, czyli wychodne Ogrów ;-))
Się wyrwaliśmy ze Szrekiem pewnego wieczoru. Jak harty ze smyczy się zerwaliśmy. Z dzikim chichotem oddaliliśmy się z miejsca zamieszkania we dwoje tylko – pierwszy raz od … nie pamiętam już od jakiego czasu. Ogrzyk, wykąpany, nakarmiony i uśpiony, został pod opieką Wujka-Zrytego-Bereta. A my pojechaliśmy na basen wymoczyć nasze Ogrze cielska.
Byłam ciekawa, jak tam moje umiejętności pływackie (że o wyporności nie wspomnę). Ku mojej radości okazało się, że jeszcze umiem utrzymać się na wodzie, a nawet sobie popływałam. No, dałam prawdziwego, żabkowego czadu! Było super i euforycznie i pewnie powtórzylibyśmy nasze rendez- vous w kolejny piątek, gdyby nie mój osłabiony organizm, który rozgrzany przemiło, został następnie narażony na brutalny kontakt ze świeżym powietrzem, tudzież temperaturą znacznie niższą od tej wewnątrz budynku… Nie dało się inaczej dotrzeć do samochodu, niestety. Jak łatwo się domyśleć, kontakt ów skończył się przeziębieniem. Migdały jak banie, katar zatykający i uniemożliwiający oddychanie i tego typu przyjemności. Obecnie wtłaczam w siebie ogromne ilości różnych specyfików/suplementów diety (tak, leczę się sama), wypijam hektolitry różnych, przeważnie ciepłych, cieczy i pocę się z siłą wodospadu. Ale w zamian wc odwiedzam dwa razy dziennie! Bo reszta wypływa ze mnie skórą. Głównie głowy, szit! Ale się nie poddaję, a motywacja jest bardzo silna. Cel: nie zarazić Ogrzyka!
Idę wtłoczyć/wlać w siebie kolejne kilka szklanek ciepłych, musujących różności typu – wapno, rozpuszczalna polopiryna i witamina C, grzane pyffko z sokiem-prawie-malinowym (niepotrzebne skreślić), zalec w wyrku i czekać na efektywne poty.
Aa! Zapomniałam dodać, że kotecka bardzo przejęła się moim stanem i codziennie wieczorem, kiedy tylko usiądę w fotelu, natentychmiast zalega na moich kolanach (ona! Ten nietykalski dzikus!) i robi mi gorące okłady. A potrafi być naprawdę gorąca!
To tyle na dzisiaj.
Resztę (d)opiszę w swoim (bliżej nieokreślonym) czasie ...

10 wrz 2010

Delikatna sprawa

Byliśmy na konsultacji u chirurga. Jest jednak problem. Pani doktor określiła to jako stulejka niefizjologiczna. Ale i tak kazała czekać i bacznie obserwować. Takim maluszkom nic nie chcą robić w tym temacie – no, chyba, że jest problem z oddawaniem moczu w ogóle. Wtedy ciachanie natychmiast. Ogrzyk na razie puszcza niezłe strumienie i oby mu tak zostało. Mamy tylko sprawdzić czy nie było po drodze jakiegoś stanu zapalnego i czy nie ma zmian w drogach moczowych. W przyszłym tygodniu idziemy na usg i będzie wiadomo czy oki i czekamy, czy konieczna będzie jakaś interwencja już teraz. Bardzo podobała mi się postawa pani doktor. Nic na siłę, bez pośpiechu, czekamy na rozwój sytuacji – chyba, że usg będzie kiepskie. Mamy „ćwiczyć” skórkę, ale delikatnie, aby nie popękała, pilnować, żeby nie było stanów zapalnych, a ewentualny zabieg w przyszłości.
Może nie będzie potrzebny?
Może Ogrzyk sam sobie poradzi przy naszej niewielkiej pomocy?

6 wrz 2010

Drewniana z niepokojem w tle

Piąta rocznica ślubu – drewniana

Wieczór przyjemny, spędzony w domu (oszczędności) z pizzą i winkiem musującym ;-)




Byłoby jeszcze przyjemniej gdyby nie …

Przedpołudniowa wizyta u pediatry rodzinnego i szczepienie na WZW B.
Odbyło się też mierzenie i ważenie Ogrzyka (8200g i 65 cm, chociaż wydaje mi się, że jest dłuższy).
Komentarz pani doktor – „wygląda na to, że będzie niewysokim, atletycznie zbudowanym facecikiem”. Nie pocieszyła mnie, chociaż się spodziewałam. Mama - okrągły knypek, papa – owszem, wyższy, ale też raczej okrągły … pfff! Też coś! Wiadomo - obciążenie genetyczne, szit!
A potem, przekrzykując płacz Szymka po szczepieniu, zahaczyłam o jego siusiora. Pani doktor próbowała mi pokazać jak sobie poradzić z utrzymaniem higieny, ale nie dała rady. :-( Zaleciła pilną konsultację z chirurgiem urologiem. Już zamówiłam wizytę na środę. A więc do środy.
I jakoś wrzesień zapowiada się pod znakiem wizyt lekarskich z Misiem – już dwie za nami, a tu jeszcze urolog, usg bioderek i jeśli uda się dodzwonić – okulista. Ale niech tam! Oby wyniki były dobre.

Na zakończenie mały, pozytywny akcent - dwa słodziaki ;-))
czyli blisko, coraz bliżej ...