... i zmieniłam wygląd (bloga, no przecież!! bloga!).
... Bo mi się już nudziło ...
Na razie tak to będzie wyglądać.
Zobaczę jak mi tu będzie i czy jeszcze coś zmienię.
A może w końcu te zmiany natchną mnie do napisania czegoś ;-)
Mam nadzieję, bo mam ochotę tylko sił i czasu brak.
A więc popatrzę, poczekam, poczuję i zobaczę.
Dobranoc
pssst: i coś mi się zdaje, że nie będzie to pierwsza i ostatnia zmiana tu, na tym blogu ... i we mnie.
Oj, nie ostatnia! ;-))
To prawie jak obietnica albo groźba ...
20 cze 2010
2 cze 2010
Dzień Dziecka
A ja zafundowałam mojemu Ogrzykowi szczepienie … :-(
Przykro mi było, ale taki był termin. Cóż, pocieszam się, że to dla Jego zdrowia.
Wiozłam Ogrzyka do przychodni jak na ścięcie. Tak bardzo bałam się powtórki z ostatniego szczepienia, czyli kilkugodzinnego krzyku.
Tym razem, jednak, Misio był dzielny! :-))
Badanie, mierzenie, ważenie – wszystko zniósł z cierpliwością niespotykaną u Niego.
A potem było kujnięcie. Dobrze, że tym razem mogłam stać przy Ogrzyku, trzymać Go za rączkę i mówić do Niego. Patrzył na mnie i uśmiechał się … do czasu, oczywiście. Ale za to bardzo szybko uspokoił się w moich ramionach.
W drodze powrotnej zasnął tak mocno, że korzystając z suchej aury zrobiłam dłuższy spacer.
Potem było kolejne karmienie, a ja intensywnie wpatrywałam się w miny Ogrzyka szukając śladów zaczynającego się kryzysu. Nic się nie wydarzyło! Nawet temperatury podwyższonej nie miał! :-) Misio zjadł, „pogadał” ze mną i zapadł w kolejną drzemkę. W końcu kąpiel, butla i sen. Śpi jak suseł! Spokojnie i mocno!
Udało się – kryzys nie nastąpił.
A teraz będę się chwalić, czyli cyferki!
Ogrzyk ma teraz 58 cm i waży 6 kg!
O!
p.s. Ciągle mam wątpliwości co robić ze szczepieniami nieobowiązkowymi, czyli rotawirusami i pneumokokami ... No, nie wiem co mam robić. Pytałam już tyle osób i każdy ma inne zdanie. Rota chyba sobie darujemy, ale pneumokoki chcemy dać. Ale nie teraz, niech podrośnie. Tyle decyzji. Jak tu zrobić, żeby było jak najlepiej dla Ogrzyka, żeby nie obciążać za bardzo teraz Jego układu odpornościowego, a z drugiej strony, żeby potem niczego nie żałować?
p.s.2 Jutro Ogrzyk kończy trzy miesiące! :-))
Przykro mi było, ale taki był termin. Cóż, pocieszam się, że to dla Jego zdrowia.
Wiozłam Ogrzyka do przychodni jak na ścięcie. Tak bardzo bałam się powtórki z ostatniego szczepienia, czyli kilkugodzinnego krzyku.
Tym razem, jednak, Misio był dzielny! :-))
Badanie, mierzenie, ważenie – wszystko zniósł z cierpliwością niespotykaną u Niego.
A potem było kujnięcie. Dobrze, że tym razem mogłam stać przy Ogrzyku, trzymać Go za rączkę i mówić do Niego. Patrzył na mnie i uśmiechał się … do czasu, oczywiście. Ale za to bardzo szybko uspokoił się w moich ramionach.
W drodze powrotnej zasnął tak mocno, że korzystając z suchej aury zrobiłam dłuższy spacer.
Potem było kolejne karmienie, a ja intensywnie wpatrywałam się w miny Ogrzyka szukając śladów zaczynającego się kryzysu. Nic się nie wydarzyło! Nawet temperatury podwyższonej nie miał! :-) Misio zjadł, „pogadał” ze mną i zapadł w kolejną drzemkę. W końcu kąpiel, butla i sen. Śpi jak suseł! Spokojnie i mocno!
Udało się – kryzys nie nastąpił.
A teraz będę się chwalić, czyli cyferki!
Ogrzyk ma teraz 58 cm i waży 6 kg!
O!
p.s. Ciągle mam wątpliwości co robić ze szczepieniami nieobowiązkowymi, czyli rotawirusami i pneumokokami ... No, nie wiem co mam robić. Pytałam już tyle osób i każdy ma inne zdanie. Rota chyba sobie darujemy, ale pneumokoki chcemy dać. Ale nie teraz, niech podrośnie. Tyle decyzji. Jak tu zrobić, żeby było jak najlepiej dla Ogrzyka, żeby nie obciążać za bardzo teraz Jego układu odpornościowego, a z drugiej strony, żeby potem niczego nie żałować?
p.s.2 Jutro Ogrzyk kończy trzy miesiące! :-))
29 maj 2010
Dzień Matki
Pierwszy w moim życiu.
Jaki był?
Ciężki…
No, dobra bez ściemniania – był koszmarny!
Młody miał jeden z TYCH dni, kiedy nic go nie cieszy, wszystko denerwuje i nic nie jest w stanie go uspokoić. NIC! Przez cały dzień z przerwami na jedzenie i krótkie drzemki.
Czułam się taka bezradna i nieudolna.
Tak więc mój pierwszy Dzień Matki poświęciłam na zastanawianie się (po raz kolejny) czy aby nadaję się na matkę i czy w ogóle powinnam nią być…
Zaliczyłam mega-doła, a wieczorem byłam wyczerpana psychicznie i emocjonalnie.
Pora stawić czoła faktom i spojrzeć w twarz rzeczywistości. Mój synek jest marudą lub nadwrażliwcem …Albo i jedno i drugie. Mam nadzieję, że z tego wyrośnie i w przyszłym roku o tej samej porze będę się śmiać z tego wpisu.
Jeśli nie – przyzwyczaję się do tego czasu.
To mój syn, mój Ogrzyk i kocham Go bez względu na wszystko.
A czego sobie życzę z okazji tego święta?
A wieczorem Szreku wrócił z pracy i wręczył mi bukiet ślicznych tulipanów z komentarzem, że to od Szymka i jeszcze coś o przeprosinach od Ogrzyka za to, że był niegrzeczny, za zły humor i fochy, a mnie ścisnęło … skąd wiedział?! Nie zdążyłam się przecież pożalić – i dobrze!

Za to ostatnie dwa dni to sielanka!
Szymuś jest spokojny, uśmiechnięty, słodki. Cudowny.
Zupełnie jakby chciał zatrzeć przykre wspomnienie, zadośćuczynić mi przykrość.
Mój Misio kochany :-))
Jaki był?
Ciężki…
No, dobra bez ściemniania – był koszmarny!
Młody miał jeden z TYCH dni, kiedy nic go nie cieszy, wszystko denerwuje i nic nie jest w stanie go uspokoić. NIC! Przez cały dzień z przerwami na jedzenie i krótkie drzemki.
Czułam się taka bezradna i nieudolna.
Tak więc mój pierwszy Dzień Matki poświęciłam na zastanawianie się (po raz kolejny) czy aby nadaję się na matkę i czy w ogóle powinnam nią być…
Zaliczyłam mega-doła, a wieczorem byłam wyczerpana psychicznie i emocjonalnie.
Pora stawić czoła faktom i spojrzeć w twarz rzeczywistości. Mój synek jest marudą lub nadwrażliwcem …Albo i jedno i drugie. Mam nadzieję, że z tego wyrośnie i w przyszłym roku o tej samej porze będę się śmiać z tego wpisu.
Jeśli nie – przyzwyczaję się do tego czasu.
To mój syn, mój Ogrzyk i kocham Go bez względu na wszystko.
A czego sobie życzę z okazji tego święta?
CIERPLIWOŚCI!!!
Całego morza, oceanu cierpliwości bo to jest w tej chwili najważniejsze.
A potem – równie ważnej rzeczy – zdrowia dla siebie i moich chłopaków. I jeszcze tego, żeby mój synek rozwijał się prawidłowo.
Całego morza, oceanu cierpliwości bo to jest w tej chwili najważniejsze.
A potem – równie ważnej rzeczy – zdrowia dla siebie i moich chłopaków. I jeszcze tego, żeby mój synek rozwijał się prawidłowo.
A wieczorem Szreku wrócił z pracy i wręczył mi bukiet ślicznych tulipanów z komentarzem, że to od Szymka i jeszcze coś o przeprosinach od Ogrzyka za to, że był niegrzeczny, za zły humor i fochy, a mnie ścisnęło … skąd wiedział?! Nie zdążyłam się przecież pożalić – i dobrze!
Za to ostatnie dwa dni to sielanka!
Szymuś jest spokojny, uśmiechnięty, słodki. Cudowny.
Zupełnie jakby chciał zatrzeć przykre wspomnienie, zadośćuczynić mi przykrość.
Mój Misio kochany :-))
25 maj 2010
Myśli moje, niewesołe
Myśli mnie nachodzą niewesołe jakieś ...
Myślę stanowczo za dużo, wiem.
I martwię się stanowczo za wcześnie.
Ale to wszystko przez ostatnie wydarzenia i spotkanie z koleżankami z pracy.
Było miło i sympatycznie, pośmiałyśmy się, a ja się troszkę zresetowałam i wywietrzyłam głowę, ale … No, właśnie – zawsze jakieś „ale”. Wszystko było fajnie, poza rozmową o moich planach na najbliższą przyszłość – czytaj: powrót do pracy czy wychowawczy? Pytanie padło z ust koleżanki (i to nie mojej kierowniczki), a ja jakoś nie miałam ochoty jej odpowiadać. Po pierwsze dlatego, że jest okropną pleciugą i wścibusem (wszystko musi wiedzieć, wyśledzić, wyniuchać i koniecznie podać dalej!), a po drugie – jej to nie powinno obchodzić. W każdym razie, kiedy nie usłyszały mojego zdecydowanego: „wracam do pracy!” – zaczęła się jakaś dziwna rozmowa. Powiedziałam (średnio szczerze), że jeszcze nie wiem, że to zależy i w ogóle. A one zaczęły dociekać – dlaczego?! No, bo przecież babcia może się zająć wnukiem, prawda?! A ja dziwnie się poczułam, w opozycji i do tego tłumacząc się sama nie wiem czemu. Nie muszę nikomu tłumaczyć (i nie chce mi się!) czy moja mama może zająć się wnukiem i dlaczego nie bardzo. Zastanowiło mnie jedno – czułam pewnego rodzaju nacisk (choć trudno to wytłumaczyć), a potem zdziwienie (może nawet rozczarowanie) kiedy delikatnie dałam do zrozumienia, że może jednak zostanę w domu, do roku czasu… Pozostał niesmak i niezadowolenie. Niesmak z powodu nacisków i zdziwienia koleżanek, że nie pragnę wrócić natychmiast do pracy i to wysoko unosząc kolana, że wymagają/oczekują od każdej babci tego, że zajmie się wnukiem, a każda matka o niczym innym nie myśli tylko kiedy wreszcie wróci do ukochanej firmy. A niezadowolenie - z siebie, że tłumaczyłam się za matkę. A nie musiałam z dwóch (co najmniej!) powodów – po primo, bo takie czasy nastały, że żadna babcia nie ma w obowiązkach opieki nad wnukami, bo jedne pracują, inne używają życia, a jeszcze inne zwyczajnie nie chcą lub nie mogą, a po secundo, bo nie każdy ma full wypas z babciami bijącymi się o opiekę nad wnukami! Moja matka jest jaka jest i się nie zmieni. I tak oszalała na punkcie Szymka! Bardziej niż kiedykolwiek bym się po niej spodziewała! I przybiega codziennie i gada do niego i śmieje się jak mała dziewczynka, kiedy się do niej uśmiechnie albo zagada… I co z tego, że jest babcią „na chwilkę”, że przychodzi na 2-4 godziny, że nie można do końca jej zaufać i zostawić jej Młodego na cały dzień. Nie oczekuję tego, a cieszy mnie fakt, że pomimo wszystko aż tak bardzo się stara. Jak na nią i jej możliwości to sporo! A największą dla niej karą obecnie jest nie dopuścić jej do wnusia.
Ale wracając do koleżanek z pracy i ich oczekiwań …
Narasta we mnie pytanie bowiem – a do czego, do cholery, niby mam się spieszyć?
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić Ogrzyka w żłobku!! Nie teraz! Moja pensja jest na tyle gówniana, że szkoda słów, a na pewno wysiłku! Kariery żadnej nie zrobię … A jak wrócę to i tak nie do dotychczasowego miejsca pracy. Dyrka dała dziewczynom na zastępstwo kobitkę, która wiekowo i pod każdym innym względem bardziej do nich pasuje. Nie raz już słyszałam, że ach, jak im wesoło, jak się pośmiały, albo – ach, jak dobrze im się pracuje i ile zrobiły, się napracowały!! No tak, ja raczej jestem mróweczka – usiądę, po cichu i szybko zrobię swoją pracę. Pośmiać się, pogadać ze mną można, ale nie zawsze (a udawać, zmuszać się i wysilać nie umiem, nie lubię i już) i do tego mojej żmudnej pracy nie widać, bo się nie umiem zareklamować i głośno chwalić. A z drugiej strony – kobitka, która tu przyszła na zastępstwo też nie da się stąd zabrać. A bo jej tu źle?? Do domu rzut beretem, dziewczyny normalne, w pracy spokój i fajna atmosfera … Żyć nie umierać. No i Dyrka ma tendencję do zmian więc na pewno wykorzysta sytuację, żeby zamieszać i mnie rzucić na nowy grunt…. A sprawdzi czy se poradzę, znowu. A co?!
Na pół etatu wracać się nie opłaca, bo za takie parę groszy więcej będzie trzepania przy szykowaniu, a potem jechania i wracania niż to wszystko warte.
No, więc do czego mam się spieszyć?
Dziwię się tylko zdziwieniu, a może nawet rozczarowaniu, moich koleżanek. Zupełnie jakby w dzisiejszych czasach nie wypadało mieć w planach wychowawczego. Nie rozumiem.
W każdym razie plan mam taki, żeby do pracy się nie spieszyć, niech Ogrzyk skończy rok, a potem się zobaczy. Tyle plan! A życie i tak zweryfikuje – jak zwykle – moje plany! Najprędzej wrócę z podkulonym ogonem i nosem na kwintę jeśli zarżną nas braki finansowe. Moja kasa jest gówniana, ale jest! A jak zniknie te parę groszy przy naszych obecnych (rosnących!!) wydatkach, opłatach i kredycie – może być masakra! I to będzie najsilniejsza i najsmutniejsza motywacja do szybkiego powrotu. A do tego u Szreka w pracy straszny syf się robi i też nie wiadomo co będzie dalej. Szreku ma nowego kierownika, który kilka dni temu, z dnia na dzień, zwolnił kolegę z działu i natychmiast miał kogoś na jego miejsce. Czy ma już kolejnego „swojego” na miejsce Szreka? A w tej firmie jest zwyczaj pozbywania się pracowników z dnia na dzień! Ot, tak! Pracujesz cały dzień, a na kilka minut przed wyjściem do domu – zonk! Pakuj się i adieu! Szreku szuka pracy, rozsyła cv, ale i tak strach zagląda nam w oczy.
Takie to niewesołe myśli dręczą mnie od tygodnia.
Martwię się na zapas?
Pewnie tak.
Ale jak tu się nie martwić?
Myślę stanowczo za dużo, wiem.
I martwię się stanowczo za wcześnie.
Ale to wszystko przez ostatnie wydarzenia i spotkanie z koleżankami z pracy.
Było miło i sympatycznie, pośmiałyśmy się, a ja się troszkę zresetowałam i wywietrzyłam głowę, ale … No, właśnie – zawsze jakieś „ale”. Wszystko było fajnie, poza rozmową o moich planach na najbliższą przyszłość – czytaj: powrót do pracy czy wychowawczy? Pytanie padło z ust koleżanki (i to nie mojej kierowniczki), a ja jakoś nie miałam ochoty jej odpowiadać. Po pierwsze dlatego, że jest okropną pleciugą i wścibusem (wszystko musi wiedzieć, wyśledzić, wyniuchać i koniecznie podać dalej!), a po drugie – jej to nie powinno obchodzić. W każdym razie, kiedy nie usłyszały mojego zdecydowanego: „wracam do pracy!” – zaczęła się jakaś dziwna rozmowa. Powiedziałam (średnio szczerze), że jeszcze nie wiem, że to zależy i w ogóle. A one zaczęły dociekać – dlaczego?! No, bo przecież babcia może się zająć wnukiem, prawda?! A ja dziwnie się poczułam, w opozycji i do tego tłumacząc się sama nie wiem czemu. Nie muszę nikomu tłumaczyć (i nie chce mi się!) czy moja mama może zająć się wnukiem i dlaczego nie bardzo. Zastanowiło mnie jedno – czułam pewnego rodzaju nacisk (choć trudno to wytłumaczyć), a potem zdziwienie (może nawet rozczarowanie) kiedy delikatnie dałam do zrozumienia, że może jednak zostanę w domu, do roku czasu… Pozostał niesmak i niezadowolenie. Niesmak z powodu nacisków i zdziwienia koleżanek, że nie pragnę wrócić natychmiast do pracy i to wysoko unosząc kolana, że wymagają/oczekują od każdej babci tego, że zajmie się wnukiem, a każda matka o niczym innym nie myśli tylko kiedy wreszcie wróci do ukochanej firmy. A niezadowolenie - z siebie, że tłumaczyłam się za matkę. A nie musiałam z dwóch (co najmniej!) powodów – po primo, bo takie czasy nastały, że żadna babcia nie ma w obowiązkach opieki nad wnukami, bo jedne pracują, inne używają życia, a jeszcze inne zwyczajnie nie chcą lub nie mogą, a po secundo, bo nie każdy ma full wypas z babciami bijącymi się o opiekę nad wnukami! Moja matka jest jaka jest i się nie zmieni. I tak oszalała na punkcie Szymka! Bardziej niż kiedykolwiek bym się po niej spodziewała! I przybiega codziennie i gada do niego i śmieje się jak mała dziewczynka, kiedy się do niej uśmiechnie albo zagada… I co z tego, że jest babcią „na chwilkę”, że przychodzi na 2-4 godziny, że nie można do końca jej zaufać i zostawić jej Młodego na cały dzień. Nie oczekuję tego, a cieszy mnie fakt, że pomimo wszystko aż tak bardzo się stara. Jak na nią i jej możliwości to sporo! A największą dla niej karą obecnie jest nie dopuścić jej do wnusia.
Ale wracając do koleżanek z pracy i ich oczekiwań …
Narasta we mnie pytanie bowiem – a do czego, do cholery, niby mam się spieszyć?
Nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić Ogrzyka w żłobku!! Nie teraz! Moja pensja jest na tyle gówniana, że szkoda słów, a na pewno wysiłku! Kariery żadnej nie zrobię … A jak wrócę to i tak nie do dotychczasowego miejsca pracy. Dyrka dała dziewczynom na zastępstwo kobitkę, która wiekowo i pod każdym innym względem bardziej do nich pasuje. Nie raz już słyszałam, że ach, jak im wesoło, jak się pośmiały, albo – ach, jak dobrze im się pracuje i ile zrobiły, się napracowały!! No tak, ja raczej jestem mróweczka – usiądę, po cichu i szybko zrobię swoją pracę. Pośmiać się, pogadać ze mną można, ale nie zawsze (a udawać, zmuszać się i wysilać nie umiem, nie lubię i już) i do tego mojej żmudnej pracy nie widać, bo się nie umiem zareklamować i głośno chwalić. A z drugiej strony – kobitka, która tu przyszła na zastępstwo też nie da się stąd zabrać. A bo jej tu źle?? Do domu rzut beretem, dziewczyny normalne, w pracy spokój i fajna atmosfera … Żyć nie umierać. No i Dyrka ma tendencję do zmian więc na pewno wykorzysta sytuację, żeby zamieszać i mnie rzucić na nowy grunt…. A sprawdzi czy se poradzę, znowu. A co?!
Na pół etatu wracać się nie opłaca, bo za takie parę groszy więcej będzie trzepania przy szykowaniu, a potem jechania i wracania niż to wszystko warte.
No, więc do czego mam się spieszyć?
Dziwię się tylko zdziwieniu, a może nawet rozczarowaniu, moich koleżanek. Zupełnie jakby w dzisiejszych czasach nie wypadało mieć w planach wychowawczego. Nie rozumiem.
W każdym razie plan mam taki, żeby do pracy się nie spieszyć, niech Ogrzyk skończy rok, a potem się zobaczy. Tyle plan! A życie i tak zweryfikuje – jak zwykle – moje plany! Najprędzej wrócę z podkulonym ogonem i nosem na kwintę jeśli zarżną nas braki finansowe. Moja kasa jest gówniana, ale jest! A jak zniknie te parę groszy przy naszych obecnych (rosnących!!) wydatkach, opłatach i kredycie – może być masakra! I to będzie najsilniejsza i najsmutniejsza motywacja do szybkiego powrotu. A do tego u Szreka w pracy straszny syf się robi i też nie wiadomo co będzie dalej. Szreku ma nowego kierownika, który kilka dni temu, z dnia na dzień, zwolnił kolegę z działu i natychmiast miał kogoś na jego miejsce. Czy ma już kolejnego „swojego” na miejsce Szreka? A w tej firmie jest zwyczaj pozbywania się pracowników z dnia na dzień! Ot, tak! Pracujesz cały dzień, a na kilka minut przed wyjściem do domu – zonk! Pakuj się i adieu! Szreku szuka pracy, rozsyła cv, ale i tak strach zagląda nam w oczy.
Takie to niewesołe myśli dręczą mnie od tygodnia.
Martwię się na zapas?
Pewnie tak.
Ale jak tu się nie martwić?
17 maj 2010
Dwa miesiące z Szymkiem
A właściwie - dwa miesiące i dwa tygodnie!
Mamy już zaliczone/przerobione trzy wieczory z kolkami, pierwsze – na początku nieśmiałe – uśmiechy i dwa głośne rechoty, jeden uśmieszek półgębkiem – chyba złośliwy? (kiedy wreszcie udało się Ogrzykowi przycelować i siknąć na mamę z dołu) oraz próby „gugania”, ale o tym za chwilę.
Po pierwsze kolki. Spadły na nas nieoczekiwanie, jak to zwykle z tymi wredziuchami bywa. Wypróbowałam wszystkie sposoby zapamiętane z opowieści innych, doświadczonych w temacie, mam. Na nic chuchanie suszarką (umilkł na chwilę, ale to ze strachu) czy masowanie brzuszka (dopiero był wrzask!). Na Ogrzyka działa – w tej kolejności - ciepła kąpiel, noszenie na przedramieniu (brzuszkiem w dół) i kładzenie na brzuszku, ale tylko wtedy, gdy nie zdążył się jeszcze rozkręcić. W przeciwnym razie jest tylko gorzej. Dajemy też espumisan w kroplach, ale nie umiem na 100% stwierdzić, że widzę poprawę. Na szczęście (odpukać!) kolki nie pojawiają się często.
Po drugie – Ogrzyk to Mały Sajmon strażak. ;-))
Wielokrotnie przy przewijaniu próbował mnie przycelować. Koleżanka podpowiedziała mi, żeby przed zdjęciem pampersa odpiąć rzepy i dać mu troszkę poleżeć z tak poluzowaną pieluszką. Nio, tiaa jasne. Luzowałam, czekałam, a kiedy podnosiłam pampersa – siiik! – i poszło! Czasami udawało mi się przykryć sikawkę Małego strażaka pieluchą, czasami przyjmowałam kilka kropel na klatę niczym order, a raz udało mu się strzyknąć, kiedy podnosiłam mu dupalek przy podkładaniu pampersa i wtedy osikał sam siebie. Szreku, stary cwaniak, odsuwał się z linii strzału i pozwalał, żeby strumień Małego Sikawkowego leciał sobie niezatrzymywany w pokój. Kiedyś, o mało co, dostałoby się kocie, która akurat była na linii strumienia. :-)) W końcu, przy którejś kąpieli, nachylałam się do Ogrzyka i zagadywałam go. Patrzył mi prosto w oczy i w pewnym momencie uśmiechnął się tak jakoś półgębkiem …
Poczułam ciepło na lewej piersi …
Trafiony – zatopiony!! ;-))
Po trzecie – guganie. Mały Krzykacz ma gardło zdrowe, a głos silny i mocny! Trudno mu jednak załapać, że guganie to taki sam krzyk, tylko dużo ciszej! Że wystarczy wykonywać dokładnie te same „ćwiczenia” oddechowe jak przy krzyku, tylko przy mniejszym natężeniu decybeli! Ostro trenuje więc miny, otwieranie ust, mielenie językiem i wytykanie go, stękanie i wzdychanie aż do obślinienia się lub ziewania. A kiedy udało mu się to wszystko połączyć z dźwiękiem, z jego gardła wydobyło się coś na kształt „ahrrr” (gardłowe, z ledwie otwartymi ustami „r” oczywiście bezdźwięczne). Okrzyk jak na prawdziwego Ogra przystało! ;-)
W miarę ćwiczeń coraz częściej daje się słyszeć bardziej zróżnicowane dźwięki, ale i tak „ahrrr” jest Jego ulubionym odgłosem.
Postanowiłam zrobić coś dla Małego i dla siebie – nie będę porównywać Ogrzyka z żadnym innym dzieckiem. Koniec! Każdy dzieciak jest inny i rozwija się w swoim tempie. Nie mam zamiaru stresować się i analizować czy aby mój dzidziorek rozwija się prawidłowo i w odpowiednim czasie robi i uczy się tego co powinien. Co najważniejsze - jest zdrowy, silny i coraz wyraźniej zaznacza się Jego charakterek … Niestety, pewne cechy ma ewidentnie po mamusi. Zwłaszcza nerwy i niecierpliwość. Oj, będzie się działo!
Mamy już zaliczone/przerobione trzy wieczory z kolkami, pierwsze – na początku nieśmiałe – uśmiechy i dwa głośne rechoty, jeden uśmieszek półgębkiem – chyba złośliwy? (kiedy wreszcie udało się Ogrzykowi przycelować i siknąć na mamę z dołu) oraz próby „gugania”, ale o tym za chwilę.
Po pierwsze kolki. Spadły na nas nieoczekiwanie, jak to zwykle z tymi wredziuchami bywa. Wypróbowałam wszystkie sposoby zapamiętane z opowieści innych, doświadczonych w temacie, mam. Na nic chuchanie suszarką (umilkł na chwilę, ale to ze strachu) czy masowanie brzuszka (dopiero był wrzask!). Na Ogrzyka działa – w tej kolejności - ciepła kąpiel, noszenie na przedramieniu (brzuszkiem w dół) i kładzenie na brzuszku, ale tylko wtedy, gdy nie zdążył się jeszcze rozkręcić. W przeciwnym razie jest tylko gorzej. Dajemy też espumisan w kroplach, ale nie umiem na 100% stwierdzić, że widzę poprawę. Na szczęście (odpukać!) kolki nie pojawiają się często.
Po drugie – Ogrzyk to Mały Sajmon strażak. ;-))
Wielokrotnie przy przewijaniu próbował mnie przycelować. Koleżanka podpowiedziała mi, żeby przed zdjęciem pampersa odpiąć rzepy i dać mu troszkę poleżeć z tak poluzowaną pieluszką. Nio, tiaa jasne. Luzowałam, czekałam, a kiedy podnosiłam pampersa – siiik! – i poszło! Czasami udawało mi się przykryć sikawkę Małego strażaka pieluchą, czasami przyjmowałam kilka kropel na klatę niczym order, a raz udało mu się strzyknąć, kiedy podnosiłam mu dupalek przy podkładaniu pampersa i wtedy osikał sam siebie. Szreku, stary cwaniak, odsuwał się z linii strzału i pozwalał, żeby strumień Małego Sikawkowego leciał sobie niezatrzymywany w pokój. Kiedyś, o mało co, dostałoby się kocie, która akurat była na linii strumienia. :-)) W końcu, przy którejś kąpieli, nachylałam się do Ogrzyka i zagadywałam go. Patrzył mi prosto w oczy i w pewnym momencie uśmiechnął się tak jakoś półgębkiem …
Poczułam ciepło na lewej piersi …
Trafiony – zatopiony!! ;-))
Po trzecie – guganie. Mały Krzykacz ma gardło zdrowe, a głos silny i mocny! Trudno mu jednak załapać, że guganie to taki sam krzyk, tylko dużo ciszej! Że wystarczy wykonywać dokładnie te same „ćwiczenia” oddechowe jak przy krzyku, tylko przy mniejszym natężeniu decybeli! Ostro trenuje więc miny, otwieranie ust, mielenie językiem i wytykanie go, stękanie i wzdychanie aż do obślinienia się lub ziewania. A kiedy udało mu się to wszystko połączyć z dźwiękiem, z jego gardła wydobyło się coś na kształt „ahrrr” (gardłowe, z ledwie otwartymi ustami „r” oczywiście bezdźwięczne). Okrzyk jak na prawdziwego Ogra przystało! ;-)
W miarę ćwiczeń coraz częściej daje się słyszeć bardziej zróżnicowane dźwięki, ale i tak „ahrrr” jest Jego ulubionym odgłosem.
Postanowiłam zrobić coś dla Małego i dla siebie – nie będę porównywać Ogrzyka z żadnym innym dzieckiem. Koniec! Każdy dzieciak jest inny i rozwija się w swoim tempie. Nie mam zamiaru stresować się i analizować czy aby mój dzidziorek rozwija się prawidłowo i w odpowiednim czasie robi i uczy się tego co powinien. Co najważniejsze - jest zdrowy, silny i coraz wyraźniej zaznacza się Jego charakterek … Niestety, pewne cechy ma ewidentnie po mamusi. Zwłaszcza nerwy i niecierpliwość. Oj, będzie się działo!
8 maj 2010
Ogrzyk i kicia w jednym stali domu ...
Kicia … tiaaa… raczej kota, kocura jedna! Kocia wariatka.
W czasie ciąży byłyśmy najlepszymi kumpelami do spania. Przychodziła się przytulać kiedy miała na to ochotę(!!), a w nocy pilnowała mnie podczas wyjść do wc. Ale tylko na początku. Potem już jej się nie chciało nawet wstawać. Jedynie jej „mmrrrt” z fotela towarzyszyło mi w drodze do wc. Była naszą jedyną pieszczochą, domową waryjatką, kocicą nieokiełznaną i samo-swoją…
A potem poszłam do szpitala i wszystko się dla niej zmieniło.
Ale najpierw w domu zaczęły się pojawiać dziwne sprzęty.
Dziwne ale fajne i – oczywiście! - dla niej. ;-)) Fotelik, leżaczek, łóżeczko – no, super wszystko natychmiast wypróbowane, wydeptane i wielokrotnie zdobyte. Nie przewidywała, że te interesujące i bardzo wygodne rzeczy będą miały Lokatora.
No, i nadszedł czas, kiedy w domu pojawiło się takie Małe, dziwnie piszczące. Inaczej pachnące. Najgorsze, że pochłonęło całą naszą uwagę. Trudno jej było to zrozumieć i znieść. Przez pierwsze dni, pamiętam jak przez mgłę (bo miałam inne problemy) jej niesamowicie smutne oczy. Oczy naprawdę są zwierciadłem duszy – nawet u zwierzaków. A na pewno odbija się w nich nastrój ... Snuła się po mieszkaniu i patrzyła jak biegamy koło Małego, jak szybko reagujemy na każde jego stęknięcie czy miauknięcie – nawet w nocy… Nie reagowaliśmy na jej zaczepki, a ja – wstyd się przyznać – fukałam na nią i przeganiałam ją czasami zbyt brutalnie. I kiedy ten stan się nie zmieniał, a my ciągle nie mieliśmy dla niej głowy, czasu i cierpliwości – zaczęła psocić. I to jak! Zrzucała z mebli różne rzeczy (od kluczy i bibelotów po telefony komórkowe!), przewracała kwiatki doniczkowe (mojego wielkiego fikusa Beniamina na przykład!), biegała po mieszkaniu krzycząc po swojemu, skakała po meblach i zdobywała miejsca dotąd zabronione… Ale widocznie efekty były mierne, bo obrała inną taktykę. Zaczęła rywalizować z Młodym o naszą uwagę. Zaczęła się konkurencja. Kiedy pochylam się nad łóżeczkiem – wskakuje mi na plecy. Przy Małym (i od niego) nauczyła się domagać jedzenia – nigdy dotąd nie miauczała tak głośno! ;-)) Najczęściej drze się wtedy, kiedy Młody jest głodny i domaga się mleczka. A kiedy karmię Ogrzyka, albo zmieniam mu pampersa – kota w tym samym czasie albo biega jak szalona po mieszkaniu, albo robi kupę. Wielką i śmierdzącą. Ponieważ kuweta koty jest tuż przy pokoju Młodego – cały zapaszek leci wprost do tego pokoju. Najsss.
Wychodzenie na spacer wygląda mniej więcej tak:
- przewijam Ogrzyka przed spacerem
- zakładam Ogrzykowi polarek i czapeczkę, pomimo jego głośnych protestów
- przenoszę Ogrzyka do dużego pokoju
- kładę Go na tapczanie i przygotowuję wózek
- wyjmuję kotę z wózka
- podchodzę do wersalki i zanoszę Ogrzyka do wózka
- odkładam Ogrzyka na tapczan
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i zanoszę do wóz…
- odkładam Ogrzyka …
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i niosę do wózka odganiając jednocześnie kotę, która próbuje tam wskoczyć …
- jeśli się udało umieścić w wózku Ogrzyka, zanim znalazła się tam kota – można udać się na spacer. Jeśli nie – patrz wyżej ;-)
Generalnie jej walka o naszą uwagę trwa dalej. Chociaż jest już lepiej, bo staramy się poświęcić jej chwilę w ciągu dnia – ale ona i tak świetnie sobie radzi ;-) Nie da się lekceważyć. Nie da się jej nie zauważyć. A numery, które nam wycina – rozbrajają. Czasami czujemy się jakbyśmy mieli dwa dzidziory w domu. A to starsze było zazdrosne o młodszego. Najlepsze jest to, że do niedawna „niedotykalska” – teraz pcha się na kolana, pozawala zrobić ze sobą niemal wszystko, a każda zaczepka do zabawy zostaje natychmiast podchwycona i gania wtedy po mieszkaniu jak szalona. Najważniejsze jest dla nas to, że nie wykazuje żadnej agresji w stosunku do Ogrzyka. Kręci się koło Niego, kładzie na jego ciuszkach, na przewijaku, pcha się do wózka, ale jej stosunek do Niego z chłodnej obojętności przeradza się w zaciekawienie i uczucia opiekuńcze.
Mam nadzieję, że będą kiedyś najlepszymi kumplami.
Leżaczek - fajny ;-)

Łóżeczko - wygodne!

Zaraz po naszym pojawieniu się w domu... Jak to? W łóżeczku to Małe leży...

Kota ogląda TV

zdjęte z Niego ciuszki trzeba udeptać (koniecznie z rozkosznym mruczeniem) a następnie pilnować i ogrzewać .. ;-))

Pozwoliła sobie nawet pampersa założyć!

W czasie ciąży byłyśmy najlepszymi kumpelami do spania. Przychodziła się przytulać kiedy miała na to ochotę(!!), a w nocy pilnowała mnie podczas wyjść do wc. Ale tylko na początku. Potem już jej się nie chciało nawet wstawać. Jedynie jej „mmrrrt” z fotela towarzyszyło mi w drodze do wc. Była naszą jedyną pieszczochą, domową waryjatką, kocicą nieokiełznaną i samo-swoją…
A potem poszłam do szpitala i wszystko się dla niej zmieniło.
Ale najpierw w domu zaczęły się pojawiać dziwne sprzęty.
Dziwne ale fajne i – oczywiście! - dla niej. ;-)) Fotelik, leżaczek, łóżeczko – no, super wszystko natychmiast wypróbowane, wydeptane i wielokrotnie zdobyte. Nie przewidywała, że te interesujące i bardzo wygodne rzeczy będą miały Lokatora.
No, i nadszedł czas, kiedy w domu pojawiło się takie Małe, dziwnie piszczące. Inaczej pachnące. Najgorsze, że pochłonęło całą naszą uwagę. Trudno jej było to zrozumieć i znieść. Przez pierwsze dni, pamiętam jak przez mgłę (bo miałam inne problemy) jej niesamowicie smutne oczy. Oczy naprawdę są zwierciadłem duszy – nawet u zwierzaków. A na pewno odbija się w nich nastrój ... Snuła się po mieszkaniu i patrzyła jak biegamy koło Małego, jak szybko reagujemy na każde jego stęknięcie czy miauknięcie – nawet w nocy… Nie reagowaliśmy na jej zaczepki, a ja – wstyd się przyznać – fukałam na nią i przeganiałam ją czasami zbyt brutalnie. I kiedy ten stan się nie zmieniał, a my ciągle nie mieliśmy dla niej głowy, czasu i cierpliwości – zaczęła psocić. I to jak! Zrzucała z mebli różne rzeczy (od kluczy i bibelotów po telefony komórkowe!), przewracała kwiatki doniczkowe (mojego wielkiego fikusa Beniamina na przykład!), biegała po mieszkaniu krzycząc po swojemu, skakała po meblach i zdobywała miejsca dotąd zabronione… Ale widocznie efekty były mierne, bo obrała inną taktykę. Zaczęła rywalizować z Młodym o naszą uwagę. Zaczęła się konkurencja. Kiedy pochylam się nad łóżeczkiem – wskakuje mi na plecy. Przy Małym (i od niego) nauczyła się domagać jedzenia – nigdy dotąd nie miauczała tak głośno! ;-)) Najczęściej drze się wtedy, kiedy Młody jest głodny i domaga się mleczka. A kiedy karmię Ogrzyka, albo zmieniam mu pampersa – kota w tym samym czasie albo biega jak szalona po mieszkaniu, albo robi kupę. Wielką i śmierdzącą. Ponieważ kuweta koty jest tuż przy pokoju Młodego – cały zapaszek leci wprost do tego pokoju. Najsss.
Wychodzenie na spacer wygląda mniej więcej tak:
- przewijam Ogrzyka przed spacerem
- zakładam Ogrzykowi polarek i czapeczkę, pomimo jego głośnych protestów
- przenoszę Ogrzyka do dużego pokoju
- kładę Go na tapczanie i przygotowuję wózek
- wyjmuję kotę z wózka
- podchodzę do wersalki i zanoszę Ogrzyka do wózka
- odkładam Ogrzyka na tapczan
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i zanoszę do wóz…
- odkładam Ogrzyka …
- wyjmuję kotę z wózka
- podnoszę Ogrzyka z wersalki i niosę do wózka odganiając jednocześnie kotę, która próbuje tam wskoczyć …
- jeśli się udało umieścić w wózku Ogrzyka, zanim znalazła się tam kota – można udać się na spacer. Jeśli nie – patrz wyżej ;-)
Generalnie jej walka o naszą uwagę trwa dalej. Chociaż jest już lepiej, bo staramy się poświęcić jej chwilę w ciągu dnia – ale ona i tak świetnie sobie radzi ;-) Nie da się lekceważyć. Nie da się jej nie zauważyć. A numery, które nam wycina – rozbrajają. Czasami czujemy się jakbyśmy mieli dwa dzidziory w domu. A to starsze było zazdrosne o młodszego. Najlepsze jest to, że do niedawna „niedotykalska” – teraz pcha się na kolana, pozawala zrobić ze sobą niemal wszystko, a każda zaczepka do zabawy zostaje natychmiast podchwycona i gania wtedy po mieszkaniu jak szalona. Najważniejsze jest dla nas to, że nie wykazuje żadnej agresji w stosunku do Ogrzyka. Kręci się koło Niego, kładzie na jego ciuszkach, na przewijaku, pcha się do wózka, ale jej stosunek do Niego z chłodnej obojętności przeradza się w zaciekawienie i uczucia opiekuńcze.
Mam nadzieję, że będą kiedyś najlepszymi kumplami.
Leżaczek - fajny ;-)

Łóżeczko - wygodne!

Zaraz po naszym pojawieniu się w domu... Jak to? W łóżeczku to Małe leży...

Kota ogląda TV

zdjęte z Niego ciuszki trzeba udeptać (koniecznie z rozkosznym mruczeniem) a następnie pilnować i ogrzewać .. ;-))

Pozwoliła sobie nawet pampersa założyć!

27 kwi 2010
Otrzęsiny!!
Porwało mnie życie. Wessało bez reszty.
Zwłaszcza OBOWIĄZKI mnie porwały/zassały…
Podobno pierwsze trzy miesiące życia dziecka to otrzęsiny dla rodziców.
To wprowadzenie ich w całkiem nowy, obcy świat. Prawdziwa szkoła życia.
Trudny EGZAMIN!
Bo, że pojawienie się dziecka w rodzinie to totalna rewolucja – nikt nie ma chyba wątpliwości. Wiedziałam, że nasze życie się zmieni, że początki będą ciężkie, ale nie spodziewałam się, że aż tak dostanę po dupsku...
Ale na dobry początek – mój „słodki ciężar” waży już 4700 i ma ok. 54 cm. Czyli Szymon Malutki już nie jest taki malutki! Jestem w szoku, że tak szybko nadrobił i nabrał ciałka! Jest teraz co dźwigać, oj jest!
Przeżyliśmy też szczepionkę, jedną z wielu jakie nas czekają. I kilkugodzinny, wieczorny krzyk, który ewidentnie był jej efektem. Chodzimy na spacery. I walczymy z humorkami. Niestety, Ogrzyk ma po mnie skłonność do wybuchów złości i niecierpliwość. No, masakra jakaś.
Ale generalnie i ogólnie jest lepiej. Ogrzyk jest silny i zdrowy, no, gardło ma na pewno zdrowe! Jest też bardzo wymagający i absorbujący, ale to pewnie każde dziecko tak ma. A ja ciągle się wdrażam i uczę jak być lepszą mamą, jak szybciej i sprawniej zajmować się synkiem. I wszelkie niedostatki wiedzy i umiejętności rekompensuję synkowi moją pilnością, pracowitością i miłością. Mam nadzieję, że jestem w miarę skuteczna.
A jak było?
Ostatnie tygodnie, po powrocie Szreka do pracy, były dla mnie bardzo ciężkie. Prawdziwy obóz kondycyjny i szkoła przetrwania…
Zabierałam się do pisania tutaj z pierdylion razy i za każdym razem coś mi przeszkadzało. A to nastrój nie ten, zmęczenie zwalało z nóg, a to weny brak, a najczęściej Ogrzyk dopominał się o uwagę, chwila mijała i nastawał kolejny, pełen zajęć dzień. Kiedy Ogrzyk zasypiał w ciągu dnia, miałam chwilkę na podjęcie decyzji w stylu – zjeść, wyprasować, ogarnąć mieszkanie, a może malutka drzemseszyn? I na ogół kończyło się tym, że albo się zawieszałam i przechodziłam w stand-by, albo rzucałam się w mieszkanie i starałam się zrobić pięć czynności na raz. A potem krzyk Małego odciągał mnie od miotania się między pokojami, kuchnią i łazienką, a Szreku wracał z pracy i zastawał mniej więcej taki obrazek: odkurzacz na środku korytarza (bo miałam odkurzyć), w kuchni totalna rozpierducha (bo właśnie zaczęłam sprzątać i tak jakoś się większy bałagan zrobił), w pokoju fotel zawalony stertą ciuchów naszykowanych do prasowania, w pralce czekało na rozwieszenie pranie, a kota witała swojego pańcia miaucząc przeraźliwie, że niby taka biedna i głodna … (to sssuka!). A ja zrypana, zasapana i wk… zdenerwowana na siebie i cały świat …Bo nic nie zrobiłam, bo Ogrzyk wymagał tyle mojej uwagi, bo taka mało zaradna i sprawna jestem…
Tak było. Ale się zmieniło.
Odpuściłam, kiedy zaczęłam padać na twarz. Bo chyba nie o to chodzi, żeby się zajeździć starając się ze wszystkim zdążyć i być perfekcyjna. Bo nie jest najważniejsze, żeby mieszkanie było na błysk, a na mężusia czekał obiadek z dwóch dań. Dla mnie najważniejsze jest, żebym była przytomna kiedy zajmuję się Ogrzykiem, żebym miała dla Niego morze cierpliwości i w miarę szybko odgadywała i zaspokajała Jego potrzeby, żebym sfrustrowana nie warczała o pierdoły na Szreka, miała siły wstać rano po kolejnej słabo przespanej nocy… i nie rozszarpała koty, która psoci z zazdrości jak szalona! (mam na końcu języka mocniejsze słowo!)
Bo na początku pogubiłam się – mea culpa.
A wszystko zaczęło się od wyobrażeń i głowy naładowanej dobrymi radami doświadczonych koleżanek oraz wiedzą z książek.
Od słodko-pierdzącej wizji, przekolorowanego mitu Matki Polki. Od błędnego przekonania, że w życiu jest jak w reklamie – spokojne, różowiutkie, radosne niemowlaki, zadowolone i zrelaksowane mamuśki – piękne i zadbane…
Wyobrażenie starło się z rzeczywistością.
To było brutalne starcie, a potem twarde lądowanie na dupie.
W teorii byłam niezła. Teoria, pfff, też!! Mogę mieć pretensje tylko do siebie – stara i głupia! Wiedziałam, że moje życie się zmieni, że będzie ciężko, ale nie przewidziałam, że te pierwsze tygodnie będą aż tak trudne. Brak kondycji (niestety!), chroniczne niewyspanie i przemęczenie, frustracja, dezorganizacja i totalny chaos to jedno, ale nie byłam chyba gotowa na taki trud psychiczny. Tak, tak! Ostry zapitol od rana do … rana, a mój Mały Rozdarciuch tylko krzyczał, spał, jadł, krzyczał, spał, krzyczał, produkował kupę, krzyczał, jadł i spał… I krzyczał. Bez możliwości kontaktu, komunikacji innej niż krzyk i płacz, bez satysfakcji, bez potwierdzenia i pewności czy to co robię, robię dobrze…
No cóż, jak rozdawali karnety na bycie Matką Polką musiałam stać w innej kolejce.
A z instynktem macierzyńskim też przesadzają – widocznie nie każda kobieta go ma. Ja muszę się wszystkiego uczyć. To jest żmudna nauka. A świadomość, że to mój syn, że wszystko co robię teraz, będzie miało wpływ na Jego rozwój, na nasze stosunki i Jego stosunki z otoczeniem, na Jego życie – paraliżuje. Taka odpowiedzialność za tego malutkiego człowieczka! I taki średnio sprawny i zaradny rodzic jak ja!
Ale jest już lepiej. Mam nadzieję! Uczę się bycia matką. Jestem bardzo pilną uczennicą.
A pociechą i nagrodą dla mnie jest fakt coraz lepszej komunikacji z Ogrzykiem, coraz lepsze/sprawniejsze rozpoznawanie/zaspokajanie Jego potrzeb i … pierwsze, nieliczne, ale już świadome uśmiechy!! Tak!!!
To wspaniała nagroda za cały ten trudny okres. Wierzę, że kryzys (przynajmniej ten) już za mną, że teraz będzie już naprawdę coraz lepiej.
A teraz idę podszykować mleko dla Ogrzyka. Zaczyna się przeciągać i wiercić, czyli niedługo obudzi się głodny jak … Ogr! ;-))
Zwłaszcza OBOWIĄZKI mnie porwały/zassały…
Podobno pierwsze trzy miesiące życia dziecka to otrzęsiny dla rodziców.
To wprowadzenie ich w całkiem nowy, obcy świat. Prawdziwa szkoła życia.
Trudny EGZAMIN!
Bo, że pojawienie się dziecka w rodzinie to totalna rewolucja – nikt nie ma chyba wątpliwości. Wiedziałam, że nasze życie się zmieni, że początki będą ciężkie, ale nie spodziewałam się, że aż tak dostanę po dupsku...
Ale na dobry początek – mój „słodki ciężar” waży już 4700 i ma ok. 54 cm. Czyli Szymon Malutki już nie jest taki malutki! Jestem w szoku, że tak szybko nadrobił i nabrał ciałka! Jest teraz co dźwigać, oj jest!
Przeżyliśmy też szczepionkę, jedną z wielu jakie nas czekają. I kilkugodzinny, wieczorny krzyk, który ewidentnie był jej efektem. Chodzimy na spacery. I walczymy z humorkami. Niestety, Ogrzyk ma po mnie skłonność do wybuchów złości i niecierpliwość. No, masakra jakaś.
Ale generalnie i ogólnie jest lepiej. Ogrzyk jest silny i zdrowy, no, gardło ma na pewno zdrowe! Jest też bardzo wymagający i absorbujący, ale to pewnie każde dziecko tak ma. A ja ciągle się wdrażam i uczę jak być lepszą mamą, jak szybciej i sprawniej zajmować się synkiem. I wszelkie niedostatki wiedzy i umiejętności rekompensuję synkowi moją pilnością, pracowitością i miłością. Mam nadzieję, że jestem w miarę skuteczna.
A jak było?
Ostatnie tygodnie, po powrocie Szreka do pracy, były dla mnie bardzo ciężkie. Prawdziwy obóz kondycyjny i szkoła przetrwania…
Zabierałam się do pisania tutaj z pierdylion razy i za każdym razem coś mi przeszkadzało. A to nastrój nie ten, zmęczenie zwalało z nóg, a to weny brak, a najczęściej Ogrzyk dopominał się o uwagę, chwila mijała i nastawał kolejny, pełen zajęć dzień. Kiedy Ogrzyk zasypiał w ciągu dnia, miałam chwilkę na podjęcie decyzji w stylu – zjeść, wyprasować, ogarnąć mieszkanie, a może malutka drzemseszyn? I na ogół kończyło się tym, że albo się zawieszałam i przechodziłam w stand-by, albo rzucałam się w mieszkanie i starałam się zrobić pięć czynności na raz. A potem krzyk Małego odciągał mnie od miotania się między pokojami, kuchnią i łazienką, a Szreku wracał z pracy i zastawał mniej więcej taki obrazek: odkurzacz na środku korytarza (bo miałam odkurzyć), w kuchni totalna rozpierducha (bo właśnie zaczęłam sprzątać i tak jakoś się większy bałagan zrobił), w pokoju fotel zawalony stertą ciuchów naszykowanych do prasowania, w pralce czekało na rozwieszenie pranie, a kota witała swojego pańcia miaucząc przeraźliwie, że niby taka biedna i głodna … (to sssuka!). A ja zrypana, zasapana i wk… zdenerwowana na siebie i cały świat …Bo nic nie zrobiłam, bo Ogrzyk wymagał tyle mojej uwagi, bo taka mało zaradna i sprawna jestem…
Tak było. Ale się zmieniło.
Odpuściłam, kiedy zaczęłam padać na twarz. Bo chyba nie o to chodzi, żeby się zajeździć starając się ze wszystkim zdążyć i być perfekcyjna. Bo nie jest najważniejsze, żeby mieszkanie było na błysk, a na mężusia czekał obiadek z dwóch dań. Dla mnie najważniejsze jest, żebym była przytomna kiedy zajmuję się Ogrzykiem, żebym miała dla Niego morze cierpliwości i w miarę szybko odgadywała i zaspokajała Jego potrzeby, żebym sfrustrowana nie warczała o pierdoły na Szreka, miała siły wstać rano po kolejnej słabo przespanej nocy… i nie rozszarpała koty, która psoci z zazdrości jak szalona! (mam na końcu języka mocniejsze słowo!)
Bo na początku pogubiłam się – mea culpa.
A wszystko zaczęło się od wyobrażeń i głowy naładowanej dobrymi radami doświadczonych koleżanek oraz wiedzą z książek.
Od słodko-pierdzącej wizji, przekolorowanego mitu Matki Polki. Od błędnego przekonania, że w życiu jest jak w reklamie – spokojne, różowiutkie, radosne niemowlaki, zadowolone i zrelaksowane mamuśki – piękne i zadbane…
Wyobrażenie starło się z rzeczywistością.
To było brutalne starcie, a potem twarde lądowanie na dupie.
W teorii byłam niezła. Teoria, pfff, też!! Mogę mieć pretensje tylko do siebie – stara i głupia! Wiedziałam, że moje życie się zmieni, że będzie ciężko, ale nie przewidziałam, że te pierwsze tygodnie będą aż tak trudne. Brak kondycji (niestety!), chroniczne niewyspanie i przemęczenie, frustracja, dezorganizacja i totalny chaos to jedno, ale nie byłam chyba gotowa na taki trud psychiczny. Tak, tak! Ostry zapitol od rana do … rana, a mój Mały Rozdarciuch tylko krzyczał, spał, jadł, krzyczał, spał, krzyczał, produkował kupę, krzyczał, jadł i spał… I krzyczał. Bez możliwości kontaktu, komunikacji innej niż krzyk i płacz, bez satysfakcji, bez potwierdzenia i pewności czy to co robię, robię dobrze…
No cóż, jak rozdawali karnety na bycie Matką Polką musiałam stać w innej kolejce.
A z instynktem macierzyńskim też przesadzają – widocznie nie każda kobieta go ma. Ja muszę się wszystkiego uczyć. To jest żmudna nauka. A świadomość, że to mój syn, że wszystko co robię teraz, będzie miało wpływ na Jego rozwój, na nasze stosunki i Jego stosunki z otoczeniem, na Jego życie – paraliżuje. Taka odpowiedzialność za tego malutkiego człowieczka! I taki średnio sprawny i zaradny rodzic jak ja!
Ale jest już lepiej. Mam nadzieję! Uczę się bycia matką. Jestem bardzo pilną uczennicą.
A pociechą i nagrodą dla mnie jest fakt coraz lepszej komunikacji z Ogrzykiem, coraz lepsze/sprawniejsze rozpoznawanie/zaspokajanie Jego potrzeb i … pierwsze, nieliczne, ale już świadome uśmiechy!! Tak!!!
To wspaniała nagroda za cały ten trudny okres. Wierzę, że kryzys (przynajmniej ten) już za mną, że teraz będzie już naprawdę coraz lepiej.
A teraz idę podszykować mleko dla Ogrzyka. Zaczyna się przeciągać i wiercić, czyli niedługo obudzi się głodny jak … Ogr! ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)