23 lip 2016
WTF (what the FUCK)- czyli zaczęło się....już?
....Któryś wieczór.
Łóżko...
Ogrzyk przed czytaniem bajek (przez mła) niespokojny jakiś....
- Mamo, a Xxx * mówi, że Ty jesteś gruba! – rzuca mi się na szyję i ściskając mocno szepce do ucha – ...a Ty nie jesteś gruba?!
- ...Jestem gruba, kochanie – wybieram prawdę. I tak się kiedyś dowie, albo sam zrozumie, że jego mama JEST grubasem.
- Jesteś tylko troszkę gruba, ale poza tym jesteś całkiem chuda – Ogrzyk mocno mnie ściska
Boże, jak ja go kocham!
Niestety, to ten sam kolega, który już wyzywał mnie już od „starych babć” i „małych” więc sprawa jest rozwojowa. I beznadziejna...
…myślałam, że zacznie się troszkę później… w podstawówce jakiejś czy cuś...
Nic z tego ... dzieciory szybciej dorastajo! O! I terudno...
A Ogrzyka trzeba jakoś uodpornić...
*Xxx – nie lubię gnojka (i już) po raz nie-wiem-który!
23 cze 2016
Chore...chorsze
...bo w domu szpital...
Ogrzyk zapalenie gardła! Gorączka, marudy, zły nastrój...antybiotyk!
Kota - uszy! Walka już jakieś miesiące ze trzy! Antybiotyk, flora bakteryjna i teraz uodparniające tabletki.
Mama moja - hmmm, coraz to nowsze "niespodzianki" i "...to nie jaa!"
... a ja ciągle nie mam czasu na wizytę u swoich lekarzy ... kolejnych....A tu kolejka rośnie...niestety.
dolegliwości też.
Ogrzyk zapalenie gardła! Gorączka, marudy, zły nastrój...antybiotyk!
Kota - uszy! Walka już jakieś miesiące ze trzy! Antybiotyk, flora bakteryjna i teraz uodparniające tabletki.
Mama moja - hmmm, coraz to nowsze "niespodzianki" i "...to nie jaa!"
... a ja ciągle nie mam czasu na wizytę u swoich lekarzy ... kolejnych....A tu kolejka rośnie...niestety.
dolegliwości też.
17 cze 2016
Wyjazd Ogrzyka
Wieczór.
Ogr usypia Ogrzyka, który dzisiaj wrócił z „zielonego
przedszkola”. Nie było go 4 dni! Wierzyć mi się nie chce, że na tak długo
pojechał gdzieś bez nas! Do tej pory nawet nie nocował bez nas poza domem. Nie było
takiej okazji ani potrzeby. Moja mama zostawała z nim u nas, a kiedy jechali do
teściowej – zawsze był tam Ogr. Nigdy nie zostawilibyśmy Ogrzyka samego z moją
teściową, ale to już zupełnie inna historia.
A tu takie poważne wydarzenie...
Wielki krok naprzód. Prawdziwe „odpępnienie”.
Pierwsze wypuszczenie synka spod kurateli. Pierwsze poważne oddanie Ogrzyka światu, innemu, bardziej jego niż naszemu, w którym my już tak do końca nie podglądamy, nie uczestniczymy na każdym kroku. Oprócz typowego strachu o niego (o to, czy nie będzie za nami płakał, czy mu nie będzie źle, jak sobie poradzi, czy zostanie odpowiednio zaopiekowany), czułam zwykłą zazdrość, że wychowawczynie będą go oglądać w sytuacjach, w których ja chciałabym go zobaczyć: jak sobie radzi z rówieśnikami, jak się bawi, jak tańczy (ponoć jest rewelacyjnym tancerzem, ale przy nas się wstydzi).
Taak. Jak to mówił Pawlak w filmie „Sami swoi” – „nieuchronnie zmierza ku pełnoletniości”. Dociera do mnie boleśnie, że coraz więcej będzie takich chwil, że coraz dalej będzie mu do nas, a coraz bliżej do kolegów i koleżanek, że inni ludzie będą wkrótce dla niego równie ważni, albo i ważniejsi niż jego „starzy”…
Wielki krok naprzód. Prawdziwe „odpępnienie”.
Pierwsze wypuszczenie synka spod kurateli. Pierwsze poważne oddanie Ogrzyka światu, innemu, bardziej jego niż naszemu, w którym my już tak do końca nie podglądamy, nie uczestniczymy na każdym kroku. Oprócz typowego strachu o niego (o to, czy nie będzie za nami płakał, czy mu nie będzie źle, jak sobie poradzi, czy zostanie odpowiednio zaopiekowany), czułam zwykłą zazdrość, że wychowawczynie będą go oglądać w sytuacjach, w których ja chciałabym go zobaczyć: jak sobie radzi z rówieśnikami, jak się bawi, jak tańczy (ponoć jest rewelacyjnym tancerzem, ale przy nas się wstydzi).
Taak. Jak to mówił Pawlak w filmie „Sami swoi” – „nieuchronnie zmierza ku pełnoletniości”. Dociera do mnie boleśnie, że coraz więcej będzie takich chwil, że coraz dalej będzie mu do nas, a coraz bliżej do kolegów i koleżanek, że inni ludzie będą wkrótce dla niego równie ważni, albo i ważniejsi niż jego „starzy”…
A wyjazd się udał, dzieci wróciły zadowolone. Miały tyle
atrakcji, że nie było czasu na tęsknotę czy nudę. Sama chętnie bym to wszystko
zobaczyła i przeżyła.
I do tego wydaje mi się, że my, rodzice, bardziej przeżyliśmy ich wyjazd i nieobecność niż oni oddalenie! Tak pusto i cicho było w domu! Nawet kota była jakaś markotna. Nikt nie trajkotał od rana, nie jeździł po mieszkaniu na hulajnodze, nie hałasował sąsiadom generalnie…
Zaczęłam się zastanawiać, jak my żyliśmy kiedy nie było z nami Ogrzyka. :-)
I do tego wydaje mi się, że my, rodzice, bardziej przeżyliśmy ich wyjazd i nieobecność niż oni oddalenie! Tak pusto i cicho było w domu! Nawet kota była jakaś markotna. Nikt nie trajkotał od rana, nie jeździł po mieszkaniu na hulajnodze, nie hałasował sąsiadom generalnie…
Zaczęłam się zastanawiać, jak my żyliśmy kiedy nie było z nami Ogrzyka. :-)
Fajnie, że mu się tam podobało, że dał radę i nie
musieliśmy po niego jechać wcześniej.
Fajnie, że już wrócił, że już jest z nami.
Fajnie, że już wrócił, że już jest z nami.
Etykiety:
Fjona zielona matka,
Sajmonek,
samo życie Fjony,
Sceny z życia Ogrów
26 maj 2016
Masakra! czyli...
...ostatni wolny łikend...
Rodzinka Ogrów stwierdziła, że idzie w miasto. Samochód został w domu – raz chciałam ruszyć tłusty ogrzy tyłek, a do tego Ogrzyk zawołał: „Taaak! Tramwajem jedziemy!”. Pojechaliśmy do Manufaktury – ależ ja lubię to miejsce! Jechało się długo i z przesiadką. Odwiedziliśmy restaurację z ulubionymi pierogami i naleśnikami, potem spacer po terenie – cieszący oko, a w końcu na przystanek i do domu.
W drodze powrotnej Ogrzyk przez okno zobaczył wodę – staw przy
odnowionej Białej Fabryce. Pełen entuzjazm. No, oczywiście, że wysiadamy!
Idziemy do parku, Ogrzyk gada do kaczek i prawie chce wpaść/wejść do wody. Moja Rybka kochana
(astrologiczna też)
Ale potem jest mniej
fajnie. Siadamy na ławce. Ogrzyk szaleje nad wodą. Po drugiej stronie stawu, do wody schodzi rodzinka z psem – dwie córki i rodzice. Starsza córka wrzuca psa do wody. Woda jest płytka, a ona wrzuca psa jak rzecz – pleckami do góry. :-( Patrzę i nie wierzę. Byli już inni, zachęcający swoje psiaki do wskoczenia do wody, ale oni rzucali patyki, a psy wskakując się nie zanurzały całkowicie. To były skoki dobrowolne! Nie chciały - nie szły/zanurzały się głębiej.Tutaj jest inaczej – panienka rzuca psem jak torbą/patykiem/workiem! Pies robi dwa obroty, ląduje w PŁYTKIEJ (do kostki), lodowatej wodzie na plecach, wstaje i wraca do swoich … trudno w tym miejscu napisać słowo „właścicieli”! A potem jest tylko gorzej – pies wraca, młodsza dziewczyna go łapie, odwraca brzuchem do góry, podrzuca tak wysoko, na ile ma siłę i rzuca! Pies ląduje, znowu, z obrotem i głośnym pluskiem PLECKAMI w wodzie!
Nosz, kurwa! Nie wierzę! Psina obraca się, wstaje, zatrzymuje się kilka kroków od debili (zwanych, potocznie i zbyt szumnie, ludźmi) i … boi się podejść do „właścicieli”, bo już wie, że ta patologia znowu wykona rzut! I tak, kurwa jest! Tym razem do pieska podchodzi facet! Mój Szreku mówi: „Noo, ten to chyba, kurwa, rzuci pieskiem na środek stawu!” Podrywa mnie! Nie zastanawiam się! Nie, no kurwa – ten pies to nie przedmiot, rzecz, nie patyk! Podbiegam do brzegu. Jestem daleko, po drugiej stronie stawu – wiem to. Ale i tak krzyczę ile sił: „Przestańcie rzucać tym psem! To nie przedmiot!” W tym samym momencie po tamtej stronie stawu inni ludzie (spacerujący z psami) tez interweniują; krzyczą, bluźnią i reagują! Moja wiara w człowieka odradza się. „Rodzina Addamsów” niechętnie zabiera umęczonego psiaka i odchodzi. Siedzę na ławce, trzęsę się i telepię, i do tego wiem, że idą dookoła stawu.
Do nas...
Tego samego dnia, wieczorem, Szreku mówi mi, że wiedział, że idą i czekał…
Ogrzyk, po chwilowej traumie – „Mamusio, masz kwiatka i nie denerwuj się już!”- bawi się znowu nad brzegiem.
„Tatusiu, chodź tam, do kaczek”- woła. „To idźcie, no, idźcie!” – wypycham towarzystwo, widząc nadciągających w naszym kierunku patologicznych dręczycieli psa. Będzie się działo! Będzie „jazda”! – myślę. Szreku dziwnie się opiera (potem w domu mówi, że widział nadciągających debili, pragnących konfrontacji i dlatego został). Podchodzą, a ja z daleka słyszę teksty: „…qwa, mogą se pierdolić, qwa, co chcom, qwa! Niech se pierdolom! Qwa! Jak coś, qwa, nie pasi, to qwa.. w końcu pies jest nasz, qwa i możemy se robić z nim, qwa, co qwa chcemy – qwa! Nie?!”
Wszystko to od „pani”, (choć słowo: „pani” ciężko przechodzi mi przez klawiaturę!). Jej córki (zwłaszcza ta młodsza) coś tam dogadują, a mnie zatyka. Jak zobaczyłam te twarze… powinnam napisać „te- ja pitolę - tfarze”! PATOLOGIA! Bez cienia emocji, empatii czy inteligencji! Błagające o odrobinę ROZUMU! I – tak! – nie zareagowałam na zaczepkę, skierowaną wyraźnie do nas! Zacisnęłam poślady i zamilkłam, choć psina przechodząca obok tak bardzo prowokowała do komentarza… I nie mam złudzeń - te patologiczne debile chciały mojej reakcji! Och, jak chciały! Ale ja, stchórzyłam, ze względu na Ogrzyka. I trochę ze względu na Szreka... I mi nie wstyd. Bo Ogrzyk i tak bardzo to przeżył (jak się potem okazało). Wspominał o tym kilka dni z rzędu. Jest wrażliwy. W końcu to mój syn – mały Ogrzyk!
A duży Ogr - wiadomo.
A ja? Niestety, od teraz zareaguję ZAWSZE!
13 maj 2016
Ospa wietrzna…
Czy trzeba pisać coś jeszcze? Kto przeżył – ten wie i
rozumie.
Łatwo nie było – już piąty dzień za nami. Była gorączka
(na szczęście niezbyt wysoka i nie trwająca zbyt długo), wysyp krosto-bąbli… tu
już gorzej. Dużo tego się wysypało, a Sajmonek nie należy (po mamusi, zresztą)
do cierpliwych osób więc upilnowanie go, aby się nie drapał graniczyło z cudem.
Nie smarowaliśmy go pasto-pudrem tylko pianką. Wiem, że starodawny puder jest
ciągle na topie i polecany przez lekarzy. My zaryzykowaliśmy stosowanie pianki.
Łatwiejsza w użyciu, a NIC nie gwarantuje, że nie będzie śladów po zdrapaniu
krostek. Zobaczymy. Nic już nie poradzimy.
A teraz czekamy na koniec choroby Ogrzyka i … na
ewentualne (tfu tfu!) efekty u nas.
Szreku wie i pamięta, że miał ospę. Ja nie pamiętam, a moja mama to już w ogóle niewiele pamięta. Dzwoniłam do mojej chrzestnej (siostry mojego śp. ojca), bo wiem, że przez jakiś czas mieszkaliśmy razem z nią i jej rodziną. Pocieszyła mnie, że ospę przechodziliśmy z bratem razem z jej synami. Oby! Bo nie chciałabym chorować w takim wieku, a do tego mój brat w przyszłym tygodniu wyjeżdża na wyczekane wakacje w Hiszpanii :-/ Tak więc ten… noo zobaczymy. :-/
Szreku wie i pamięta, że miał ospę. Ja nie pamiętam, a moja mama to już w ogóle niewiele pamięta. Dzwoniłam do mojej chrzestnej (siostry mojego śp. ojca), bo wiem, że przez jakiś czas mieszkaliśmy razem z nią i jej rodziną. Pocieszyła mnie, że ospę przechodziliśmy z bratem razem z jej synami. Oby! Bo nie chciałabym chorować w takim wieku, a do tego mój brat w przyszłym tygodniu wyjeżdża na wyczekane wakacje w Hiszpanii :-/ Tak więc ten… noo zobaczymy. :-/
Jedyna dobra strona tej okropnej choroby to fakt, że
Ogrzyk już tak bardzo tęskni za dzieciakami ze swojej grupy i za swoimi „ciociami”,
że po chorobie będzie biegł do przedszkola wysoko unosząc kolana ;-)
Etykiety:
Fjona na skraju,
Sajmonek,
Sceny z życia Ogrów
28 mar 2016
Święta??
A wszystko zaczęło się w Wielki piątek..
...serio - "wielki". Wybrany, bo wolny (bez zwalniania się w pracy i tak dalej).
Bo właśnie diagnozujemy Ogrzyka dla endokrynologa. Zachciało mi się akurat zrobić badania wtedy..
Pobieranie krwi bolało wszystkich (mimo plasterka przeciwbólowego) - ale może wreszcie dowiemy się czegoś więcej?
A wieczorem wysypało Ogrzyka i sobie zagorączkował...
Myślałam - emocje, przecież. Moja krew!
Daliśmy sobie na wstrzymanie, a Ogrzykowi - jak zwykle: aerius, wapno, zyrtek...
Przeszło.
I wtedy - Święta wielkanocne...
...a dzieci kiedy niby wybierają najlepszy moment na prawdziwe chorowanie?
Tak!
Łikędy, święta wszelakie, no przesz dni wolne od pracy, tak?...
Tak!
Żeby trudniej było, ale za to jakie przeżycia!
Ogrzyka wysypało wcześniej, w tygodniu jakoś...
I tak było codziennie, przez cały tydzień! Rano super, a po 17-ej wysypuje i generalnie niefajnie jest.
Dzisiaj - niedziela - odwiedzamy ostry dyżur. A co! Dobrze, że na osiedlu - niedaleko! Gorączki nie ma, wysypki brak! Ale - kontynuować leczenie. I tak trzymać.
A teraz - jest tuż po północy - Ogrzyk wysypany na czerwono, gorączka i totalnie duupa blada.
Lany Poniedziałek mamy znowu zorganizowany?!
Oby NIE! Plizz.
***
Na koniec akcent wesoły ...
... Niedziela.
Oglądamy film "Asterix na olimpiadzie".
Finałowa scena.
Dwoje bohaterów (chyba głównych) zmierza romantycznie do siebie...ustami gotowymi do kontaktu.
I wtedy Ogrzyk mówi z obrzydzeniem (chyba?):
- Zaraz się pocałują ... FUUJ!- zasłaniając sobie oczy
..a my (dorośli) z konsternacji w śmiech!
11 mar 2016
Ale, że to już marzec??
,... Brakuje mi tu pisania.
Tak! Bardzo.
Tak! Bardzo.
To chyba jakaś forma głębokiej
auto-psychoterapii..(?!)
Od zawsze pisałam pamiętniki – dziś chętnie wracam do tych, w których opisywałam początki znajomości ze Szrekiem, o tak! Jak TO smakuje! Mmmm!
Czy to już pierwsze oznaki starości? ;-)
Fejsdzbuk mnie jakoś nie teges… (nie bierze)… no nie. Wolę chyba pewną anonimowość. Może to tchórzostwo, a może jednak chęć zachowania tajemnicy, intymności czy ja wiem czego jeszcze? Mam coraz więcej do ukrycia, niestety! … i już.
Od zawsze pisałam pamiętniki – dziś chętnie wracam do tych, w których opisywałam początki znajomości ze Szrekiem, o tak! Jak TO smakuje! Mmmm!
Czy to już pierwsze oznaki starości? ;-)
Fejsdzbuk mnie jakoś nie teges… (nie bierze)… no nie. Wolę chyba pewną anonimowość. Może to tchórzostwo, a może jednak chęć zachowania tajemnicy, intymności czy ja wiem czego jeszcze? Mam coraz więcej do ukrycia, niestety! … i już.
Jeszcze, ciągle,
nie mam fazy i odwagi zmierzyć się z tematem mojej matki.
Oprócz problemu alkoholowego (baardzo delikatnie pisząc), z wyciętym jelitem (z rakiem), a następnie z nadciśnieniem i wykrytą (przez mła!) cukrzycą i w końcu – tadaam! – Alzheimerem średnio zaawansowanym! Demencja. Może nawet demencja alkoholowa?
Na razie nie będę opisywać różnych sytuacjones, bo po co?
Zdążę.
Dzieje się i mnie to sporo kosztuje! Zdrowie moje mnie kosztuje.
W końcu wszystko przede mną. Wiem to. Niestety.
Oprócz problemu alkoholowego (baardzo delikatnie pisząc), z wyciętym jelitem (z rakiem), a następnie z nadciśnieniem i wykrytą (przez mła!) cukrzycą i w końcu – tadaam! – Alzheimerem średnio zaawansowanym! Demencja. Może nawet demencja alkoholowa?
Na razie nie będę opisywać różnych sytuacjones, bo po co?
Zdążę.
Dzieje się i mnie to sporo kosztuje! Zdrowie moje mnie kosztuje.
W końcu wszystko przede mną. Wiem to. Niestety.
Zostanę – na razie – przy radosnych chwileczkach,
chwiluniach mojego życia.
A są takowe.
Jesss!
I całe moje pieprzone szczęście. Bo gdyby nie one, to FUCK!
A są takowe.
Jesss!
I całe moje pieprzone szczęście. Bo gdyby nie one, to FUCK!
Dziś kilka takowych sytuacjones,
Szymon bawi się ze starszym o 5 lat kolegą. Ganiają,
biegają i hałasują. Słyszę jak kolega
mówi do Szymka:
- Biegnę się przegrupować
- Ja też... – krzyczy Szymon i dodaje – ...a co to znaczy?
Szykujemy się do przedszkola. Ogrzyk zaczyna mieć focha i
marudzi. Wkurza mnie – chociaż udaję, że nie. W końcu podnoszę głos, choć nie
chcę-jak zwykle.
- Nie krzycz na mnie, ty krzykaczu! – słyszę
- Co powiedziałeś?
- Nie krzycz na mnie – powtarza, a widząc moją minę
dodaje (ze słodkimi szrekowymi dołeczkami w policzkach, które tak uwielbiam) –…
Ty mój nerwusie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)