29 maj 2010

Dzień Matki

Pierwszy w moim życiu.

Jaki był?
Ciężki…
No, dobra bez ściemniania – był koszmarny!
Młody miał jeden z TYCH dni, kiedy nic go nie cieszy, wszystko denerwuje i nic nie jest w stanie go uspokoić. NIC! Przez cały dzień z przerwami na jedzenie i krótkie drzemki.
Czułam się taka bezradna i nieudolna.
Tak więc mój pierwszy Dzień Matki poświęciłam na zastanawianie się (po raz kolejny) czy aby nadaję się na matkę i czy w ogóle powinnam nią być…
Zaliczyłam mega-doła, a wieczorem byłam wyczerpana psychicznie i emocjonalnie.
Pora stawić czoła faktom i spojrzeć w twarz rzeczywistości. Mój synek jest marudą lub nadwrażliwcem …Albo i jedno i drugie. Mam nadzieję, że z tego wyrośnie i w przyszłym roku o tej samej porze będę się śmiać z tego wpisu.
Jeśli nie – przyzwyczaję się do tego czasu.
To mój syn, mój Ogrzyk i kocham Go bez względu na wszystko.

A czego sobie życzę z okazji tego święta?

CIERPLIWOŚCI!!!
Całego morza, oceanu cierpliwości bo to jest w tej chwili najważniejsze.
A potem – równie ważnej rzeczy – zdrowia dla siebie i moich chłopaków. I jeszcze tego, żeby mój synek rozwijał się prawidłowo.


A wieczorem Szreku wrócił z pracy i wręczył mi bukiet ślicznych tulipanów z komentarzem, że to od Szymka i jeszcze coś o przeprosinach od Ogrzyka za to, że był niegrzeczny, za zły humor i fochy, a mnie ścisnęło … skąd wiedział?! Nie zdążyłam się przecież pożalić – i dobrze!





Za to ostatnie dwa dni to sielanka!
Szymuś jest spokojny, uśmiechnięty, słodki. Cudowny.
Zupełnie jakby chciał zatrzeć przykre wspomnienie, zadośćuczynić mi przykrość.
Mój Misio kochany :-))



25 maj 2010

Myśli moje, niewesołe

Myśli mnie nachodzą niewesołe jakieś ...
Myślę stanowczo za dużo, wiem.
I martwię się stanowczo za wcześnie.
Ale to wszystko przez ostatnie wydarzenia i spotkanie z koleżankami z pracy.
Było miło i sympatycznie, pośmiałyśmy się, a ja się troszkę zresetowałam i wywietrzyłam głowę, ale … No, właśnie – zawsze jakieś „ale”. Wszystko było fajnie, poza rozmową o moich planach na najbliższą przyszłość – czytaj: powrót do pracy czy wychowawczy? Pytanie padło z ust koleżanki (i to nie mojej kierowniczki), a ja jakoś nie miałam ochoty jej odpowiadać. Po pierwsze dlatego, że jest okropną pleciugą i wścibusem (wszystko musi wiedzieć, wyśledzić, wyniuchać i koniecznie podać dalej!), a po drugie – jej to nie powinno obchodzić. W każdym razie, kiedy nie usłyszały mojego zdecydowanego: „wracam do pracy!” – zaczęła się jakaś dziwna rozmowa. Powiedziałam (średnio szczerze), że jeszcze nie wiem, że to zależy i w ogóle. A one zaczęły dociekać – dlaczego?! No, bo przecież babcia może się zająć wnukiem, prawda?! A ja dziwnie się poczułam, w opozycji i do tego tłumacząc się sama nie wiem czemu. Nie muszę nikomu tłumaczyć (i nie chce mi się!) czy moja mama może zająć się wnukiem i dlaczego nie bardzo. Zastanowiło mnie jedno – czułam pewnego rodzaju nacisk (choć trudno to wytłumaczyć), a potem zdziwienie (może nawet rozczarowanie) kiedy delikatnie dałam do zrozumienia, że może jednak zostanę w domu, do roku czasu… Pozostał niesmak i niezadowolenie. Niesmak z powodu nacisków i zdziwienia koleżanek, że nie pragnę wrócić natychmiast do pracy i to wysoko unosząc kolana, że wymagają/oczekują od każdej babci tego, że zajmie się wnukiem, a każda matka o niczym innym nie myśli tylko kiedy wreszcie wróci do ukochanej firmy. A niezadowolenie - z siebie, że tłumaczyłam się za matkę. A nie musiałam z dwóch (co najmniej!) powodów – po primo, bo takie czasy nastały, że żadna babcia nie ma w obowiązkach opieki nad wnukami, bo jedne pracują, inne używają życia, a jeszcze inne zwyczajnie nie chcą lub nie mogą, a po secundo, bo nie każdy ma full wypas z babciami bijącymi się o opiekę nad wnukami! Moja matka jest jaka jest i się nie zmieni. I tak oszalała na punkcie Szymka! Bardziej niż kiedykolwiek bym się po niej spodziewała! I przybiega codziennie i gada do niego i śmieje się jak mała dziewczynka, kiedy się do niej uśmiechnie albo zagada… I co z tego, że jest babcią „na chwilkę”, że przychodzi na 2-4 godziny, że nie można do końca jej zaufać i zostawić jej Młodego na cały dzień. Nie oczekuję tego, a cieszy mnie fakt, że pomimo wszystko aż tak bardzo się stara. Jak na nią i jej możliwości to sporo! A największą dla niej karą obecnie jest nie dopuścić jej do wnusia.
Ale wracając do koleżanek z pracy i ich oczekiwań …
Narasta we mnie pytanie bowiem – a do czego, do cholery, niby mam się spieszyć?
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić Ogrzyka w żłobku!! Nie teraz! Moja pensja jest na tyle gówniana, że szkoda słów, a na pewno wysiłku! Kariery żadnej nie zrobię … A jak wrócę to i tak nie do dotychczasowego miejsca pracy. Dyrka dała dziewczynom na zastępstwo kobitkę, która wiekowo i pod każdym innym względem bardziej do nich pasuje. Nie raz już słyszałam, że ach, jak im wesoło, jak się pośmiały, albo – ach, jak dobrze im się pracuje i ile zrobiły, się napracowały!! No tak, ja raczej jestem mróweczka – usiądę, po cichu i szybko zrobię swoją pracę. Pośmiać się, pogadać ze mną można, ale nie zawsze (a udawać, zmuszać się i wysilać nie umiem, nie lubię i już) i do tego mojej żmudnej pracy nie widać, bo się nie umiem zareklamować i głośno chwalić. A z drugiej strony – kobitka, która tu przyszła na zastępstwo też nie da się stąd zabrać. A bo jej tu źle?? Do domu rzut beretem, dziewczyny normalne, w pracy spokój i fajna atmosfera … Żyć nie umierać. No i Dyrka ma tendencję do zmian więc na pewno wykorzysta sytuację, żeby zamieszać i mnie rzucić na nowy grunt…. A sprawdzi czy se poradzę, znowu. A co?!
Na pół etatu wracać się nie opłaca, bo za takie parę groszy więcej będzie trzepania przy szykowaniu, a potem jechania i wracania niż to wszystko warte.
No, więc do czego mam się spieszyć?
Dziwię się tylko zdziwieniu, a może nawet rozczarowaniu, moich koleżanek. Zupełnie jakby w dzisiejszych czasach nie wypadało mieć w planach wychowawczego. Nie rozumiem.
W każdym razie plan mam taki, żeby do pracy się nie spieszyć, niech Ogrzyk skończy rok, a potem się zobaczy. Tyle plan! A życie i tak zweryfikuje – jak zwykle – moje plany! Najprędzej wrócę z podkulonym ogonem i nosem na kwintę jeśli zarżną nas braki finansowe. Moja kasa jest gówniana, ale jest! A jak zniknie te parę groszy przy naszych obecnych (rosnących!!) wydatkach, opłatach i kredycie – może być masakra! I to będzie najsilniejsza i najsmutniejsza motywacja do szybkiego powrotu. A do tego u Szreka w pracy straszny syf się robi i też nie wiadomo co będzie dalej. Szreku ma nowego kierownika, który kilka dni temu, z dnia na dzień, zwolnił kolegę z działu i natychmiast miał kogoś na jego miejsce. Czy ma już kolejnego „swojego” na miejsce Szreka? A w tej firmie jest zwyczaj pozbywania się pracowników z dnia na dzień! Ot, tak! Pracujesz cały dzień, a na kilka minut przed wyjściem do domu – zonk! Pakuj się i adieu! Szreku szuka pracy, rozsyła cv, ale i tak strach zagląda nam w oczy.
Takie to niewesołe myśli dręczą mnie od tygodnia.
Martwię się na zapas?
Pewnie tak.
Ale jak tu się nie martwić?

17 maj 2010

Dwa miesiące z Szymkiem

A właściwie - dwa miesiące i dwa tygodnie!

Mamy już zaliczone/przerobione trzy wieczory z kolkami, pierwsze – na początku nieśmiałe – uśmiechy i dwa głośne rechoty, jeden uśmieszek półgębkiem – chyba złośliwy? (kiedy wreszcie udało się Ogrzykowi przycelować i siknąć na mamę z dołu) oraz próby „gugania”, ale o tym za chwilę.
Po pierwsze kolki. Spadły na nas nieoczekiwanie, jak to zwykle z tymi wredziuchami bywa. Wypróbowałam wszystkie sposoby zapamiętane z opowieści innych, doświadczonych w temacie, mam. Na nic chuchanie suszarką (umilkł na chwilę, ale to ze strachu) czy masowanie brzuszka (dopiero był wrzask!). Na Ogrzyka działa – w tej kolejności - ciepła kąpiel, noszenie na przedramieniu (brzuszkiem w dół) i kładzenie na brzuszku, ale tylko wtedy, gdy nie zdążył się jeszcze rozkręcić. W przeciwnym razie jest tylko gorzej. Dajemy też espumisan w kroplach, ale nie umiem na 100% stwierdzić, że widzę poprawę. Na szczęście (odpukać!) kolki nie pojawiają się często.
Po drugie – Ogrzyk to Mały Sajmon strażak. ;-))
Wielokrotnie przy przewijaniu próbował mnie przycelować. Koleżanka podpowiedziała mi, żeby przed zdjęciem pampersa odpiąć rzepy i dać mu troszkę poleżeć z tak poluzowaną pieluszką. Nio, tiaa jasne. Luzowałam, czekałam, a kiedy podnosiłam pampersa – siiik! – i poszło! Czasami udawało mi się przykryć sikawkę Małego strażaka pieluchą, czasami przyjmowałam kilka kropel na klatę niczym order, a raz udało mu się strzyknąć, kiedy podnosiłam mu dupalek przy podkładaniu pampersa i wtedy osikał sam siebie. Szreku, stary cwaniak, odsuwał się z linii strzału i pozwalał, żeby strumień Małego Sikawkowego leciał sobie niezatrzymywany w pokój. Kiedyś, o mało co, dostałoby się kocie, która akurat była na linii strumienia. :-)) W końcu, przy którejś kąpieli, nachylałam się do Ogrzyka i zagadywałam go. Patrzył mi prosto w oczy i w pewnym momencie uśmiechnął się tak jakoś półgębkiem …
Poczułam ciepło na lewej piersi …
Trafiony – zatopiony!! ;-))
Po trzecie – guganie. Mały Krzykacz ma gardło zdrowe, a głos silny i mocny! Trudno mu jednak załapać, że guganie to taki sam krzyk, tylko dużo ciszej! Że wystarczy wykonywać dokładnie te same „ćwiczenia” oddechowe jak przy krzyku, tylko przy mniejszym natężeniu decybeli! Ostro trenuje więc miny, otwieranie ust, mielenie językiem i wytykanie go, stękanie i wzdychanie aż do obślinienia się lub ziewania. A kiedy udało mu się to wszystko połączyć z dźwiękiem, z jego gardła wydobyło się coś na kształt „ahrrr” (gardłowe, z ledwie otwartymi ustami „r” oczywiście bezdźwięczne). Okrzyk jak na prawdziwego Ogra przystało! ;-)
W miarę ćwiczeń coraz częściej daje się słyszeć bardziej zróżnicowane dźwięki, ale i tak „ahrrr” jest Jego ulubionym odgłosem.

Postanowiłam zrobić coś dla Małego i dla siebie – nie będę porównywać Ogrzyka z żadnym innym dzieckiem. Koniec! Każdy dzieciak jest inny i rozwija się w swoim tempie. Nie mam zamiaru stresować się i analizować czy aby mój dzidziorek rozwija się prawidłowo i w odpowiednim czasie robi i uczy się tego co powinien. Co najważniejsze - jest zdrowy, silny i coraz wyraźniej zaznacza się Jego charakterek … Niestety, pewne cechy ma ewidentnie po mamusi. Zwłaszcza nerwy i niecierpliwość. Oj, będzie się działo!



8 maj 2010

Ogrzyk i kicia w jednym stali domu ...

Kicia … tiaaa… raczej kota, kocura jedna! Kocia wariatka.
W czasie ciąży byłyśmy najlepszymi kumpelami do spania. Przychodziła się przytulać kiedy miała na to ochotę(!!), a w nocy pilnowała mnie podczas wyjść do wc. Ale tylko na początku. Potem już jej się nie chciało nawet wstawać. Jedynie jej „mmrrrt” z fotela towarzyszyło mi w drodze do wc. Była naszą jedyną pieszczochą, domową waryjatką, kocicą nieokiełznaną i samo-swoją…
A potem poszłam do szpitala i wszystko się dla niej zmieniło.
Ale najpierw w domu zaczęły się pojawiać dziwne sprzęty.
Dziwne ale fajne i – oczywiście! - dla niej. ;-)) Fotelik, leżaczek, łóżeczko – no, super wszystko natychmiast wypróbowane, wydeptane i wielokrotnie zdobyte. Nie przewidywała, że te interesujące i bardzo wygodne rzeczy będą miały Lokatora.
No, i nadszedł czas, kiedy w domu pojawiło się takie Małe, dziwnie piszczące. Inaczej pachnące. Najgorsze, że pochłonęło całą naszą uwagę. Trudno jej było to zrozumieć i znieść. Przez pierwsze dni, pamiętam jak przez mgłę (bo miałam inne problemy) jej niesamowicie smutne oczy. Oczy naprawdę są zwierciadłem duszy – nawet u zwierzaków. A na pewno odbija się w nich nastrój ... Snuła się po mieszkaniu i patrzyła jak biegamy koło Małego, jak szybko reagujemy na każde jego stęknięcie czy miauknięcie – nawet w nocy… Nie reagowaliśmy na jej zaczepki, a ja – wstyd się przyznać – fukałam na nią i przeganiałam ją czasami zbyt brutalnie. I kiedy ten stan się nie zmieniał, a my ciągle nie mieliśmy dla niej głowy, czasu i cierpliwości – zaczęła psocić. I to jak! Zrzucała z mebli różne rzeczy (od kluczy i bibelotów po telefony komórkowe!), przewracała kwiatki doniczkowe (mojego wielkiego fikusa Beniamina na przykład!), biegała po mieszkaniu krzycząc po swojemu, skakała po meblach i zdobywała miejsca dotąd zabronione… Ale widocznie efekty były mierne, bo obrała inną taktykę. Zaczęła rywalizować z Młodym o naszą uwagę. Zaczęła się konkurencja. Kiedy pochylam się nad łóżeczkiem – wskakuje mi na plecy. Przy Małym (i od niego) nauczyła się domagać jedzenia – nigdy dotąd nie miauczała tak głośno! ;-)) Najczęściej drze się wtedy, kiedy Młody jest głodny i domaga się mleczka. A kiedy karmię Ogrzyka, albo zmieniam mu pampersa – kota w tym samym czasie albo biega jak szalona po mieszkaniu, albo robi kupę. Wielką i śmierdzącą. Ponieważ kuweta koty jest tuż przy pokoju Młodego – cały zapaszek leci wprost do tego pokoju. Najsss.
Wychodzenie na spacer wygląda mniej więcej tak:
- przewijam Ogrzyka przed spacerem
- zakładam Ogrzykowi polarek i czapeczkę, pomimo jego głośnych protestów
- przenoszę Ogrzyka do dużego pokoju
- kładę Go na tapczanie i przygotowuję wózek
- wyjmuję kotę z wózka
- podchodzę do wersalki i zanoszę Ogrzyka do wózka
- odkładam Ogrzyka na tapczan
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i zanoszę do wóz…
- odkładam Ogrzyka …
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i niosę do wózka odganiając jednocześnie kotę, która próbuje tam wskoczyć …
- jeśli się udało umieścić w wózku Ogrzyka, zanim znalazła się tam kota – można udać się na spacer. Jeśli nie – patrz wyżej ;-)
Generalnie jej walka o naszą uwagę trwa dalej. Chociaż jest już lepiej, bo staramy się poświęcić jej chwilę w ciągu dnia – ale ona i tak świetnie sobie radzi ;-) Nie da się lekceważyć. Nie da się jej nie zauważyć. A numery, które nam wycina – rozbrajają. Czasami czujemy się jakbyśmy mieli dwa dzidziory w domu. A to starsze było zazdrosne o młodszego. Najlepsze jest to, że do niedawna „niedotykalska” – teraz pcha się na kolana, pozawala zrobić ze sobą niemal wszystko, a każda zaczepka do zabawy zostaje natychmiast podchwycona i gania wtedy po mieszkaniu jak szalona. Najważniejsze jest dla nas to, że nie wykazuje żadnej agresji w stosunku do Ogrzyka. Kręci się koło Niego, kładzie na jego ciuszkach, na przewijaku, pcha się do wózka, ale jej stosunek do Niego z chłodnej obojętności przeradza się w zaciekawienie i uczucia opiekuńcze.
Mam nadzieję, że będą kiedyś najlepszymi kumplami.



Leżaczek - fajny ;-)


Łóżeczko - wygodne!


Zaraz po naszym pojawieniu się w domu... Jak to? W łóżeczku to Małe leży...



Kota ogląda TV

zdjęte z Niego ciuszki trzeba udeptać (koniecznie z rozkosznym mruczeniem) a następnie pilnować i ogrzewać .. ;-))


Pozwoliła sobie nawet pampersa założyć!





27 kwi 2010

Otrzęsiny!!

Porwało mnie życie. Wessało bez reszty.
Zwłaszcza OBOWIĄZKI mnie porwały/zassały…
Podobno pierwsze trzy miesiące życia dziecka to otrzęsiny dla rodziców.
To wprowadzenie ich w całkiem nowy, obcy świat. Prawdziwa szkoła życia.
Trudny EGZAMIN!
Bo, że pojawienie się dziecka w rodzinie to totalna rewolucja – nikt nie ma chyba wątpliwości. Wiedziałam, że nasze życie się zmieni, że początki będą ciężkie, ale nie spodziewałam się, że aż tak dostanę po dupsku...

Ale na dobry początek – mój „słodki ciężar” waży już 4700 i ma ok. 54 cm. Czyli Szymon Malutki już nie jest taki malutki! Jestem w szoku, że tak szybko nadrobił i nabrał ciałka! Jest teraz co dźwigać, oj jest!
Przeżyliśmy też szczepionkę, jedną z wielu jakie nas czekają. I kilkugodzinny, wieczorny krzyk, który ewidentnie był jej efektem. Chodzimy na spacery. I walczymy z humorkami. Niestety, Ogrzyk ma po mnie skłonność do wybuchów złości i niecierpliwość. No, masakra jakaś.
Ale generalnie i ogólnie jest lepiej. Ogrzyk jest silny i zdrowy, no, gardło ma na pewno zdrowe! Jest też bardzo wymagający i absorbujący, ale to pewnie każde dziecko tak ma. A ja ciągle się wdrażam i uczę jak być lepszą mamą, jak szybciej i sprawniej zajmować się synkiem. I wszelkie niedostatki wiedzy i umiejętności rekompensuję synkowi moją pilnością, pracowitością i miłością. Mam nadzieję, że jestem w miarę skuteczna.

A jak było?
Ostatnie tygodnie, po powrocie Szreka do pracy, były dla mnie bardzo ciężkie. Prawdziwy obóz kondycyjny i szkoła przetrwania…
Zabierałam się do pisania tutaj z pierdylion razy i za każdym razem coś mi przeszkadzało. A to nastrój nie ten, zmęczenie zwalało z nóg, a to weny brak, a najczęściej Ogrzyk dopominał się o uwagę, chwila mijała i nastawał kolejny, pełen zajęć dzień. Kiedy Ogrzyk zasypiał w ciągu dnia, miałam chwilkę na podjęcie decyzji w stylu – zjeść, wyprasować, ogarnąć mieszkanie, a może malutka drzemseszyn? I na ogół kończyło się tym, że albo się zawieszałam i przechodziłam w stand-by, albo rzucałam się w mieszkanie i starałam się zrobić pięć czynności na raz. A potem krzyk Małego odciągał mnie od miotania się między pokojami, kuchnią i łazienką, a Szreku wracał z pracy i zastawał mniej więcej taki obrazek: odkurzacz na środku korytarza (bo miałam odkurzyć), w kuchni totalna rozpierducha (bo właśnie zaczęłam sprzątać i tak jakoś się większy bałagan zrobił), w pokoju fotel zawalony stertą ciuchów naszykowanych do prasowania, w pralce czekało na rozwieszenie pranie, a kota witała swojego pańcia miaucząc przeraźliwie, że niby taka biedna i głodna … (to sssuka!). A ja zrypana, zasapana i wk… zdenerwowana na siebie i cały świat …Bo nic nie zrobiłam, bo Ogrzyk wymagał tyle mojej uwagi, bo taka mało zaradna i sprawna jestem…
Tak było. Ale się zmieniło.
Odpuściłam, kiedy zaczęłam padać na twarz. Bo chyba nie o to chodzi, żeby się zajeździć starając się ze wszystkim zdążyć i być perfekcyjna. Bo nie jest najważniejsze, żeby mieszkanie było na błysk, a na mężusia czekał obiadek z dwóch dań. Dla mnie najważniejsze jest, żebym była przytomna kiedy zajmuję się Ogrzykiem, żebym miała dla Niego morze cierpliwości i w miarę szybko odgadywała i zaspokajała Jego potrzeby, żebym sfrustrowana nie warczała o pierdoły na Szreka, miała siły wstać rano po kolejnej słabo przespanej nocy… i nie rozszarpała koty, która psoci z zazdrości jak szalona! (mam na końcu języka mocniejsze słowo!)
Bo na początku pogubiłam się – mea culpa.
A wszystko zaczęło się od wyobrażeń i głowy naładowanej dobrymi radami doświadczonych koleżanek oraz wiedzą z książek.
Od słodko-pierdzącej wizji, przekolorowanego mitu Matki Polki. Od błędnego przekonania, że w życiu jest jak w reklamie – spokojne, różowiutkie, radosne niemowlaki, zadowolone i zrelaksowane mamuśki – piękne i zadbane…
Wyobrażenie starło się z rzeczywistością.
To było brutalne starcie, a potem twarde lądowanie na dupie.
W teorii byłam niezła. Teoria, pfff, też!! Mogę mieć pretensje tylko do siebie – stara i głupia! Wiedziałam, że moje życie się zmieni, że będzie ciężko, ale nie przewidziałam, że te pierwsze tygodnie będą aż tak trudne. Brak kondycji (niestety!), chroniczne niewyspanie i przemęczenie, frustracja, dezorganizacja i totalny chaos to jedno, ale nie byłam chyba gotowa na taki trud psychiczny. Tak, tak! Ostry zapitol od rana do … rana, a mój Mały Rozdarciuch tylko krzyczał, spał, jadł, krzyczał, spał, krzyczał, produkował kupę, krzyczał, jadł i spał… I krzyczał. Bez możliwości kontaktu, komunikacji innej niż krzyk i płacz, bez satysfakcji, bez potwierdzenia i pewności czy to co robię, robię dobrze…
No cóż, jak rozdawali karnety na bycie Matką Polką musiałam stać w innej kolejce.
A z instynktem macierzyńskim też przesadzają – widocznie nie każda kobieta go ma. Ja muszę się wszystkiego uczyć. To jest żmudna nauka. A świadomość, że to mój syn, że wszystko co robię teraz, będzie miało wpływ na Jego rozwój, na nasze stosunki i Jego stosunki z otoczeniem, na Jego życie – paraliżuje. Taka odpowiedzialność za tego malutkiego człowieczka! I taki średnio sprawny i zaradny rodzic jak ja!
Ale jest już lepiej. Mam nadzieję! Uczę się bycia matką. Jestem bardzo pilną uczennicą.
A pociechą i nagrodą dla mnie jest fakt coraz lepszej komunikacji z Ogrzykiem, coraz lepsze/sprawniejsze rozpoznawanie/zaspokajanie Jego potrzeb i … pierwsze, nieliczne, ale już świadome uśmiechy!! Tak!!!
To wspaniała nagroda za cały ten trudny okres. Wierzę, że kryzys (przynajmniej ten) już za mną, że teraz będzie już naprawdę coraz lepiej.

A teraz idę podszykować mleko dla Ogrzyka. Zaczyna się przeciągać i wiercić, czyli niedługo obudzi się głodny jak … Ogr! ;-))

29 mar 2010

Szymon Malutki ...

… ale chaos ogromny. ;-))
Na szczęście pierwszy szok minął i zaczynamy łapać pion. Chociaż ciągle śpimy niewiele (karmienie co 3 godziny),a w dzień chodzimy na rzęsach. Do chronicznego niewyspania można się chyba przyzwyczaić. Tak myślę. Taką mam nadzieję ... ;-))
Ale najważniejsze, że zaczynamy poznawać potrzeby, a wręcz uczyć się Szymka. Na razie kontakty między nami nie są zbyt skomplikowane – jak śpi, to śpi, a jak się budzi jest krzyk, który oznacza albo głód, albo pełną pieluchę, albo głód. Przestałam się też wreszcie bać o mojego dzidziorka, o to, że go źle podniosę, chwycę, zrobię coś nie tak przy przewijaniu. Musi być już znacznie lepiej, bo nie krzyczy zniecierpliwiony moją niezdarnością i powolnością jak do niedawna. Nawet karmienie było dla mnie stresem. Szymek albo nie umiał ssać albo robił to zbyt łapczywie, bo każde picie z butelki kończyło się zachłyśnięciem i moją paniką. Do tego coś mu ciągle w nosku furczało i to też mogło być przyczyną męczenia się, a potem krztuszenia przy jedzeniu. Nosek czyszczę i jest lepiej, ale krztuszenie zdarza się jeszcze niestety.
Byliśmy już nawet dwa razy na spacerze, bo wyjścia do okulisty nie liczę jako spacer. Szreku kupił całkiem fajny, używany wózek, a dzidzior ewidentnie lubi jazdę, bo śpi i w samochodzie i w wózku. Przynajmniej na razie.
A u okulisty okazało się, że ma zapchany kanał łzowy. Zakraplamy mu oczko i masujemy pomimo jego głośnych protestów, ale wszyscy mówią, że i tak skończy się przepychaniem. Moje biedactwo! Teraz jeszcze usg bioderek. Zobaczymy co i jak.

Szreku w poniedziałek, czyli jutro, wraca do pracy po 3-tygodniowym urlopie. Kiedy to zleciało? A ja zostanę na cały dzień sama. Dam radę. Może zanim przestawię się i zorganizuję będzie trochę ciężko, ale dam radę.

A do wspomnień mniej przyjemnych, czyli do tego, co działo się po powrocie ze szpitala wrócę za jakiś czas. Ta krucha równowaga i spokój, które zapanowały we mnie wymagają jeszcze dopracowania, utrwalenia, sporo wysiłku i uporządkowania zrytego bereta. A to wymaga czasu. Najważniejsze – widzę światełko w tunelu, wychodzę na prostą. Wspomnienia przyschną, dolegliwości minęły, głowa się przewietrzy, mam mocne wsparcie w Szreku, a Szymek jest taką słodyczą i balsamem na moją zbolałą duszę, że szybko powinnam wrócić do dawnej formy psychicznej. Mam dla kogo.

Synek jest taki słodki (zwłaszcza kiedy śpi), że mogę siedzieć i patrzeć na niego bez przerwy. Patrzeć jak się przeciąga, jak mruczy i jakie śmieszne robi miny. I muszę się pilnować i powstrzymywać, bo ciągle bym go dotykała, miziała i w ogóle ;-))



Pierwszy spacer.

A to zdjęcie bardzo lubię ;-)

19 mar 2010

Opowieści szpitalne

Jak pisałam wcześniej mój pierwszy pobyt w szpitalu polegał głównie na leżeniu i gadaniu z dziewczynami z sali. Większość z nich była w ok. 26-29 tyg ciąży, na podtrzymaniu albo na kontroli przedwczesnych skurczy. Podłączali nas do ktg kilka razy na dobę, robili usg lub inne badania i tak mijał czas. A, że wszystkie (prócz mnie) były w drugiej ciąży – nasłuchałam się opowieści o porodach, dzieciach i takich tam. Odstawili mi większość leków, ale – o dziwo – oprócz skurczy bez feno, ciśnienie było wzorcowe. Wtedy! Niestety jadło szpitalne nie służyło mojej cukrzycy. Niby brałam zestawy z diety cukrzycowej, ale ta dieta koło prawdziwej diety cukrzycowej nawet nie leżała!
Tydzień szybko zleciał. Sytuacja co do porodu się wyklarowała – wskazanie do cc ze względu na wiek, nadciśnienie i mięśniaki, bo tu sprawy mięśniaków traktowano poważnie i „załatwiano” od razu, przy okazji cc. Czekałam tylko na decyzję o terminie, w którym miałam się zgłosić do szpitala na „rozwiązanie”. Ale jakoś tak wyszło, że sypnęło porodami i na porodówce nie było już miejsc dla położnic z dziećmi. Zaczęli przenosić je do nas, na górę, a nas się pozbywano, bo potrzebne były wolne łóżka. W ten sposób zostałam wypisana z poleceniem zgłaszania się na ktg oraz po termin cesarki. To był poniedziałek. Wracając do domu ze szpitala poprosiłam Szreka, żebyśmy od razu zrobili brakujące zakupy potrzebne do torby szpitalnej. Szreku wrócił do pracy, a ja przepakowałam torbę, przeraziłam się stanem zapuszczenia mieszkania pod rządami Szreka … i zrobiłam sobie drzemseszyn. A potem wrócił Szreku, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Około 2-ej w nocy obudziła mnie duszność i dziwne walenie serca. Zmierzyłam ciśnienie i zdębiałam – 150/98 przy tętnie 58! Jak na moje parametry to był szok! Byłam przerażona. Skąd nagle to ciśnienie?!? Skąd ten strasznie wolny, jak na mnie, puls?! I to okropne wrażenie, że za chwilę serce mi się zatrzyma… Odczekałam jeszcze godzinę i trochę, miotając się po mieszkaniu i panicznie szukając odpowiedzi na pytanie: ‘co robić?’ A potem zmierzyłam ciśnienie po raz setny i załamałam się – skoczyło do 170/105! Wtedy już nawet Szreku nie dyskutował, tylko ubraliśmy się i do szpitala. Było około 4-ej rano. Na izbie bez dyskusji przyjęto mnie, założono wenflon (na wszelki wypadek?), pobrano krew i zbadano (szyjka długa i zamknięta), a następnie zaprowadzono na porodówkę. To był kolejny szok dla mnie – po co? Dlaczego akurat tutaj? Ja tylko z ciśnieniem, a nie na poród – powtarzałam z uporem maniaka po raz pierwszy i nie ostatni tego dnia. Podłączyli mnie do ktg, mierzyli ciśnienie, a w końcu (o zgrozo!) przyszedł lekarz, który mnie zbadał. Ale tak mnie zbadał, że chciałam go kopnąć. Potem praktykantka założyła mi książeczkę dla dziecka (?!) wypytując o różne dane moje i męża. Było już po 7-ej. Na porodówkę, na łóżko za zasłonką, przyszła dziewczyna ze skurczami. Przyszła też nowa, dzienna zmiana i lekarz, który na dzień dobry spytał: ‘to co, która wcześniej rodzi?’ ‘Ja nie na poród…- powtórzyłam po raz kolejny – a poza tym ja mam mieć cesarkę’ powiedziałam w akcie desperacji całkowicie przerażona, że może w końcu każą mi jeszcze do tego wszystkiego rodzić naturalnie. ‘A czemu pani ma mieć cesarkę, co?’ zapytał zaczepnie lekarz badając mnie! A potem spojrzał na wykres ktg i spytał – czy panią coś boli? Ja mu na to, że owszem głowa. Coś poszeptał z praktykantkami i poszedł. Przyszedł główny lekarz na zmianie – bardzo profesjonalny i sympatyczny człowiek. Cały proces powtórzył się – pytanie, która pierwsza rodzi, badanie, pytanie czy mnie coś boli … Czas wolno sunął na przód. Akcja porodowa za zasłonką również. Dziewczyna sapała i stękała, a mnie się robiło słabo na myśl, że będę świadkiem porodu. Zrobiła się 11-ta. Dostałam kroplówkę z potasu, bo okazało się, że mam go stanowczo za mało. I jakoś zagęściło się koło mnie. Kazali mi zdjąć wszystkie ozdoby z obrączką na czele, pytali czy coś jadłam i dali do wypicia ohydny olej (żeby pani nie wymiotowała). Zostałam ogolona („przyjemność” wykonana przez średnio delikatną praktykantkę. Zamiast pianki do golenia wystarczył środek odkażający brr) przebrano w szpitalną koszulę i już prawie chciano mi założyć cewnik… Szef zmiany poinformował mnie, że szykują mnie na cesarkę. Byłam w szoku – jak to?! Okazało się, że ciśnienie było głównym powodem do szybkiego rozwiązania ze względu na obawę gestozy … Ale potem zrobiono mi jeszcze usg i ordynator (po konsultacji z szefem porodówki) stwierdził, że dzieciak mały chociaż donoszony i lepiej by było poczekać jeszcze z tydzień, niech podrośnie. Byłam za! Czekając na wolne łóżko na oddziale, leżałam sobie za zasłonką podłączona do ktg i słuchałam jak dziewczyna, która przyszła na porodówkę tuż po mnie, przechodzi na fotel i rodzi, a potem jest szyta. Za chwilę kolejna dziewczyna rodziła. Masakra. I kiedy myślałam, że zaraz się wszystko skończy i nareszcie wyśpię się na oddziale – szef porodówki, który przyszedł sprawdzić co u mnie, złapał wykres ktg i zdziwionym tonem spytał – naprawdę nic panią nie boli?! Ale nie czekał na moją odpowiedź tylko zbadał mnie znowu, złapał wynik, rzucił coś w stylu: to koniecznie musi zobaczyć ordynator i już go nie było. A po kilku minutach przybiegł i stwierdził, że mam regularne skurcze i skróconą szyjkę więc idę na cesarkę. Zanim założono mi cewnik wstałam do wc i ku mojemu zaskoczeniu poczułam bardzo nieprzyjemny ból brzucha (jak na @) i ostry ucisk w krzyżu. A więc to było to, o co pytali mnie od rana. Spojrzałam na zegar – było po 12-ej. Potem była jazda na łóżku na salę operacyjną, stół na środku sali i wielka lampa nad nim. Starałam się nie rozglądać, żeby nie wpaść w panikę. Wiem tylko, że anestezjolog miał na imię Szymon i był absolutnym profesjonalistą. :-) Po kilkunastu sekundach nie czułam nic od pasa w dół i zaczęło się. Starałam się nie koncentrować na tym co się TAM dzieje, a od chwili kiedy usłyszałam krzyk Szymka – nic już nie miało znaczenia. Położna, która przyjechała ze mną z porodówki, przyniosła mi małego Ogrzyka do pokazania – ‘masz mama, pocałuj’ i podsunęła mi małą, umazaną główkę do ust. Był taki cieplutki i krzyczał ile sił w płucach. Kiedy go wynieśli przestałam zwracać uwagę na cokolwiek – na wyłuskiwanie mięśniaków, zszywanie, przenoszenie mnie na łóżko i zawożenie do sali pocięciowej. Szymek już tam był. Leżał w inkubatorze na podgrzaniu. Kiedy mnie przywieźli ożywił się i po chwili pokrzykiwał wymachując przy tym rączkami. A ja nie mogłam przestać zezować w jego stronę. Kiedy przyjechał Szreku, położna wyjęła Szymka i zaniosła do drzwi, żeby ojciec mógł obejrzeć swojego syna. Niestety, nie mógł go wziąć na ręce – zrobił to dopiero w domu. W tym szpitalu odwiedzający nie wchodzą na salę, a dzieci podwozi się do drzwi w specjalnych, przezroczystych wanienkach zamontowanych na stelażach z kółkami. Ma to swoje dobre i złe strony, utrudnia obejrzenie maluchów, ale na pewno jest zdrowsze dla dzieci.
A potem był rozruch i pionizacja - po cesarce po 12 godzinach. Nie będę się roztkliwiać, że bolało i szwy ciągnęły, bo to oczywiste. Położne pomagały przy maluszkach, a mojego synka musiały też karmić bo szybko okazało się, że ja nie będę karmić piersią. Potem była sala dla ‘normalnych’ położnic, gdzie wszystko robiło się już samemu. A Szymek tak bardzo mnie przerażał. Taki malutki i kruchy – jak go tu podnieść, jak przebrać? A potem był mega dół w trzeciej dobie i łzy przez cały dzień. Kolejny dzień, już lepszy, chociaż samopoczucie takie sobie. I żółtaczka Szymka i leżenie pod lampą. Jedne położne miłe i pomocne, inne wręcz przeciwnie. I gdzieś tam w tle moje, ciągle wysokie ciśnienie, którym nikt się już nie zajmował, bo nie po to tu byłam…Aż do kolejnego dnia, po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy ledwie wróciłam z toalety i kiedy kazałam sobie zmierzyć ciśnienie, a tam znowu masakra. Na obchodzie powiedziałam pani doktor, że to odstawione leki i że powinnam wrócić do tego, co mi pomagało. Odpowiedziała mi to, czego już sama się domyślałam – nie pomogą mi w tym temacie. Muszę wyjść ze szpitala i iść do internisty albo kardiologa. A ponieważ nowe rodzące potrzebowały miejsca – wypisali nas (dzięki im za to!) w sobotę i nareszcie mogliśmy pojechać z dzidziorkiem do domku. Tylko, że tam nie było mi lepiej … było dużo gorzej …
Ale to już historia na inną opowieść.
Czyli ciąg dalszy nastąpi.